Выбрать главу

– Dobra. – Pozwoliłem mu się wygadać. – Teraz powiedz, skąd twój kumpel miał to piwo, i masz tydzień urlopu w Abebie.

Zerknął niepewnie na porucznika, a potem, z wahaniem, na mnie.

– Żadnych kar – obiecałem. – Dla nikogo.

– No… nie wiedziałem, że to ważne… Tylko, jak można, to żeby pan porucznik nikomu… Głupio tak jakoś. Naprawdę żaden z chłopaków kropli piwa nie zabrał i dlatego Maciaszek się skusił. Ta puszka wyleciała z kieszeni Pawlikiewiczowi.

– Komu?

– To ten kapral – Filipiak przeciągnął palcem po gardle. Odprawił żołnierza gniewnym gestem i rzucił mi ponure spojrzenie. – Pogadam z załogami wozów, chociaż to chyba faktycznie dmuchanie na zimne. Ale potem musimy porozmawiać. Poważnie.

*

Płukanie żołądka nie przywróciło Maciaszkowi przytomności, ale też jego stan nie uległ pogorszeniu. Mianowałem go na pacjenta numer dwa, ułożyłem pod siatkowym baldachimem i wymusiłem na Joli obietnicę regularnych kontroli.

– Zresztą wszystkich musimy mieć cały czas na oku – zakończyłem.

– Mam siedzieć całą noc? – Nie próbowała kryć niechęci. – Ledwie trzymam się na nogach. Z dyżuru mnie ściągnęli, to już druga doba.

– Będziemy się zmieniać. Pani, ja i Gabriela.

– Chce pan powierzyć rannych tej Murzynce?

– Muszę. Ja też ledwie żyję. – Nie przekonałem jej, ale wolała chyba podzielić wysiłek na troje, niż płacić własnym snem za przyjemność wbicia paru szpilek w skórę barwy czekolady.

– Jeszcze jedno – przypomniała sobie. – Mógłby pan załatwić większy przydział wody? Cała się lepię – dodała z dość dwuznacznym uśmiechem. Mogłem go obejrzeć ze szczegółami: nasz schron dorobił się żarówki.

Siatka, okop obłożony workami, samochód, skarpa – wbrew pozorom byliśmy nieźle odizolowani od otaczającego nas obozowiska. Już teraz. A przecież długa afrykańska noc dopiero się zaczynała. Wiedziałem, że oboje myślimy o tym samym. Postarała się.

– No… zobaczę. – Zacząłem się pocić dwa razy szybciej. Nie byłem pewien, czy naprawdę chcę stąd uciec. Jej twarz, piersi, biodra, nogi – wszystko było jeśli nie idealne w proporcjach, to przynajmniej do ideału zbliżone. Hormony robiły swoje.

– Pan powie, że to dla rannych.

Była ładna, klęczała obok i w dodatku udzielała nacechowanych życiową mądrością rad. Hormony miotały się po całym ciele, ze szczególnym uwzględnieniem środkowych partii. Coś się jednak zmieniło.

– Zobaczę – powtórzyłem i na czworakach, najkrótszą drogą, wydostałem się spod siatki.

Jeszcze w Kasali darowałbym sobie poszukiwania Ciołkosza i bez pytania wziął któryś z porozwieszanych po samochodach kanistrów. Teraz, choćbym chciał, nie mogłem: nie wiedzieć kiedy, wszystkie znikły. Znalazłem je w niszy, wygrzebanej w północnym stoku, chyba za pomocą czołgowego lemiesza. Stos blaszanek okryto plandeką i zamaskowano paroma krzakami.

– Jak stoimy z wodą? – Idąc tu, myślałem, że dobrze, ale zaniepokoił mnie siedzący obok magazynu starszy szeregowy nazwiskiem Bubula, kierowca wozu kwatermistrzowskiego i prawa ręka szefa. Zdążyłem zaobserwować, że nie był typem rwącym się do pracy i jeśli marnował tu czas wolny, siedząc obok kamizelki i hełmu, to nie bez powodu.

– Właśnie mówię księdzu – rozłożył ręce Ciołkosz – że leżymy.

Miałem pecha do Lesika tego wieczora. On też wolałby mnie nie oglądać, ale tym razem za naburmuszoną minę odpowiadał sierżant.

– Nie mówię o praniu. Chcę się tylko trochę obmyć.

– Ja to rozumiem, proszę księdza, ale porucznik… Jasne, znajdzie się kanisterek, ale mam prośbę: gdzieś na boku, po cichu. Większość pełnych baniaków miałem na tej rozpie… rozbitej ciężarówce. A cztery poszły w diabły od odłamków, jak Ruscy do czołgu strzelali. No i Filipiak kazał oszczędzać, tak na wszelki wypadek.

– Kazał racjonować wodę? – upewniłem się.

– No, nie do picia. Ale reszta… To co, przejdzie się ksiądz kawałeczek? Po co ludzi w oczy kłuć? Tam za cmentarzykiem wąwóz skręca, jest trochę zarośli, a jeszcze światło dochodzi. Poślę Bubulę z miską i baniakiem, dobrze? Górą pójdzie, dyskretnie. To za pięć minut, co?

Lesik oddalił się bez słowa. Ja stałem dalej, też bez słowa.

– O Jezu… Doktor też? – jęknął Ciołkosz. – Słowo honoru, że…

– Doktor jak doktor, ale jego dziewczyny…

Roześmiał się boleśnie, jak pacjent z żartu dentysty.

– No dobra. Ale jeden kanister na cały szpitalik.

– Ile tego jest? – spojrzałem na plandekę.

– W tym problem – mruknął. – Nie nabraliśmy wody w Kasali. Cienko z pastylkami odkażającymi. Pomyślałem, że w Werder czystą weźmiemy. Kto mógł przewidzieć… Więc ściągnąłem wszystko tu, żeby nóg nie dostało.

*

Natknąłem się na obie równocześnie: jedna wychodziła spod siatki, druga unosiła obciążoną kamieniami krawędź dwa metry dalej, szykując się do zanurkowania pod pofałdowany pagórek. Obie znieruchomiały, wpatrzone w dźwigany przez Bubulę dwudziestolitrowy kanister. Postawił go i szybko odszedł, chyba podobnie jak ja zakłopotany wyzierającym z kobiecych spojrzeń głodem.

– No, dziewczęta, mamy co pić.

Marne otwarcie. Sam sprowokowałem coś, do czego nie musiało dojść.

– Tylko do picia? – upewniła się Gabriela. Kiwnąłem głową, też nie tak stanowczo, jak należało. – Czyli z kąpieli nici? Może to i dobrze, bo zapomniałam szamponu.

– Pełny. – Jola zdążyła wygramolić się spod siatki i opukać kanister. Uśmiechnęła się. – Już myślałam… Kawalarz z pana.

Psiakrew. Nie miałem dość odwagi, by pozbawić jej złudzeń. Dzięki temu przestały być złudzeniami.

– No… możecie się trochę… – utknąłem, szukając słowa nie budzącego głupich skojarzeń, a równocześnie narzucającego oszczędzanie wody. Do głowy uparcie przychodziło mi podmywanie i tylko ono. – To musi starczyć dla nas i rannych, więc nie przesadzajcie. Ciołkosz…

Uciszył mnie zgrzyt ciągniętej po piasku blachy: Jola znikała z łupem w czeluści sztucznego pagórka.

– Zajęte! – usłyszałem. – Nie podglądać!

Przekorny i nasycony kokieterią ton mówił coś dokładnie przeciwnego. Znów zacząłem odbierać nachalne depesze od hormonów.

– Co z tym chłopakiem? – Gabriela usiadła po turecku obok sanitarki. Przypomniała mi o czymś. Hormony pochowały się w norach.

– Mówiłaś – zacząłem ostrożnie – że dali ci narkotyk. No wiesz.

– Nie chcę do tego wracać – powiedziała szybko. – Nie teraz.

Gdzieś obok, blisko, zgrzytnął miękko zamek błyskawiczny – Jola zdejmowała szorty. Słyszałem szelest ubrania, klapnięcie zrzuconego sandała. Nie spieszyła się. I chyba nie wkładała całego serca w zachowanie ciszy. Coraz trudniej było mi walczyć z własną wyobraźnią.

– Wygląda na to, że ktoś podtruł Maciaszka.

– Podtruł?! – Od razu zrozumiała. – To… to nie ma nic wspólnego ze mną. – Widziałem, że zastanawia się gorączkowo, czy aby na pewno.

– Może. Tylko że nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić. Nikt nie wie, co i dlaczego ci podano. Sprawy zaszły za daleko, Gapa. Musisz się wyspowiadać ze wszystkiego. Filipiak nie…

Umilkłem, patrząc z niepokojem na przebiegających między ogniskami gońców i półnagich żołnierzy, odstawiających kubki i wciągających kamizelki kuloodporne.

– Właź do dziury – rzuciłem.

– Idę z tobą.

– Zostajesz – rzuciłem za siebie, ruszając wydłużonym krokiem. Zabrzmiało dobrze, zdecydowanie, tylko kierunek okazał się nie ten: szła obok mnie. – Masz zostać w okopie, rozumiesz?