– Bodnar? – Dowódca przeciwlotników, z braku latającego przeciwnika i podoficerów, awansował na wodza pospolitego ruszenia, złożonego z niedobitków trzeciej drużyny, kierowców, kucharza i tak dalej.
– Jeden zabity – mruknął ponuro. – Dostał w twarz. No i Giełza.
– Co z Giełzą? – Filipiak posłał mi kose spojrzenia.
– Nie wiem… Nie ma go.
– Panie kapitanie? – Teraz już patrzył prosto na mnie.
– Został przy zasiekach. Nie zdążyliśmy… Jakiś Somalijczyk rąbał go maczetą. Spadli na nas tak nagle, że nikt nawet nie zdążył strzelić.
– Tam nie ma nikogo od nas – powiedział Hanusik po chwili ciszy. Podobnie jak ja, raczej omijał wzrokiem twarz porucznika. – Chłopcy kończą stawiać zaporę. Doliczyli się siedemnastu czarnych, ale Giełzy wśród nich nie było.
– Szlag by to… Przeszukajcie zarośla obok wąwozu, może…
– W marcu miał się żenić. – Okop, w którym się zebraliśmy, sąsiadował ze stanowiskiem radiostacji i dlatego nie zwróciłem dotąd uwagi na kręcącego się za moimi plecami Olszana.
Nikt nie próbował komentować. Nie była to na pewno cała minuta, ale nawet Bielski zorientował się, w czym rzecz, i rozdeptał peta.
– Poradzi pan sobie z radiostacją? – przerwał ciszę Filipiak. – Muszę zaraz…
– Nie da się zaraz. – Olszan nie nosił munduru, mógł sobie pozwolić na przerywanie dowódcy. – Odstrzelili pół masztu. Antena zerwana. A bez masztu nie ustawię jej na odpowiednim kierunku. Trzeba by wyleźć z wąwozu.
– No nic, nie szkodzi. Naprawimy maszt. Najgorsze mamy za sobą. Nie sądzę, by próbowali powtarzać atak. A Addis Abeba i tak nam w nocy nie pomoże. Nie pali się.
Wygraliśmy pierwsze starcie z grubsza biorąc stosunkiem 50:2. Powinniśmy być zadowoleni. Ale miałem dziwną pewność, że wszyscy podobnie jak ja miętoszą w głowach jedną i tę samą myśl.
Zostaliśmy sami.
Czekała na mnie na czymś, co po ciemku wziąłem za jeden z miliona worków, walających się wszędzie jak klocki po dziecinnym pokoju.
– Czemu nie w okopie? Nie słyszałaś Filipiaka?
– Uszy mi brudem zarosły. – Dźwignęła się z mizernym uśmiechem. – Słuchaj… chciałam się umyć.
Na mocy innego rozporządzenia porucznika jedynym legalnym światłem stał się księżyc. Sprawował się nieźle, ale nie aż tak, by dało się toczyć normalne rozmowy z czarnoskórymi dziewczętami oddalonymi o metr. Chcąc ją widzieć, nie tylko słyszeć, stanąłem bliżej. Dzięki czemu do rozmowy mógł się włączyć kolejny z moich zmysłów.
Pachniała potem. Mocno. I od dość dawna.
– Grzeczna dziewczynka. Mama byłaby z ciebie dumna.
– Mama go woła: „Chodź do kąpieli”, a on się boi, że się wybieli?
Lekki nokaut. Wysiliłem się na żart, mający nam ułatwić mówienie o czymś, co niektórych wprawia w zakłopotanie – i zatkało mnie samego. Doktor Szczebielewicz, psycholog z bożej łaski.
Mieliśmy już za sobą deklaracje: „Posłuchaj, jestem czarna” i: „No tak, nie będę ukrywał, że zauważyłem”. Chyba wyznała mi nawet, że postrzega to jako swego rodzaju defekt. Ekskluzywna dziwka musiała mieć białą skórę, a to gadanie o bosonogich wieśniaczkach, które się nie golą, też ewidentnie zahaczało o problem rasowy. Tyle że mówiła to wszystko do faceta, który pożerał ją wzrokiem. Trochę się zmieniło od tamtej pory. Dookoła leżało w kałużach krwi pół setki takich jak ona czarnych ludzi i miała prawo podejrzewać, że tacy jak ja ludzie biali mogą trochę inaczej postrzegać świat. Ofiary zbyt łatwego zabijania nie urastają w oczach zabójców. Raczej na odwrót. Stosunek strat 50:2 prędzej wzbudzi wzgardę i lekceważenie niż szacunek dla odwagi.
– To cytat – powiedziała trochę niepewnie. Wyraz mojej twarzy musiał zbić ją z tropu. – No wiesz… „Murzynek Bambo”.
– Wiem. – Na tym właśnie polegał problem.
I jeszcze na tym, że niczego więcej nie potrafiłem powiedzieć.
Dusiłem się od myśli, że jej milczenie jest oczekiwaniem na przeprosiny, początkiem kary, która dopełni się, gdy jąkając się i unikając jej wzroku, skończę mówić, a ona odejdzie bez słowa.
– Przepraszam – zafundowała mi kolejny nokaut. – Głupio palnęłam z tym Bambem… Bambo… Jak się to właściwie powinno…? – urwała. – To taki stary kąpielowy żart, dziadka i mój. Zawsze, jak mnie wkładał do wanny, powtarzał ten wierszyk, a ja piszczałam i udawałam, że się strasznie boję. On się okropnie gniewał i groził, że pójdzie po mleko z takim, o – pokazała palcami – takim kożuchem i… Bo ja do dziś nienawidzę kożuchów. Ale nigdy nie przyniósł…
Prawie nie słyszałem ostatniego zdania. Pewnie dlatego, że była gdzieś bardzo daleko. Patrzyła mniej więcej na mnie, ale to nie mnie w tej chwili widziała i tylko dlatego mogłem oglądać przez kilka sekund blask księżyca rozlewający się wolno po nieruchomych oczach.
Zorientowała się, gdy wilgoć dotarła do rzęs. Przykucnęła i zaczęła niezdarnie poprawiać sznurówkę.
– Żyje? – zapytałem cicho. Pokręciła głową, nie unosząc jej.
– Dlatego wyjechałam. On mnie tam trzymał.
– Rodzice mieszkają tutaj, tak?
Ojciec dewizowiec, matka blond dziewczę, którego głównym atutem były jasne warkocze – tak to przedstawiła. Resztę dopisała wyobraźnia i znajomość polskich realiów. Koniec studiów, inżynier, doktor czy magister Asmare wraca pod palmy. Zabiera białą żonę i córkę, która, jak to często w takich małżeństwach bywa, wraz z matką co jakiś czas wizytuje dziadków pod ośnieżonymi sosnami. Z córkami różnie bywa, gdy dorastają, ale matki wcześniej czy później dokonują wyboru i albo osiadają na dobre przy boku męża, albo definitywnie z nim zrywają. W tym drugim przypadku, rozstania bywają burzliwe i ostateczne, różnice kulturowe dochodzą do głosu i o wspólnym wychowaniu dzieci nie ma raczej mowy. Gabriela była tu, uważała Etiopię za swój dom, przyjąłem więc, że jej rodzicom się udało, są razem i żyją w Afryce.
– Matka wyjechała do Niemiec. – Nie patrzyła na mnie. – Przy pierwszej okazji. Zostawiła nas. Niby że stan wojenny. Dziadek chyba wiedział, że to pic. Ostro działał w Solidarności, z Wałęsą był prawie na „ty”. Nie zamknęli go, palcem nie tknęli, więc niby czemu jakąś smarkulę… Ale tata i ja… Tu się zabija przeciwników politycznych. Miał prawo myśleć, że Jaruzelski ją kropnie, gdyby próbowała wrócić. Zabierał mnie do Etiopii, widziałam wojnę z bliska. Był inżynierem, dostał pracę w Erytrei. Wtedy jeszcze była nasza, ale już się nie dało żyć. Tata budował głównie dla wojska, naprawiał, co partyzanci wysadzili. Cały czas pod osłoną armii. To wtedy nauczyłam się strzelać. W końcu omal nas nie zabili. Przestraszył się, wróciliśmy do Polski. Tu się wszystko waliło, a tam komuniści stracili władzę. Miałam czternaście lat. Ciągle wierzyłam, że matka wróci. Już mogła.
– Nie wróciła? – Ani razu nie nazwała jej mamą. Właściwie nie musiałem pytać.
– Wpadła na parę dni. Chciała zabrać mnie do Niemiec i przerobić na Gabi Bauman. Pogoniliśmy ją z dziadkiem, chociaż ciężko mu było, bo teraz to już nie ma szans, by nazwisko przetrwało.
– Hmm.
– Co: „Hmm”? – W końcu uniosła twarz. Jej oczy nadal lśniły, ale uśmiechnęła się do mnie.
– Typowy kumpel Wałęsy nie liczył chyba na prawnuki Baumanięta.
Niejedna dziewczyna poczułaby się dotknięta. Ona się roześmiała.
– Pudło – powiedziała, podnosząc się na równe nogi. – Sama jestem przedślubna; zdążył się oswoić.
– Za dużo pytań – wyznałem w przypływie samokrytyki. – Chyba mam zły dzień. O czym właściwie…? A, tak. Miałaś się myć.