Zaraz potem rzuciłem się na bok, schodząc z drogi jakiejś setki kul. Wołynow nawet nie próbował się wychylać. Odturlał się w głąb równiny, wstał, zgięty wpół pobiegł na zachód.
– Zrywamy się! – zacząłem pełznąć jego śladem.
– Puuuść! – Psiamać, wciąż zaciskałem w dłoni jej włosy.
Gdzieś z boku ryknął przegazowany silnik. Potem szybkim „bum-bum” przemówiła armata i pocisk bewupa. Błysk wykroił z mroku sylwetkę Wołynowa. Niedobrze: celował gdzieś w przód. Tamci musieli wedrzeć się cholernie głęboko.
– Głowa nisko – ostrzegłem dziewczynę. – Nie wychy…
– Uważaj!
Spóźniła się: biegnący wzdłuż zasieków chłopak dotarł na górę trochę prędzej. Był młody, najwyżej piętnastoletni, ale przede wszystkim zaskoczony faktem, że natknął się na kogoś, kogo trzeba zabić. To nas ocaliło. Rozpaczliwy kopniak Gabrieli nie miałby znaczenia, gdyby szybciej złożył się do strzału.
Widzieliśmy tylko przesłonięte brzegiem wąwozu popiersie. Dostał po oczach piaskiem, wyszarpniętym jej piętą. Strzelił na oślep i choć kula z jakiegoś staroświeckiego enfielda czy mauzera omal nie odcięła mi ucha, był to fatalny strzał. Ja też się nie popisałem, ale dostał w korpus i to wystarczyło, by zmieść go z pola widzenia raz na zawsze.
– Jacek?! Nic ci…?
Przestraszyła się. Chyba dopiero teraz. Złapałem ją za rękę i pociągnąłem, najpierw na czworakach, potem już biegiem, w stronę środka obozu. Minęliśmy Wołynowa. Znów zmieniał magazynek.
– Ale się pchają! – krzyknął. – Sukinsyny!
Pchali się, fakt. BWP Hanusika cofał się bez przerwy, tłukąc równie konsekwentnie z kaemu, co jakoś nie powstrzymywało atakujących. Ani jeden pocisk nie opuścił wąwozu, każdy wcześniej czy później trafiał w suche jak pieprz ściany i kurzu było tyle, że walka coraz bardziej przypominała starcie dwóch band niewidomych. Załoga bewupa miała teoretycznie wielką przewagę, ale chyba robiła słusznie, biorąc ogon pod siebie. Etap oszczepów i noży dawno minął: teraz do akcji weszło co najmniej dwóch Somalijczyków uzbrojonych w granatniki przeciwpancerne i obaj byli na tyle cwani, względnie ostrożni, by strzelać z głębi pyłowej chmury, na słuch. Żaden nie trafił, jednak odgrodzenie się od nich zakrętem lub wywabienie ich z ukrycia wydawało się najrozsądniejszym wyjściem. Wóz musiał się cofać także ze względu na innych: karabin nie zaszkodzi opancerzonej maszynie, ale gromada fanatyków o rzut beretem od pojazdu to senny koszmar każdej ukrytej pod pancerzem załogi. Precyzyjna seria po celowniku czy czapka nałożona na peryskop łatwo oślepi, a granat czy po prostu garść piachu wrzucona w lufę armaty – nawet zabije pochowanych w środku ludzi. Wystarczy wepchnąć kamień między koło a gąsienicę, by ruszający pojazd ryzykował jej zerwaniem.
Z głębi wąwozu nadleciała rakieta. Chybiła. BWP odgryzł się wystrzałem z armaty, chmura pyłu rozbłysła w dali rudym światełkiem.
Zaraz potem z południa ruszyła tyraliera, ta, od której się zaczęło. Pod osłoną kilku bijących ogniem ciągłym kaemów, wyprzedzani przez wlokące ogniste warkocze pociski granatników, ludzie Sabaha poderwali się do natarcia.
Nie sądzę, by któryś z obrońców to przewidział. Atak w pełnym biegu, po niemal otwartym polu już dawno wyszedł z praktyki wojen. W epoce, gdy każdy żołnierz dysponował odpowiednikiem karabinu maszynowego z czasów Stalingradu, taktyka musiała się zmienić. Filipiak wiedział o tym. Sabah najwyraźniej nie.
Tak mi się przynajmniej wydawało, dopóki pierwsze kłębuszki ognia nie zaczęły sunąć wzdłuż południowego skraju wąwozu. Eksplozje nie były silne – ot, lekki granat – ale było ich dużo. Następowały w krótkich odstępach czasu – mniej więcej po trzy na sekundę – i nawet gdybym nie widział wykreślonej błyskami linii, domyśliłbym się, że do akcji wszedł nie tłum grenadierów, a jakaś paskudna maszynka. Może nawet działko z gatunku tych, jakich używały nowocześniejsze od naszych bojowe wozy piechoty. Cokolwiek to było, zapędziło w głąb okopów nawet tych żołnierzy, którzy, lekceważąc zalecenia Filipiaka, wystawiali wcześniej głowy i gapili się na pole bitwy. Efekt był taki, że mimo nagłej zmiany wojny pozycyjnej na manewrową przez kilkadziesiąt sekund naszych pozycji bronił, jak uprzednio, tylko BRDM.
Grochulski przestał oszczędzać amunicję i zawisł na spuście kaemu. Nie sposób było stwierdzić, czy ta przeraźliwie długa seria jakichś dwustu pocisków kalibru 7,62 zastopowała Somalijczyków. Na pewno jednak zwróciła uwagę kulących się w swych dołkach żołnierzy.
Późno, lecz na szczęście nie za późno, rozszczekał się PKM, zamocowany na trójnożnej podstawie kuzyn maszynki Grochulskiego. Potem dołączyły automaty strzelców, ktoś wypalił z granatnika, pole bitwy rozświetliły race i resztki tyraliery zaległy.
My też leżeliśmy. Natarcie wzdłuż wąwozu chyba w końcu załamało się, ale na dole nie bylibyśmy bezpieczniejsi: niedaleko stała cysterna, a automatyczny granatnik zasypywał deszczem pocisków nie tylko nasze linie obronne na południowym brzegu, ale i sam obóz. Teraz wiedziałem już, że w grę nie wchodzi szybkostrzelne działko: działka nie strzelają ogniem stromotorowym.
– Nie mówiłaś, że twój narzeczony ma artylerię! – Trochę przesadzałem, bo zasilane z taśm granatniki były używane przez piechotę i rasowy artylerzysta obraziłby się, gdyby przypisano mu posługiwanie się czymś, co da się wziąć na plecy. Mimo wszystko był to jakiś substytut moździerza. Jedna taka maszynka z dużym zapasem amunicji mogła całkowicie odmienić charakter czekającej nas batalii.
– Chcesz tak tu leżeć? – odgryzła się Gabriela.
– Wołynow też leży.
– Oni tam walczą. – Zaczęła się podnosić. Złapałem ją po staremu, za włosy.
– A my to co, opalamy się? Myślisz, że kto zatrzyma tych facetów, jak powyłażą na górę i spróbują obejść bewupa?
Znieruchomiała. Mądra dziewczyna. Daleko na wschodzie eksplodowało parę ładunków, rozszczekały się karabiny. Grupa Bielskiego wchodziła do akcji. Późno. Na szczęście późno: mieli czas, zakorkowali tamten koniec wąwozu skuteczniej niż my.
– Tylko tak dalej – roześmiała się boleśnie Gabriela. – Sabah zobaczy, że jestem łysa i się odczepi.
Rozprostowałem palce. Dłoń pozostała jednak gdzieś na styku jej głowy i szyi. Może na wszelki wypadek. Może.
– Wołynow ma pistolet. Poczołgam się, przyniosę, co?
Górą przelatywały kule tych z nacierającej od południa tyraliery. Ale właśnie górą: nasz brzeg leżał niżej. W dole BWP nadal strzelał i nadal, fakt, że rzadziej, iskrzył rykoszetami odbijających się od pancerza kul. Na zachodzie po raz pierwszy huknęło basem czołgowe działo. Chyba wygrywaliśmy, lecz wiele jeszcze mogło się zdarzyć.
Klepnąłem ją gdzieś w dole. Może nawet w plecy – nie mam małpio długich rąk, a to nie było takie ważne, by się specjalnie przesuwać. Ale nie w plecy celowałem.
Zrozumiała.
– Zaraz wracam – obiecała jakimś miękkim, kocim głosem.
Poruszała się trochę mniej zręcznie niż kot, ale trzymała się blisko ziemi i to mi musiało wystarczyć. Zanim wróciła, bitwa zaczęła dogasać.
– Chyba dali spokój – uśmiechnąłem się do czegoś czarnego, co pełzło w moją stronę. – Jeden zero dla nas.
– Ale wrócą – powiedziała cicho.
– Po kolei. Hanusik?
– Bez strat. Wóz dostał z granatnika, ale nadpaliło tylko błotnik i poszedł reflektor, ten od noktowizora. Jeden strzelec draśnięty.
– U nas jeszcze lepiej – dmuchnął papierosowym dymem Ciołkosz. – Czarni wleźli na miny, poprawiliśmy z karabinów, Drabowicz rąbnął z armaty i całe towarzystwo zwiało. Naliczyliśmy ośmiu sztywnych.