Выбрать главу

Chcieliśmy coś powiedzieć, wyłgać się jakoś z lęku w oczach i tych wciąż zaciskanych palców. Nie umieliśmy.

– O kurwa, Grochu… – Kierowca szczęknął sąsiednim włazem, wychylił głowę. – Załatwiłeś ich. A niech to… Jezu.

Kilkaset metrów stąd, pod brezentem i symboliczną warstwą ziemi, puchły w procesie rozkładu zwłoki jego kolegów. Ale rozumiałem jego emocje. Do tej pory sam czułem się jak świadek serii tragicznych wypadków: coś zabiło ośmiu młodych mężczyzn, ale właśnie coś, jakaś bezosobowa, niematerialna siła. Teraz na naszych oczach po raz pierwszy doszło do walki ze Złem i Zło przegrało. To było nowe doświadczenie. Szewczyk nie oglądał pewnie nigdy umierających ludzi i nie mógł przejść łatwo do porządku dziennego nad faktem, że kumpel z załogi właśnie rozstrzelał dwóch żywych mężczyzn.

– Przepraszam, Grochulski. – Filipiak brzęknął o pancerz jakimś żelastwem. – Chciałem cię zjebać, ale miałeś rację.

Popatrzyłem pod nogi. Na dachu beerdeema leżał amerykański M-16, a pod jego lufą połyskiwała grubaśna rura podwieszanego granatnika.

– Jakby tak kumulacyjnym… No, zrywamy się. Licho nie śpi.

Nie próbowaliśmy wsiadać, nawet Gabriela odbyła jazdę powrotną na obramowaniu włazu. Było gorąco, podmuch przyjemnie chłodził spocone ciała, a licho, wbrew słowom porucznika, na razie spało.

*

Obudziło się po dwudziestu minutach.

– Tyraliera! – zelektryzował cały obóz podniesiony głos Grochulskiego. – Tysiąc trzysta na południe, co najmniej trzydziestu!

Nie brzmiało to bardzo groźnie – nawet bez mobilizowania mojej grupy Filipiak miał pod bronią o ośmiu ludzi więcej – ale mimo pogaszenia wszelkich świateł widać było zaniepokojenie na twarzach żołnierzy. Zwycięstwo to jedno, a straty – drugie. Okopany strzelec stanowi znacznie mniejszy cel, ale oznaczało to tylko, że zabiją nam dwóch czy trzech, nim my zabijemy tych trzydziestu.

Ta prosta, oparta na rachunku prawdopodobieństwa kalkulacja nie spodobała się i Filipiakowi.

– Panie Bielski! Dwóch dodatkowych strzelców do osłony bewupa i wóz ma być na górze pół minuty po tym, jak wydam rozkaz. Bodnar, uważajcie. Mało prawdopodobne, by ci piechurzy mieli coś wspólnego ze śmigłowcem, ale lepiej zachować ostrożność. Hanusik! Na górę! Obserwację prowadzą obsługi kaemów, ogień powyżej dwustu metrów też tylko one. Strzelać tylko, jak się widzi, jasne? Stanowisko dowodzenia tu, przy ciężarówce. Łącznicy mają się poruszać wzdłuż wąwozu i co jakiś czas pogadać z każdym. Chłopcy muszą czuć, że nie są sami.

– Może skrócić front? – zaproponował Ciołkosz. – Po dwieście metrów na osłabioną drużynę, w nocy…

– Wykonać. – Odczekał, aż dowódcy drużyn rozbiegli się każdy w swoją stronę, i dopiero wtedy odpowiedział: – Chciałem, ale zdaniem Wołynowa, jakby co, stracimy wszystkie samochody ze jednym zamachem. Poza tym teraz są zamaskowane, obłożone workami. No i mamy trochę pola do manewru. Stłocz wszystko, a kule zaczną latać nad amunicją, rannymi, kobietami… A właśnie, doktorze. Jak tam pana komando?

– Olszan siedzi z Giełzą przy radiu, dziewczyny w okopie przy punkcie opatrunkowym, a z reszty Morawski sformował międzynarodowy kieszonkowy pułk oficerski. Czyszczą karabiny i czekają, aż pan ich wezwie. Z wyjątkiem Lesika. On już załatwia wsparcie. Z góry.

Przyjrzał mi się uważnie, ale nie zdążył niczego powiedzieć.

– Pojazd terenowy! – zawołał Grochulski. – Azymut 105, na wzgórzu, odległość 800! Trzy inne za tyralierą, skręcają na zachód, odległość półtora kilometra! – Przerwa. – Znikają, martwe pole!

– Jak się pokażą, Bielski mógłby im przygrzać – podsunął Ciołkosz.

– Nie jesteśmy stroną w tej wojnie – uśmiechnął się cierpko Filipiak. – Możemy się tylko bronić. Jeśli zaatakują.

– A ci trzej konni? – przypomniałem.

– Nie musieli być razem. Mówię teoretycznie.

Teoretycznie miał rację. Miał też pecha i nie dałbym głowy, że po tym wszystkim nie weszli nam przed lufy żołnierze armii etiopskiej, ścigający trzech konnych terrorystów. On, otwierając ogień już teraz, swoją dałby na pewno.

– Nie podobają mi się te samochody. – Ciołkosz zastąpił beret hełmem. – Co oni kombinują?

– Oskrzydlenie – wyjaśnił spokojnie Filipiak. – Może wyjdą na tyły i pchną drugą tyralierę z północy. Ale przede wszystkim spróbują wzdłuż wąwozu. Wiedzą, że po ciemku lepiej widzimy; zarośla to ich szansa.

– Zaraz – poruszyłem się niespokojnie. – Tego w planach nie było.

– To szachy. Nieraz trzeba poczekać na ruch przeciwnika. Zresztą nie miałem ludzi, żeby i tam… Weź, kogo się da – zwrócił się do sierżanta – i ubezpieczajcie czołg. Macie trochę czasu, więc porozpinaj zasieki, postaw parę min. Mogą zaatakować wielką kupą, Drabowicz sam się nie wyrobi.

Po paru minutach obóz opustoszał. Przeszliśmy bliżej beerdeema, oka i ucha dowódcy. Tyraliera zbliżyła się na sześćset metrów. Sunęła wolno, ale im mniej drzew i pagórków oddzielało ją od radiolokatora, tym bardziej się rozrastała – Grochulski doliczył się już około osiemdziesięciu punktów na ekranie.

– A co ze wschodnią częścią wąwozu? – Uczciwie mówiąc, pytanie przyszło mi do głowy, bo stamtąd właśnie nadeszła ciemniejsza od nocy, długonoga, miękko stąpająca postać.

– Musi starczyć bewup – wzruszył ramionami Filipiak. – Nie mam ludzi do prac saperskich. Ale spokojnie: nic się tam nie ruszało. Uderzą od czoła i z prawej.

– Przepraszam. – Głos Gabrieli brzmiał na poły prosząco, na poły buntowniczo. – Niech mi pan da jakiś karabin. Potrafię strzelać.

– Słucham?

– To moja wina – wykonała nieokreślony ruch ręką. – Nie mam zamiaru chować się za cudzymi plecami. Naprawdę potrafię…

– Doskonale – uprzedziłem Filipiaka. – Właśnie szukamy ludzi. Trzeba przegrodzić zasiekami tamten koniec wąwozu. Poruczniku, ma pan pod ręką kogoś, kto mógłby zakładać miny?

Chyba po prostu nie miał ochoty na użeranie się z nami.

– Weźcie Giełzę – westchnął.

*

Miejsce nie było dobre: tylko jedno zbocze znajdowało się w zasięgu ognia bewupa, ukrytego przy następnym zakręcie. Ale było tu wąsko i rosło parę drzewek, których potrzebowaliśmy.

– Tutaj – podjął decyzję Wołynow.

Trzy pnie uzupełnione palikami, które wbijali Zanetti z Morawskim, miały stanowić solidny szkielet. Oblekaliśmy go stalową spiralą drutu ostrzowego, najeżoną żyletkopodobnymi elementami tnącymi. Skrajne kręgi zaopatrzono w uchwyty, dzięki czemu dwie osoby mogły szybko rozciągnąć kilkumetrowy odcinek – i na tym kończyła się łatwizna. Poszczególne odcinki należało po pierwsze połączyć. W Addis Abebie widziałem policyjną wersję zaopatrzoną w specjalne zatrzaski przyspieszające montaż, ale nasza, tańsza, wymagała drutu i kombinerek. Po drugie, wał wysoki i szeroki na metr nie zatrzyma w pojedynkę młodego mężczyzny – potrzebowaliśmy co najmniej dwóch, a lepiej trzech równoległych, sąsiadujących z sobą linii. Żeby nie poodciągano ich, co z racji na lekkość systemu nie wymagało tłumu Herkulesów, dobrze było zakotwiczyć całość – to po trzecie.

Krótko mówiąc: mieliśmy co robić.

Biegałem z Gabrielą w górę i dół stoku, oplatając taśmę wokół jednego pnia i zawracając do drugiego. Kilkanaście kroków od linii gęstniejącej zapory, w mdłym blasku akumulatorowej lampy, Giełza i Wołynow łamali podpisany przez Polskę traktat o zakazie stosowania min przeciwpiechotnych. Parę lat temu część państw – akurat tych najmniej upapranych krwią cywilów, którzy tracili życie i nogi na polach minowych jakiegoś Afganistanu czy Kambodży – zobowiązało się wycofać z użycia wszystko, co może samo wybuchnąć pod ludzką stopą. Nie oznaczało to wyeliminowania pułapek przeznaczonych do rażenia siły żywej, a tylko tyle, że te nowe, dopuszczane przepisami, nie mogły działać samoczynnie. Ktoś, kto nadal chciał wspomagać się minami, musiał przestawić fabryki na produkcję odpalanych zdalnie ładunków kierunkowych, skądinąd bardzo skutecznych. Polski przemysł dostarczał wojsku zupełnie przyzwoitych min tego typu, a firmom ochroniarskim – systemów alarmowych po przyzwoitej cenie. Do Etiopii, gdzie panował wieczny deficyt żołnierzy, trafiły jedne i drugie: miny, by zabezpieczyć skąpo obsadzone posterunki, czujniki, by zastąpić zbyt nielicznych wartowników. Było tylko kwestią czasu opracowanie przez domorosłych racjonalizatorów skrzyżowania technologii militarnej z cywilną. Właśnie jedną z takich oddolnych inicjatyw miałem teraz okazję oglądać w trakcie kolejnych nawrotów. Przy bewupie czekała zapalarka, a idąc tu, przeciągnęliśmy kabel z rozgałęźnikiem, ale pierwsze miny, jakie nasi saperzy ustawili, miały wybuchać od szarpnięcia za staroświeckie odciągi z żyłki.