Выбрать главу

– Kolacja – powiedziałem, kiedy żywiołowy chichot przeszedł w szeroki uśmiech. Byłem na fali i pewnie dlatego dokonałem wyczynu, który chwilę wcześniej przekraczałby moje możliwości.

Sięgnąłem po jej rękę jak po coś swojego i prawie nie udawałem, że pomagam jej w ten sposób wydostać się z okopu.

– Dzięki – wymruczała.

Przeszliśmy całe cztery kroki, nim pozwoliłem jej dłoni wysunąć się z mojej. Od biedy dało się to wyjaśnić roztargnieniem.

– Pomyślałam, że skoro nie mam nic do roboty, to mogę im pomóc.

– Nic do roboty? A kto mi pomoże przy rannych?

– Masz już jedną.

Czekałem na słowo: „Pielęgniarka”. Nie padło.

– Od nadmiaru głowa nie boli. A łopata to nie narzędzie dla kobiet.

– To Afryka, ignorancie. Tu kobiety kopią, sieją i zbierają plony. Rola mężczyzn polega na doglądaniu interesu i płodzeniu dzieci.

Wyprzedziłem ją o dwa kroki, zeskoczyłem za krawędź wąwozu, wyciągnąłem ręce w górę w niemej propozycji. Zawahała się.

– No chodź. Jak mi pół personelu spadnie i połamie nogi, będę zhańbiony jako facet nie potrafiący upilnować interesu. A wtedy będę musiał ratować twarz tłukąc cię bambusowym kijem.

Jej zęby błysnęły różowym blaskiem płonących pod nami ognisk.

– Ależ ze mnie egoistka – wyznała ze skruchą. Omijając ręce, wsparła dłonie o moje barki i zeskoczyła. Chwyciłem ją za biodra, ale za późno: poczynając od okolic odsłoniętego pępka, a na podbródku kończąc, ciało Gabrieli przesunęło mi się po czole, nosie i ustach. Nie wiem, jakim cudem nie runęliśmy w dół stoku.

Odskoczyliśmy od siebie i do wąwozu zeszliśmy w metrowym odstępie. Wymruczała coś o herbacie i oddaliła się w stronę kuchni.

*

– Jaki lokal, taka kuchnia – stwierdził Olszan po paru minutach ciszy wypełnionej szczękiem łyżek. Siedział obok nóg Wielogórskiej z tacką na kolanach, i choć opierał się bardziej o fotel z worków niż jej udo, było coś niesamowicie intymnego w tej scenie. Raz po raz wychwytywałem chłodne spojrzenia kapelana, a i Jola nie zerkała w ich stronę z całkowitą neutralnością. Każdą kobietę musiał boleć widok takiego przystojniaka u stóp innej. Fakt, iż stół był maleńki, a siedziska tylko cztery, tylko częściowo rozgrzeszał winowajcę.

– Ciesz się, że masz choć tyle – westchnęła Agnieszka. – Wiem, że to nieodpowiedni moment, ale… czy to był pogrzeb, proszę księdza?

Nie miała racji: moment był odpowiedni. Najlepszy dowód, że nikt się nie zakrztusił. Inna sprawa, że bardziej za sprawą Ciołkosza, który przydzielił każdemu VIP-owi miejsce przy jednym z dwóch stolików. Porcje prawdziwych żołnierzy trafiły na ten rozstawiony obok punktu dowodzenia, natomiast cywilbanda, kobiety i osobnicy podszywających się pod wojsko mieli jeść przed sanitarką. Zostaliśmy wrzuceni z Lesikiem do jednego worka i schłodziliśmy w nim atmosferę na tyle skutecznie, że byle wzmianka o pogrzebie nie robiła już na nikim wrażenia.

– Ależ skąd! – oburzył się kapelan. – Filipiak nie dał mi ani jednego żołnierza. Nawet do kopania grobów i sporządzania krzyży, nie mówiąc o ceremonii.

– Ma na głowie żyjących – zauważył Olszan.

– Oczywiście – zgodził się Lesik. – Ale zmarłym należy się odrobina szacunku, a on… Niech sobie pani wyobrazi: powiedział, że daje czołg na dziesięć minut, bo ma ważniejsze sprawy na głowie. Dziesięć minut! Po siedemdziesiąt pięć sekund na każde ludzkie istnienie. Nie, pogrzeb jeszcze się nie odbył, skoro o to pani pyta.

– Przecież ich zasypali – Jola posłała mu zdziwione spojrzenie.

– Tylko na noc. Nie zostawię tak tego.

– Na pewno zgodzi się przydzielić ludzi – rzuciła Wielogórska tonem pocieszenia. – Do tej pory nie było czasu, wszyscy pracowali. Teraz zjedzą, odpoczną trochę i urządzi się porządny…

– Nie mogą tu zostać – przerwał jej. – Przemyślałem to. Póki w grę wchodził śmigłowiec, to co innego. Ale teraz, okazuje się, może tu wpaść banda fanatycznych dzikusów, nienawidzących wszystkiego, co zachodnie. Pamięta pani, co robili z ciałami amerykańskich żołnierzy w Mogadiszu? A Irak? Te radosne tańce nad kałużami krwi? Nie możemy dopuścić, by teraz bezczeszczono ciała naszych. Będę się stanowczo domagał ewakuowania ich stąd.

Znów było cicho przez jakiś czas.

– Chyba się najadłem – poinformował wszystkich Olszan. – Ciekawe, od kogo wojsko kupuje to coś.

– Fakt. – Agnieszka, świadoma swej winy, ochoczo skorzystała z okazji, by zmienić temat. – Nawet ja lepiej gotuję.

– Porównywanie się z producentem tego tutaj nie ma sensu, ale trochę mnie zaniepokoiłaś. Myślałem, że jesteś bardziej kobieca.

– Świnia.

– Strażniczka domowego ogniska nie może truć męża, dzieci…

– Wyhamuj, pilocie pieszy. Jakie ognisko? Jestem taka zabiegana, że jaja jem tylko na miękko.

– Ktoś się w tobie zakocha, i co? – Ukucnął, by nalać sobie herbaty. – Zagłodzisz biedaka? Zabijesz miłość spalonym schabem? Do serca mężczyzny trafia się przez żołądek. U was też, pani Gabrysiu?

Nie zauważyłem, kiedy nadeszła. Może dlatego, że zmieniła koszulę na czarny podkoszulek, a dżinsy na szorty, które też były wprawdzie błękitne, lecz których było zdecydowanie mniej. Podkoszulek nie miał rękawów, ale też nie odsłaniał ramion; nie zmuszał dziewczyny odciętej od własnej łazienki do takiej uwagi jak klasyczny podkoszulek z wąskimi ramiączkami. Gdyby świeciło słońce, uznałbym strój za kompromis między skrępowaniem własną cielesnością a potrzebą chłodu. Zaczynała się jednak noc, zimna jak wszędzie, gdzie brakuje chmur i wody, więc nie byłem pewien, jak interpretować jej wybór.

– Pomijając kolor – mruknęła – wszyscy faceci są jednakowi.

Może nie było czego interpretować? Może nie pamiętała już, o czym mówiliśmy, maszerując za sanitarką? Wzięła pierwszy z wierzchu czysty zestaw – oto najprostsze wyjaśnienie.

Zaterkotał generator i nagle w wąwozie zrobiło się względnie widno. Coraz więcej półnagich żołnierzy z łopatkami w dłoniach schodziło na dół; przed kuchnią utworzyła się nawet mała kolejka.

– Naprawdę? – Jola nie uniosła wzroku znad swej porcji. – Czyli to kolor się pani nie podobał w narzeczonym?

– Siostro – mruknął z wyrzutem Lesik.

– Siadaj – wstałem od stołu. – Przyniosę ci kolację.

– Nie jestem głodna.

– Proszę z nami usiąść – poparła mnie Agnieszka. – Nic pani nie jadła od wczoraj.

– Nie jestem… – Usiadła.

Kiedy wróciłem z kuchni, miejsce Joli było puste.

– Podobno pracujemy w jednej firmie? – przerwał milczenie Olszan.

– Dla ministra rolnictwa? – uśmiechnęła się. – Owszem. Nie jestem tylko pewna, czy dla tego samego. Panu pewnie płaci rząd Degawiego?

Oczy Wielogórskiej zalśniły.

– Chce pani powiedzieć…?

– Mnie zatrudnili, jak rządził Mojle.

– To znaczy, że załatwiając pani lot, Zaręba wsparł rebelię? Boże, ale numer. Mogę o tym napisać? Proooszę…

– To Degawi jest rebeliantem. A generał o niczym nie wiedział. – Czułem, że nie wkłada całego serca w jego obronę. – Był tak zaskoczony, kiedy Murzynka przemówiła po polsku, że…

– Murzynka to chyba za mocno powiedziane – uśmiechnął się Olszan. – Jak to tam było z pani starymi, pani Gabrysiu?

Każdy inny ryzykowałby cios ledwie napoczętą porcją. Albo łzy. Ale nie ten ładny, niesforny chłopiec, jakby wyjęty z amerykańskiego filmu. Była kobietą i nie obraziła się. Więcej: podarowała mu uśmiech.