– Moja nie mówić polski – burknęła. Skapitulowałem.
Jakaś para taszczyła na górę cekaem. Lesik dopinał kamizelkę.
– Jakiś ruch na radarze. – Oprócz nas wokół Filipiaka zebrał się prawie cały przysłany ze stolicy zespół i porucznikowi nie wypadało tego zignorować. – Trzy echa, dwa kilometry stąd, szybkość piętnaście.
– Metrów na sekundę? – Morawski podrapał się po szorstkim policzku. – Na niskim pułapie? Jak na noc całkiem…
– Kilometrów na godzinę. Drzewa zniekształcają echa, więc Grochulski nie może się zdecydować, czy to wolne łaziki, czy szybkie wielbłądy. Tak czy siak, idą po naszym śladzie. Co pani o tym sądzi?
Zaskoczył wszystkich, Gabrielę też. Zdążyła oswoić się z rolą osoby odrobinę trędowatej, której dyskretnie się unika.
– Ja? No… tu nie ma żadnego szlaku. I nikt nie podróżuje nocą. Jakaś dziura i… – Nabrała powietrza jak przed nurkowaniem. – To ludzie Sabaha.
– Wszyscy? – Wielogórska wahała się między ulgą a zawodem.
– Zwiadowcy. Nie słyszała pani? Ma około tysiąca wojo… żołnierzy.
– Doktorze – Filipiak sięgnął po hełm – proszę się zająć swoją grupą. Schowajcie się gdzieś. A pani pójdzie ze mną.
Gabriela odruchowo zerknęła w moją stronę, ale już wtedy jej głowa wykonywała potakujące ruchy. To nie była prośba o protekcję.
– W porządku, cho…
– Moment – przerwałem jej brutalnie. – To także moja grupa.
Ton – ton był nie taki. Uświadomiło mi to kilka zdziwionych spojrzeń. Morawski lekko kręcił głową, a Gabriela…
Powiedzmy, że patrzyła na mnie.
– Bez obaw – mruknął Filipiak, zapinając pasek pod brodą. – To nie randka. Może będę potrzebował tłumacza.
Następny. Morawski, teraz on. Byłem dla niej po prostu uprzejmy. To, że inni nie byli, nie znaczy jeszcze… Ale nie to mnie martwiło.
– O czym pan chce z nimi rozmawiać? – Nie dałem mu szansy na odpowiedź. – Idę z wami. Major Morawski mnie zastąpi. I niech jej pan załatwi hełm i kamizelkę.
– Nic mi nie będzie – powiedziała miękko. I przecięła spór w zarodku, wbiegając z kozią zręcznością na krawędź wąwozu. Mimo palących się nadal ognisk, stała się zawieszoną w nicości plamą szortów. Zmaterializowała się ponownie dopiero, gdy dotarłem na górę. Mignęły mi jasne tenisówki, potem wyciągnięta w dół ręka.
Wdzięczność? Może żart – kiedy już pomogła mi sforsować ostatni, pionowy odcinek, dostrzegłem błysk zębów. A może po prostu, jak ja, czerpała przyjemność z faktu stykania się naszych ciał?
Bo czerpałem. Niepokoiło mnie to. Przyjemności kosztują.
– Są kilometr stąd! – usłyszałem stłumiony okrzyk od strony samochodu pancernego. Z przodu ktoś podrzucał gałęzi do płonącego na przedpolu ogniska. Niepotrzebnie. Wschodzący księżyc już teraz zalewał sawannę większą ilością światła. Wiedziałem, że kiedy wzrok przywyknie do mroku, będę widział całkiem daleko.
– Odpalaj, Szewczyk. – Porucznik ruszył w stronę beerdeema.
– Co pan chce zrobić? – Nadal okazywałem nieufność, ale przynajmniej w marszu. Warknął silnik, ktoś otworzył boczny właz.
– Przejechać ich i upozorować wypadek. Uwaga na głowę. – Przepuścił przodem dziewczynę, w ostatniej chwili powstrzymując odruch pchnięcia znikających w wozie pośladków. – Nie chcę, by zobaczyli te okopy.
Następny sensowny pomysł, który mi się nie spodobał. Tym razem nie protestowałem: była już wewnątrz, mógł z nią po prostu odjechać. Wsiadłem i zatrzasnąłem drzwiczki, których stary sowiecki samochód dorobił się kosztem pary opuszczanych kół, pozwalających mu niegdyś pokonywać transzeje. Ruszyliśmy. W zmodernizowanej wersji BRDM oferował załodze trochę więcej miejsca, ale nie na wiele się to zdało. Grochulski, dżentelmen z bożej łaski, zaczął się kręcić, próbując jak najwygodniej usadowić damę, skutkiem czego wszyscy wpadali na wszystkich i dopiero gdy kierowca zaczął hamować, zapanował jaki taki porządek.
– Oho, są – Filipiak oderwał oczy od peryskopu. – Widzisz ich?
– Widzę – zameldował Grochulski z podwieżowego kosza. – Mętne typy.
– To uważaj, bo nie będzie cię miał kto na urlop… Mogłaby pani usiąść tu, gdzie ja teraz? – Znów zaczęli się przepychać. – Klęknie pani i wystawi tylko głowę przez górny właz. Jakby co, starczy się schylić. Szewczyk, zgaś światła, bo im konie spłoszysz.
Zatrzymaliśmy się. Wyszedł przez półkolisty właz w dachu. Gabriela od razu zaczęła wyglądać na zewnątrz. Kierowca wyłączył silnik.
– Niech zostaną tam, gdzie są – dobiegł zza pancerza głos Filipiaka. Dziewczyna przetłumaczyła. Melodia obcego języka brzmiała dziwacznie w zestawieniu ze znajomym głosem.
– Nie próbowali uciekać? – zapytałem szeptem. BRDM miał z przodu dwa okna, ale teraz zasłaniały je stalowe pokrywy i nic nie widziałem.
– Nie – mruknął Grochulski. Krótka pauza. – Jeden ma chyba radio.
Zastanawiałem się, co chciał przez to powiedzieć. I co chce nam przekazać gniewny głos, wykrzykujący w oddali.
– Nie całkiem rozumiem. – Swój głos Gabriela trzymała na dużo krótszej smyczy. – W przybliżeniu chodzi o to, że chcą zabrać mnie i kogoś z zakrwawioną… aha, nie… rudego… chcą zabrać pana Grochulskiego i mnie. Jeśli się pan nie zgodzi, ogłoszą światu, że jesteście bandą złodziei cudzych kobiet, i cały świat ruszy na was.
Wysiadłem bocznymi drzwiami. Za wiele nie zobaczyłem: trzy niewyraźne, duże plamy cienia.
– Niech im pani powie, że zażalenia na nas mogą wnosić w każdej placówce UNIFE oraz u odpowiednich przedstawicieli etiopskich…
– Moment! – Przerwałaby mu wcześniej, ale trochę potrwało, zanim otrząsnęła się z wrażenia. – To prości pasterze!
Nie powiedziała wprost, co powinien zrobić z tą prawniczą gadką, ale taka sugestia wyraźnie wisiała w powietrzu.
– Mów po swojemu – poradziłem. – W razie czego poświadczymy, że porucznik odczytał im całą konwencję genewską i…
– Sięga po broń!!! – wrzasnął Grochulski. Filipiak runął na ziemię i dopiero wtedy sam zaczął krzyczeć: żołnierz wygrał z dyplomatą.
– Nie strzelaj! Niech ich pani pow…!
Gabriela też krzyczała, ale niczego nie dało się już zmienić.
Krótka i może dlatego przeraźliwie głośna seria przecięła jej słowa. Grochulski użył lżejszego z zamontowanych w wieży karabinów, PKT kalibru 7,62, i posłużył się nim wstrzemięźliwie: tylko jeden z cieni zmalał nagle, gdy pociski zdmuchnęły jeźdźca z siodła. Niestety Gabriela umilkła, a dwaj pozostali jeźdźcy nie zrozumieli sytuacji.
Ten z prawej, wrzeszcząc dziko, zawrócił konia i pocwałował z powrotem na południe. Ten z lewej zaczął strzelać.
Co najmniej pięć pocisków zabębniło o blachy Dopiero wtedy przemówił ponownie karabin Grochulskiego. W taśmie co trzeci nabój był smugowy i właśnie jeden z takich błyszczących punkcików przeleciał przez ciało koczownika.
Jeszcze nim ogień ustał, usłyszałem brzęk padającej klapy. Nie wiem, jakim cudem mój sparaliżowany mózg złożył z tego w ułamku sekundy klarowną wizję buchającej czerwienią dziewczęcej twarzy. Wiem, że logiką się nie popisał: zamiast w drzwi, skoczyłem do góry, na dach.
Omal nie zdarłem paznokci, najpierw w trakcie wspinaczki, potem – mocowania się z włazem. Jeśli nie zdążyła schować głowy…
Zdążyła. Była szybka, co udowodniła jeszcze raz, wyskakując nagle z półokrągłego luku jak diabeł z pudełka. Dostałem w żuchwę jej czołem.
– Ży…?!
– Jace…?!
Dwa lęki, gasnące w skurczonych żołądkach, dwie obolałe głowy, kilka sekund kurczowego uścisku jej palców na moim ramieniu. Ciepło w miejscu, gdzie kończyła się pacha, a zaczynała dziewczęca pierś; ciepło, wilgoć i miękkość dawno nie golonych włosów.