Łamaliśmy prawo, ale nikt jakoś nie protestował. Nawet Lesik. Fakt, że przyświecał latarką nam i tylko nam, trudno było odbierać jako wyraz dezaprobaty dla poczynań tamtych dwóch – oni mieli własne źródło światła, my z Gabrielą nie.
Układaliśmy drugą linię falangi – tak się to bodajże nazywało – kiedy na południu zagrzmiały karabiny. Ze dwadzieścia naraz.
Z naszej strony odpowiadał tylko karabin maszynowy beerdeema. Potem, sporadycznie, wspomagały go cekaemy drużyn piechoty. Beryle milczały. Miały milczeć. Grochulski widział przeciwnika, był nietykalny za pancerzem i dysponował mnóstwem szybko dostępnej amunicji. Wbrew pozorom był równorzędnym przeciwnikiem dla tyraliery niemal ślepych napastników. Dopóki atakujący byli daleko, nie było sensu ostrzeliwać z beryli kryjącej ich ciemności i rozbłysków ognia u wylotów luf. Wymiana ciosów z Somalijczykami, którzy nie biegli, tylko leżeli i walili z karabinów do każdej pojawiającej się z przodu plamki światła, była nieopłacalna z punktu widzenia rachunku prawdopodobieństwa i Filipiak wiedział, co robi, zabraniając żołnierzom wychylania się z okopów.
Miał rację: nie byli potrzebni.
– Czterysta metrów – ocenił Wołynow. – I zalegli. Nie ma strachu.
Wróciliśmy do pracy. Można było nie ufać Kazachowi, ale na szczęście był jeszcze polski szeregowy, tkwiący w okopie kilkanaście metrów od nas. Żołnierz zamykał lewe skrzydło drużyny Hanusika, miał noktowizor i choć z jednym automatem nie zatrzymałby idącego wzdłuż wąwozu natarcia, powinien je odpowiednio wcześnie wypatrzyć.
Tak nam się wydawało.
Po paru minutach strzelaniny akompaniament postukujących w dali karabinów spowszedniał, przestał robić wrażenie. W jakiś przewrotny sposób zagłuszał strach – niezrealizowane groźby mają tę właściwość. Przede wszystkim jednak zagłuszył odgłos szybkich kroków.
– Uwaga!!! – Gabriela pierwsza zahaczyła wzrokiem o zarośla we wschodniej części wąwozu. Puściłem taszczony na górę odcinek spirali, odwróciłem się. W zagęszczonym blaskiem lampy mroku coś się ruszało. Coś wielkiego albo coś, co było w wielu miejscach naraz. Sięgnąłem do kabury.
– Padnij! – Wierzyłem, że usłucha, ale i tak skoczyłem w jej stronę. Tam, w górze, za krawędzią wąwozu, było życie. Jej, moje i może nawet niektórych spośród tych w dole.
Zaraz potem w krąg światła wleciał granat. Bez sensu, bo rzucono go z zarośli, zza pleców półnagich, czarnych ludzi, którzy stamtąd wybiegli. Upadł pod stopami tego, który gnał jako drugi. Eksplozja wyrzuciła w górę i mężczyznę, i coś długiego, co wziąłem za karabin.
Nikt nie strzelał. Nie zastanawiałem się nad tym, po prostu odnotowywałem fakty. Skok Gabrieli, którą w ostatniej chwili chwyciłem za kitę bujnych włosów, zwalając brutalnie na ziemię. Rozpaczliwą szarżę Wołynowa w stronę wspartego o głaz automatu i równie rozpaczliwy rzut młotkiem w wydaniu Morawskiego. Krzyk Lesika i jego szarpaninę z kaburą. Błyski długich ostrzy w rękach czarnych jak noc napastników. Wycie. Bagnet w dłoni Giełzy. I następną eksplozję.
Tym razem któryś z atakujących zahaczył o odciąg miny. Stalowy huragan kilkuset kulek wypełnił wąwóz gwizdem dartego powietrza, tumanami kurzu, wrzaskami bólu i śmiercią. Pomijając Zanettiego i biegnących gdzieś daleko z tyłu ludzi Sabaha, nikt nie utrzymał się na nogach. Nawet Wołynow wyprowadził cios kolbą karabinu ni to klęcząc, ni leżąc. O sekundę uprzedził pchnięcie krótką włócznią, zadane przez nastolatka, którego przewrócił trafiony odłamkiem towarzysz.
Zanetti szczęknął zamkiem i wyprał nad głowami leżących cały trzydziestonabojowy magazynek beryla. Na oślep, ale kierunek był właściwy, a wąwóz wąski. Nawet jeśli nikogo nie trafił, zatrzymał tłum.
– Leż! – Nie popisałem się logiką, ciągnąc równocześnie Gabrielę w górę zbocza z subtelnością młynarza szarpiącego się z workiem. Byłem i tak delikatniejszy od tych w dole. Od Wołynowa, który najpierw kopniakiem, a potem krótką serią zmienił twarz swego niedoszłego zabójcy w krwawy befsztyk. Od czarnego faceta z maczetą, młócącego oburącz, jak chłop cepem, leżącego u jego stóp Giełzę. Od Morawskiego, który, siedząc w rozkroku, tłukł z pistoletu w wijących się wokół niego, pociętych odłamkami, półprzytomnych chłopców.
Bo to byli chłopcy. Prawie wyłącznie. Ktoś zebrał gromadę nastolatków, wyposażył w noże, oszczepy i parę granatów, a potem posłał do walki. Bosych, by szli cicho, i półnagich, by nie było ich widać.
– Do tyłu! – Wołynow, strzelając oszczędnym, pojedynczy ogniem, położył trzech nadbiegających jeden po drugim napastników i zanurkował między leżące bliżej ciała. Przeczekał wybuch granatu, odpowiedział kilkunastoma strzałami na ogień automatów bijących z głębi wąwozu i jako ostatni poderwał się do ucieczki.
Zanetti, Morawski i Lesik, każdy ostrzeliwując się gęsto ze służbowego pistoletu, prysnęli chwilę wcześniej. Nie wiem, czy kogoś trafili. Raczej nie: do nich też strzelano, gęściej, bo z broni maszynowej, a jedynym efektem było kilkanaście kilogramów pyłu więcej. Nawiasem mówiąc, to ten substytut zasłony dymnej sprawiał, że wszyscy błyskawicznie nie pozabijali się nawzajem.
Sekundę po tym, jak Wołynow przewalił się nad krawędzią wąwozu tuż obok nas, ogniki z luf zaczęły przesuwać się w stronę zapory.
– Strzelaj! – krzyknął mi w twarz, gorączkowo rozpinając ładownicę. Długa seria liznęła brzeg wąwozu, sypnęła w nas piachem. Huknęła następna mina, ale tym razem upadli tylko dwaj trafieni – reszta gnała dalej. Ktoś zamachnął się, cisnął granat, ktoś inny siał seriami z pistoletu maszynowego. Mijali zaporę – pół zapory, bo tyle zdążyliśmy zbudować. Ale to nie oni do nas strzelali. Pociski, dziesiątki i następne dziesiątki, nadlatywały z głębi wąwozu.
Za dużo ich było. Musiałem najpierw wbić w ziemię twarz Gabrieli, przygnieść piersią jej kark. Kradnąc załodze bewupa tych kilka sekund, których być może potrzebowała, by przetrwać.
Niektórzy wciąż mieli tylko białą broń, ale te rury w rękach dwóch czy trzech…
Magazynek mego wista mieścił piętnaście naboi. Wywaliłem trzy czwarte, nim w ogóle zrozumiałem, że strzelam. Z precyzją było gorzej. Przewrócił się tylko jeden z biegnących. Facet z granatnikiem, trafiony w nogę, pognał dalej, a trzeci, raczej przestraszony niż potraktowany ołowiem, sam wpakował się na zasieki.