– Co powinniśmy zrobić? – Wtrącanie się do cudzych rozmów zaczynało mi wchodzić w krew. – Majorze? Zna się pan trochę na tym, prawda?
– Nie powinien pan czasem zajrzeć do rannych? – zainteresował się lodowato uprzejmy Filipiak.
– Po co? Skoro wszyscy mamy zginąć przed świtem…
– O co panu chodzi, doktorze?
– O nic. Po prostu jej wierzę. I zastanawiam się, co zrobimy, jak tam – uniosłem głowę – pojawią się faceci z karabinami.
– Tam stoi samochód pancerny. – Głos porucznika wciąż był zimny, ale brakowało mu twardości lodu. – Gdyby ktoś nas atakował, to mam trzydziestu ludzi, których można posłać na górę.
Może nawet by mnie przekonał, gdyby udało mu się przekonać samego siebie. Wołynow uniemożliwiał mu to chyba samą swoją obecnością. Przez jakiś czas milczeliśmy. Autorytetowi Filipiaka coś się należało.
– Majorze? – rzuciłem Wołynowowi znaczące spojrzenie.
– Tu są gęste zarośla… gdzieniegdzie. – Ostrożnie ważył słowa. – No i północny brzeg leży niżej. Gdyby zaczęli strzelać z obu stron, to nasi ludzie na południowym stoku nie mieliby osłony z tyłu.
– Okop to to nie jest – przyznał Filipiak.
– Kiedyś osłanialiśmy grupę ciężarówek w dolinie. Kompania piechoty na bojowych wozach piechoty i mój pluton. Dowieźli nas śmigłowcami jako wsparcie, no i dowódca piechoty uznał, że powinniśmy się okopać obok jego maszyn. Okopaliśmy się, on rządził. Przyszło paru Afgańczyków z automatami i spalili nam trzy ciężarówki. Kapitan zmądrzał i mówi: „Poślij chłopców na najbliższe wzgórza, to żaden łachudra z automatem nam nie podskoczy”. Obsadziliśmy najbliższe. Tamci przytargali szpagina i zanim ich bewupy wymacały, rozwalili następne cztery ciężarówki. Wróciłem do kapitana i mówię: „Dorzuć pluton, a zajmiemy wszystkie wzniesienia, z których widać dolinę”, a on, że nie, bo nie wolno rozpraszać sił. No i następna grupka, tym razem z wyrzutnią pepeka, puściła mu z dymem jednego BWP.
– Dał panu pluton – dokończyłem – ale kiedy obsadziliście dalsze wzgórza, Afgańczycy przyciągnęli moździerz. Wtedy wy trzeci pluton i do przodu, a oni haubicę…
Roześmiali się obaj. I o to chodziło.
– No dobrze, doktorze, niech pan wyciąga maść na bąble. Właśnie załatwiliście chłopakom długie i ciężkie wykopki.
Wytrzymałem do zmroku. Głównie dzięki Grochulskiemu, który trzykrotnie schodził po wodę i mijając honkera, leciutko kiwał głową. Nie miałem odwagi pytać, a on – z własnej inicjatywy zdawać mi raportu. Sanitarka stała pośrodku długiego na ćwierć kilometra obozowiska i bez przerwy ktoś się tu kręcił. Poza tym była tu Jola, siedząca na fotelu z wypchanych piachem worków i zalewająca mnie potokiem słów.
Nie wiedziałem, czy to reakcja na ustępujący stres, czy wręcz odwrotnie. Przed zagonieniem chłopaków do kopania dołów strzeleckich Filipiak zrobił zbiórkę i przekazał dwie wiadomości. Zła była o jeźdźcach Sabaha. Dobrą przekazali piloci francuscy. Lecąc w naszym kierunku, zauważyli na radarach duży śmigłowiec, który z maksymalną szybkością przekraczał granicę, umykając w głąb Somalii.
Zamieniliśmy jedną nowoczesną, morderczą maszynę na trudną do ustalenia liczbę staroświeckich koczowników, którzy też mieli ochotę mordować. Nikt nie był pewien, czy powinien się cieszyć. Ja też nie, ale powoli dojrzewało we mnie przekonanie, że pierwszą rzeczą, którą Somalijczycy wezmą na cel, będzie biała plama pewnej znanej mi koszuli.
– …w autentycznej skórze zebry, wyobraża pan sobie? – ciągnęła swą opowieść Jola. – Istny cyrk, wszyscy się do ścian odwracali, żeby się idiotce w twarz nie roześmiać. A Zaręba to się po prostu jak burak zrobił. No to już wtedy wiedziałam, że ją odeśle. A ta podchodzi do generała i takim kocim głosem: „Białe tango, białe tango, szefuniu…” Jak Boga kocham, tak powiedziała: „Szefuniu”. I w dodatku leciał jakiś szybki kawałek, Zaręba by w życiu nie skakał jak pajac na oczach połowy oficerów kontyngentu… Mówi, że nie, a ona, wyobraża pan sobie?, wiesza mu się na szyi i mało w ucho nie gryzie. Musiała być w trupa zalana. Na szczęście się akurat obok porucznik Koziej kręcił… Zna pan Kozieja? Straszny zgrywus; kiedyś, jak przychodził do jednej pielęgniarki, to cały szpital sikał. No i ona wisi generałowi na szyi, de Sousa to na żyrandol się gapi, to w okno, że niby nie zauważył, a tu podchodzi Koziej i mówi: „Ty zebra, ja koza, my tańczyć mnóstwo bardzo”. Potem chodziły słuchy, że Stary miał go za to awansować, ale ktoś mu szepnął, że po tym balu wylądowała u porucznika w łóżku, więc nic z tego… Swoją drogą to możliwe, bo wie pan co? Ona w ogóle majtek nie nosiła, i to nigdy, nie tylko jak szła do pracy, kawę Zarębie parzyć. Puszczała się podobno ze wszystkim, co chodzi. Nawet jakiś Murzyn… tak słyszałam. Aż trudno uwierzyć, że tyle czasu ją trzymał w sekretariacie. Zwykłe kurwiątko.
W wąwozie nastała już noc. Żołnierze rozpalali ogniska. Kucharz szykował późną kolację; aromat parzonej herbaty rozlewał się szeroko i odczuwałem go niemal równie wyraźnie, jak woń swego potu. Najmocniej pachniała oczywiście Jola, spryskana perfumami od stóp do głów. Zastanawiałem się, czy torba Gabrieli dorównuje pod tym względem zawartości jej skromnego skądinąd bagażu. Co zabiera z domu dziewczyna, która właśnie pochlastała szablą niedoszłą teściową? Chyba jednak nie kosmetyki. Bieliznę? Tam, w Addis Abebie, nie nosiła nic pod spodem. Całkiem jak sekretarka Zaręby. Co jeszcze je łączyło? Na pewno nie lądowanie w łóżku Kozieja. A w łóżku Murzyna? Obie okryły hańbą dumnych wodzów. Jedną kosztowało to posadę. Druga…
– Zaraz wracam – podniosłem się, zaskakując i Jolę, i siebie.
Na górze wcale nie było widniej, choć nad zachodnim horyzontem jarzyło się pasemko purpurowego blasku. Omal nie złamałem nogi, w ostatniej chwili przeskakując nad dobrze zamaskowanym okopem. Z boku ktoś pobrzękiwał saperką w półmroku. Nie widziałem go. Za to koszulę Gabrieli zauważyłem prawie od razu, choć była brudna i było jej mniej.
– Co ty robisz? – Było to jedno z moich najgłupszych pytań: trzeba było być ślepym, głuchym i całkiem niewrażliwym na kilogramy wirującego wokół kurzu, by nie zauważyć, że kopie. Dół miał ze trzy metry długości i wgryzał się w ziemię na głębokość od połowy do półtora metra.
– Robaków… szukam… na przynętę. – Nie podniosła głowy, przedzielając słowa machnięciami solidnie obciążonej łopaty. Pogłębiała płytszy koniec rowu, dzięki czemu dobrze widziałem pokryte błotem plecy. Podwinęła koszulę aż pod piersi, ale najwyraźniej niewiele to pomogło: pot lał się z niej całymi szklankami.
– Ktoś ci kazał…? – Ugryzłem się w język. Za późno: liczył się ton, nie słowa. Warczałem, zamiast mówić. Zastygła z wbitą w piach saperką, a potem powoli obróciła w moją stronę twarz, którą widziałem głównie dzięki temu, że lśniła od wilgoci. Pomyślałem, że jest naprawdę czarna, przede wszystkim jednak mdliło mnie od pewności, że identyczne myśli chodzą po głowie i jej. Bo jest mądra, a ja głupi.
– Nikt mi niczego nie kazał. – Chyba powiedziała to przez zęby. Moje sumienie wiedziało, co robi, skręcając się z poczucia winy. – Odejdź, przeszkadzasz mi. – Zabrzmiało zbyt impulsywnie, więc dodała równie impulsywnie: – Zasłaniasz światło.
– Nie bądź taki Diogenes – burknąłem.
Roześmiała się. Nieoczekiwanie, bez odrobiny starań z mojej strony. To wcale nie miał być żart, po prostu następne skojarzenie, jak to z czarnymi, posyłanymi do kopania rowów.
– Nie bądź taki Aleksander.
Ona żartowała z premedytacją. Też skutecznie. Śmiałem się przez chwilę razem z nią; nie dlatego, że dałem taką plamę i umykałem przed karą, ale dlatego, że po prostu mnie rozbawiła.