Выбрать главу

– Jedna babka była Dankilką, druga pół Polką, pół Ukrainką ze Lwowa. Dziadek Amhar z matki Erytrejki, drugi Polak z Łodzi, ale z nazwiska trochę jakby… no, Bauman się nazywał. Tak że generalnie ma pan rację. Strasznie jestem skundlona.

– Prawdziwa mozaika religii – zauważył Lesik. – Ale pani, jak rozumiem, jest katoliczką?

– Nie wiem – zamyśliła się nad uniesioną łyżką. – Chodziłam na religię, ochrzcili mnie, więc pewnie… Nie, nie wiem.

– Nie wie pani? – Był niemile zaskoczony.

– A konkretnie – pospieszyłem jej z pomocą – co tu robisz? To znaczy: jak zarabiasz na życie?

– Jestem ekspertem Ministerstwa Rolnictwa do spraw wdrażania nowych upraw. – Uśmiechnęła się z zakłopotaniem. – Dumnie brzmi, ale w Polsce po prostu skończyłam akademię rolniczą.

– Nie dość, że ładna – pokiwał głową Olszan – to jeszcze mądra. Niech pani tylko nie mówi, że umie gotować, bo mi serce pęknie.

– Biedaczek. – Uśmiech Agnieszki wypadł chłodno.

– Żebyś wiedziała. Dwie szałowe dziewczyny naraz. Oczywiście nadal cię lubię, ale rozumiesz: co micha, to micha.

– Poddaję się – powiedziała szybko Gabriela. – Też marnie gotuję. Zresztą nic by z tego nie wyszło: pracujemy dla konkurencji.

– A, faktycznie. – Odwrócił głowę i nie spiesząc się, pocałował Agnieszkę w gołe, umiarkowanie czyste kolano. – Wygrałaś, Wielogórska.

Zesztywniała. Przede wszystkim jednak wypiękniała. Oczywiście była też zakłopotana. Wszyscy byliśmy, pomijając głównego winowajcę. Zziajany żołnierz podbiegł do stolika w najbardziej stosownej chwili.

– Panie kapitanie, szybko… Chyba udar słoneczny.

*

Szeregowy Maciaszek świecił nagim torsem, ale na głowie miał czapkę. Niczego to być może nie dowodziło, podobnie jak nieistotna mogła być stojąca obok puszka żywieckiego piwa.

Badałem nieprzytomnego chłopaka, słuchając jednym uchem jego kolegów. Jeśli im wierzyć, Maciaszek nigdy nie chorował, nie skarżył się na bóle głowy, nie odwiedzał lekarzy, nie ćpał, a nawet nie pił – może trochę przesadzili, ale w każdym razie uwierzyłem im, że coś podobnego jemu akurat przydarzyć się nie powinno.

– Tak po prostu usiadł i zasnął? – upewniłem się.

– Jedliśmy, nagle odstawił talerz, ziewnął i patrzę… leży.

– Porażenie słoneczne? – Trzeba przyznać Filipiakowi, że wstrzymywał się z pytaniami aż do końca oględzin. – Odwodnił się?

– Przenieście go – skinąłem na otaczających nas żołnierzy. – Pani Jolu, proszę przygotować posłanie obok sanitarki. I zestaw do płukania żołądka. Zaraz przyjdę.

Nie wstając, sięgnąłem po puszkę. Zostało w niej jeszcze z pięćdziesiąt gram czegoś, co pachniało ciepłym piwem i wylane w postaci kilku kropel na język także ciepłym piwem smakowało.

– Chyba nie nalał tam wódki? – W oczach Filipiaka zatlił się gniew.

– Przejdźmy się.

Powoli ruszyliśmy na wschód. W pobliżu cysterny nie było ani umocnień, ani tym bardziej legowisk, mogliśmy rozmawiać swobodnie.

– Nie daję głowy – zastrzegłem – ale to wygląda na zatrucie.

– Zatrucie? To znaczy… coś zjadł?

– Nie mówię o nieświeżej kaszance. Bez analiz niczego konkretnego nie powiem, ale ogólnie biorąc, ten chłopak chyba ciągle jest w znakomitej formie. Tyle że śpi.

– Zaraz… chce pan powiedzieć…?

– Dokładnie. Coś takiego jak u Gabrieli. Narkotyk. Środek nasenny. Znowu nie daję głowy – uniosłem puszkę – ale to pewnie to. Skąd się wzięła? To pierwsza, jaką widzę.

Nie chciał mi wierzyć. To się rzucało w oczy.

– Na jakiej podstawie…? Nie, to śmieszne. Sugeruje pan…

– Gdyby to była nastolatka, którą rzucił chłopak, nie zastanawiałbym się ani przez sekundę. Klasyczny przypadek nadużycia środków nasennych. Ale on chyba nie popełniał samobójstwa, prawda?

– Maciaszek? Wykluczone. To nie ten typ. Zresztą… kto by łykał proszki, a potem siadał i wcinał kolację?

– W dodatku tak podłą – dokończyłem, myślami błądząc już gdzie indziej. – Mają tam latarkę? – Wskazałem bewupa drugiej drużyny, wyznaczającego wschodni kraniec biwaku. – Chcę coś sprawdzić.

W wozie dyżurował kierowca i celowniczy, minimalna załoga zdolna poprowadzić pojazd do walki. Pożyczyłem latarkę, odeszliśmy na bok, usiadłem i zacząłem oglądać puszkę.

– No, proszę. O, tu. Jak pan sądzi, co to takiego? Przez chwilę na przemian oglądał i obmacywał wskazaną wypukłość.

– Może w fabryce… – Urwał i westchnął. – Ma pan rację. Była dziurka i ktoś ją zakleił. Ale to bez sensu. Po co?

Bardziej zwalił się na ziemię niż usiadł obok mnie.

– Ktoś mógł przygotować sobie taką zabawkę dla kawału i odłożyć do tornistra na stosowną chwilę. Nawet sam Maciaszek. Jeśli miał więcej puszek, mógł się pomylić. Albo podwędził komuś to piwo. W wojsku wszystko miewa nogi i lubi wędrować.

– Wygłupiają się czasami – mruknął. – Ale nie do tego stopnia.

– Pana ludzie miewają piwo?

– Na patrolu? To głównie proste chłopaki, po zawodówce albo i bez. Przed wojskiem mało który pracował, a jeśli już, to za grosze. Tu biorą dwa razy tyle, co ich majster. Zależy im na służbie w kontyngencie.

– Czy tam u was, w Ferfer, mogli mieć dostęp do igły i strzykawki?

– Raczej nie. Punkt medyczny prowadzą Finowie. Rozumie pan: bariera językowa, no i oni są raczej… No, naród dilerów to to nie jest.

Milczeliśmy jakiś czas. Wieżyczka bewupa drgnęła, celowniczy pokazywał dowódcy, że czuwa. Albo po prostu czuwał.

– To się nie trzyma kupy – mruknął Filipiak. – Jak na kawał mało śmieszne i ryzykowne, a jak nie kawał, to co?

Nagle doznałem olśnienia. O ile wolno nazwać tak coś, od czego świat mrocznieje do granic piekielnej ciemności.

– Poruczniku, niech pan szybko powie: wszyscy już jedli?

Zesztywniał. Od razu zrozumiał.

– Lepiej, żeby się pan mylił. – Zerwał się niewiele wolniej od kogoś, kto usiadł na grzechotniku. – Bo jak nie, to tylko posterunki…

Nie pobiegł wprawdzie, ale czułem, że zdrowie kucharza wisi na cienkiej nitce: gdyby spróbował lać komuś w menażkę, Filipiak prawdopodobnie posunąłby się do przestrzelenia mu chochli, a był zbyt roztrzęsiony, by porządnie celować.

Na szczęście dyscyplina funkcjonowała jak należy.

– Ośmiu – Filipiak wskazał czekające na podgrzanie tacki z drugim daniem. – Załogi wozów. Nie przychodzili po jedzenie. Słuchaj, Puzewicz – zwrócił się do trochę wystraszonego kucharza. – Niech cię ręka boska broni, żebyś miał któremuś dać choć skórkę od chleba. Zamknij interes i raz-dwa ściągnij mi tu kierowców z wozów dyżurnych.

Kucharz pomknął jak strzała.

– To mało prawdopodobne – pocieszyłem Filipiaka. – Nie bawiłby się z puszką, gdyby planował przerobienie całego plutonu na śpiących rycerzy za pomocą kotła i gulaszu.

– Zawsze może improwizować – mruknął. – Co tu się, kurwa, dzieje?

Nie umiałem odpowiedzieć. I chyba nie chciałem.

– Pogadam z tym kolegą Maciaszka. Może coś zauważył.

Kolega nazywał się Grabowski i był celowniczym granatnika RPG-7, do którego Maciaszek nosił amunicję. Obaj należeli do drużyny Bielskiego, tej szczęśliwej, która nie poniosła dotąd strat. Maciaszek był pierwszym z ośmiu podwładnych plutonowego, który ucierpiał w trakcie tej najczarniejszej w dziejach UNIFE ekspedycji.

Jeśli wierzyć Grabowskiemu, ta łaska boska dawała się łatwo wyjaśnić. Ani on, ani koledzy nie robili kawałów, nie przyprawiali piwa, nie przemycali go, nie kradli, nie znali fińskich sanitariuszy i generalnie znakomicie nadawali się na bohaterów szkolnych czytanek.