– Dobra. – Pozwoliłem mu się wygadać. – Teraz powiedz, skąd twój kumpel miał to piwo, i masz tydzień urlopu w Abebie.
Zerknął niepewnie na porucznika, a potem, z wahaniem, na mnie.
– Żadnych kar – obiecałem. – Dla nikogo.
– No… nie wiedziałem, że to ważne… Tylko, jak można, to żeby pan porucznik nikomu… Głupio tak jakoś. Naprawdę żaden z chłopaków kropli piwa nie zabrał i dlatego Maciaszek się skusił. Ta puszka wyleciała z kieszeni Pawlikiewiczowi.
– Komu?
– To ten kapral – Filipiak przeciągnął palcem po gardle. Odprawił żołnierza gniewnym gestem i rzucił mi ponure spojrzenie. – Pogadam z załogami wozów, chociaż to chyba faktycznie dmuchanie na zimne. Ale potem musimy porozmawiać. Poważnie.
Płukanie żołądka nie przywróciło Maciaszkowi przytomności, ale też jego stan nie uległ pogorszeniu. Mianowałem go na pacjenta numer dwa, ułożyłem pod siatkowym baldachimem i wymusiłem na Joli obietnicę regularnych kontroli.
– Zresztą wszystkich musimy mieć cały czas na oku – zakończyłem.
– Mam siedzieć całą noc? – Nie próbowała kryć niechęci. – Ledwie trzymam się na nogach. Z dyżuru mnie ściągnęli, to już druga doba.
– Będziemy się zmieniać. Pani, ja i Gabriela.
– Chce pan powierzyć rannych tej Murzynce?
– Muszę. Ja też ledwie żyję. – Nie przekonałem jej, ale wolała chyba podzielić wysiłek na troje, niż płacić własnym snem za przyjemność wbicia paru szpilek w skórę barwy czekolady.
– Jeszcze jedno – przypomniała sobie. – Mógłby pan załatwić większy przydział wody? Cała się lepię – dodała z dość dwuznacznym uśmiechem. Mogłem go obejrzeć ze szczegółami: nasz schron dorobił się żarówki.
Siatka, okop obłożony workami, samochód, skarpa – wbrew pozorom byliśmy nieźle odizolowani od otaczającego nas obozowiska. Już teraz. A przecież długa afrykańska noc dopiero się zaczynała. Wiedziałem, że oboje myślimy o tym samym. Postarała się.
– No… zobaczę. – Zacząłem się pocić dwa razy szybciej. Nie byłem pewien, czy naprawdę chcę stąd uciec. Jej twarz, piersi, biodra, nogi – wszystko było jeśli nie idealne w proporcjach, to przynajmniej do ideału zbliżone. Hormony robiły swoje.
– Pan powie, że to dla rannych.
Była ładna, klęczała obok i w dodatku udzielała nacechowanych życiową mądrością rad. Hormony miotały się po całym ciele, ze szczególnym uwzględnieniem środkowych partii. Coś się jednak zmieniło.
– Zobaczę – powtórzyłem i na czworakach, najkrótszą drogą, wydostałem się spod siatki.
Jeszcze w Kasali darowałbym sobie poszukiwania Ciołkosza i bez pytania wziął któryś z porozwieszanych po samochodach kanistrów. Teraz, choćbym chciał, nie mogłem: nie wiedzieć kiedy, wszystkie znikły. Znalazłem je w niszy, wygrzebanej w północnym stoku, chyba za pomocą czołgowego lemiesza. Stos blaszanek okryto plandeką i zamaskowano paroma krzakami.
– Jak stoimy z wodą? – Idąc tu, myślałem, że dobrze, ale zaniepokoił mnie siedzący obok magazynu starszy szeregowy nazwiskiem Bubula, kierowca wozu kwatermistrzowskiego i prawa ręka szefa. Zdążyłem zaobserwować, że nie był typem rwącym się do pracy i jeśli marnował tu czas wolny, siedząc obok kamizelki i hełmu, to nie bez powodu.
– Właśnie mówię księdzu – rozłożył ręce Ciołkosz – że leżymy.
Miałem pecha do Lesika tego wieczora. On też wolałby mnie nie oglądać, ale tym razem za naburmuszoną minę odpowiadał sierżant.
– Nie mówię o praniu. Chcę się tylko trochę obmyć.
– Ja to rozumiem, proszę księdza, ale porucznik… Jasne, znajdzie się kanisterek, ale mam prośbę: gdzieś na boku, po cichu. Większość pełnych baniaków miałem na tej rozpie… rozbitej ciężarówce. A cztery poszły w diabły od odłamków, jak Ruscy do czołgu strzelali. No i Filipiak kazał oszczędzać, tak na wszelki wypadek.
– Kazał racjonować wodę? – upewniłem się.
– No, nie do picia. Ale reszta… To co, przejdzie się ksiądz kawałeczek? Po co ludzi w oczy kłuć? Tam za cmentarzykiem wąwóz skręca, jest trochę zarośli, a jeszcze światło dochodzi. Poślę Bubulę z miską i baniakiem, dobrze? Górą pójdzie, dyskretnie. To za pięć minut, co?
Lesik oddalił się bez słowa. Ja stałem dalej, też bez słowa.
– O Jezu… Doktor też? – jęknął Ciołkosz. – Słowo honoru, że…
– Doktor jak doktor, ale jego dziewczyny…
Roześmiał się boleśnie, jak pacjent z żartu dentysty.
– No dobra. Ale jeden kanister na cały szpitalik.
– Ile tego jest? – spojrzałem na plandekę.
– W tym problem – mruknął. – Nie nabraliśmy wody w Kasali. Cienko z pastylkami odkażającymi. Pomyślałem, że w Werder czystą weźmiemy. Kto mógł przewidzieć… Więc ściągnąłem wszystko tu, żeby nóg nie dostało.
Natknąłem się na obie równocześnie: jedna wychodziła spod siatki, druga unosiła obciążoną kamieniami krawędź dwa metry dalej, szykując się do zanurkowania pod pofałdowany pagórek. Obie znieruchomiały, wpatrzone w dźwigany przez Bubulę dwudziestolitrowy kanister. Postawił go i szybko odszedł, chyba podobnie jak ja zakłopotany wyzierającym z kobiecych spojrzeń głodem.
– No, dziewczęta, mamy co pić.
Marne otwarcie. Sam sprowokowałem coś, do czego nie musiało dojść.
– Tylko do picia? – upewniła się Gabriela. Kiwnąłem głową, też nie tak stanowczo, jak należało. – Czyli z kąpieli nici? Może to i dobrze, bo zapomniałam szamponu.
– Pełny. – Jola zdążyła wygramolić się spod siatki i opukać kanister. Uśmiechnęła się. – Już myślałam… Kawalarz z pana.
Psiakrew. Nie miałem dość odwagi, by pozbawić jej złudzeń. Dzięki temu przestały być złudzeniami.
– No… możecie się trochę… – utknąłem, szukając słowa nie budzącego głupich skojarzeń, a równocześnie narzucającego oszczędzanie wody. Do głowy uparcie przychodziło mi podmywanie i tylko ono. – To musi starczyć dla nas i rannych, więc nie przesadzajcie. Ciołkosz…
Uciszył mnie zgrzyt ciągniętej po piasku blachy: Jola znikała z łupem w czeluści sztucznego pagórka.
– Zajęte! – usłyszałem. – Nie podglądać!
Przekorny i nasycony kokieterią ton mówił coś dokładnie przeciwnego. Znów zacząłem odbierać nachalne depesze od hormonów.
– Co z tym chłopakiem? – Gabriela usiadła po turecku obok sanitarki. Przypomniała mi o czymś. Hormony pochowały się w norach.
– Mówiłaś – zacząłem ostrożnie – że dali ci narkotyk. No wiesz.
– Nie chcę do tego wracać – powiedziała szybko. – Nie teraz.
Gdzieś obok, blisko, zgrzytnął miękko zamek błyskawiczny – Jola zdejmowała szorty. Słyszałem szelest ubrania, klapnięcie zrzuconego sandała. Nie spieszyła się. I chyba nie wkładała całego serca w zachowanie ciszy. Coraz trudniej było mi walczyć z własną wyobraźnią.
– Wygląda na to, że ktoś podtruł Maciaszka.
– Podtruł?! – Od razu zrozumiała. – To… to nie ma nic wspólnego ze mną. – Widziałem, że zastanawia się gorączkowo, czy aby na pewno.
– Może. Tylko że nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić. Nikt nie wie, co i dlaczego ci podano. Sprawy zaszły za daleko, Gapa. Musisz się wyspowiadać ze wszystkiego. Filipiak nie…
Umilkłem, patrząc z niepokojem na przebiegających między ogniskami gońców i półnagich żołnierzy, odstawiających kubki i wciągających kamizelki kuloodporne.
– Właź do dziury – rzuciłem.
– Idę z tobą.
– Zostajesz – rzuciłem za siebie, ruszając wydłużonym krokiem. Zabrzmiało dobrze, zdecydowanie, tylko kierunek okazał się nie ten: szła obok mnie. – Masz zostać w okopie, rozumiesz?