– Co po czystym ciele, gdy dusza brudna? – Błysnęła zębami. – Ale poważnie: mówię, bo chcę. Nic o mnie nie wiecie, a musicie strzelać z mojego powodu. To nie w porządku.
– Strzelamy, bo masz orła w paszporcie. To wystarczy.
– Ładnie powiedziane – przyznała. Potem schyliła się, podniosła kanister: to na nim, nie na worku siedziała przed sanitarką. – Zmieńmy temat. Myślisz, że mogę?
Nasze palce spotkały się na uchwycie. Cofnęła dłoń. Nie za szybko, ale co innego zwróciło moją uwagę.
– To ten? – zapytałem z niedowierzaniem. – Co ona: prysznic brała?
– Dziewczyny lubią być czyste. – Zabrzmiało to prawie jak deklaracja solidarności z Jolą. Może była szlachetna, a może delikatnie przypominała, że też jest dziewczyną i należy jej się następne dziewiętnaście litrów wody. Bo tyle z grubsza ubyło.
– Zabiję tę kre… – urwałem, nasłuchując. – Mogłabyś się położyć?
– Nic za darmo, co? – Miała wypaczone poczucie humoru, ale przynajmniej wiedziałem, że żartuje. Bo wyciągnęła się – na brzuchu – zanim jeszcze skończyła mówić. Nie potłukła sobie przy tym niczego, i to też dobrze świadczyło o jej zrozumieniu sytuacji.
Mieliśmy trochę czasu. Mogłem, nie zdzierając sobie łokci w błyskawicznym padzie na twarz, zalec obok niej, przełożyć kanister za jej głowę i – nie puszczając uchwytu – wtłoczyć popiersie Gabrieli w najlepszy okop, jaki wchodził w rachubę w tych okolicznościach. Blaszano-mięsny.
Oczywiście spieprzyłem sprawę. Pociski moździerzowe są dużo wolniejsze od zapowiadającego je dźwięku. Zdążylibyśmy do prawdziwego okopu. Na szczęście nie miało to znaczenia: granat chybił – w moim subiektywnym odczuciu – o pięćdziesiąt metrów.
– Zabieramy się stąd. – Nie krzyczałem i nawet wstawałem stosunkowo wolno. – To chyba rozgrzewka.
– Moździerz, prawda? – Była raczej przygnębiona niż wystraszona. Nie odpowiedziałem. Podniosłem kanister i ruszyłem w stronę okopu.
Był rozległy, ale płytki: siedzący człowiek musiał liczyć na szczęście albo jakość hełmu – na przedpiersie raczej nie. Rannym to nie przeszkadzało, bo leżeli, ale po ustawieniu noszy miejsca na dnie zostało niewiele. Jola, przytulona brzuchem do ziemi, niemal w całości wypełniła wolną przestrzeń. Widziałem ją wyraźnie: trochę wyżej paliła się podłączona do akumulatora honkera żarówka.
– W porządku, siostro. – Była tak przerażona, że nawet nie uniosła głowy. – To robi dużo hałasu, ale nie jest takie straszne. Byle się nie wychylać. – Granat numer dwa rozerwał się z hukiem równie daleko jak pierwszy, tyle że na południe od wąwozu. – No i widzi pani: żyjemy. – Popatrzyłem na Gabrielę, rozpłaszczoną na ziemi między bokiem samochodu a krawędzią dołu. – Ciasno tu. Nie pomieścimy się wszyscy. – Trzeci granat uprzedzał już gwizdem o swoim przylocie. – Poszukam sobie jakiegoś okopu i…
– Nie zostanę tu!
Krzyczała z nosem przyklejonym do ziemi – kiepsko to wyglądało.
– Może w transporterze? – rzuciła niepewnie Gabriela. Zakląłem pod nosem i zawróciłem.
Trzeci pocisk okazał się pociskiem oświetlającym. Nie wróżyło to za dobrze, ale za to dobiegłem do bewupa, nim nadleciał czwarty, i niczego sobie nie połamałem w ciemnościach.
Wewnątrz, oprócz ścisłej załogi, oczekiwało lepszych czasów jeszcze czterech żołnierzy.
– Kurwa, zamykaj to! – krzyknął któryś. Szarpiąc za klamkę, otworzyłem zarazem drogę odłamkom.
– Zajmuję dwa miejsca dla pielęgniarek!
– Rozmnożyły się? – zakpił jakiś inny głos. Zatrzasnąłem drzwi i, przedłużając ruch, wjechałem nogami pod brzuch transportera. Całego ciała ukryć nie zdążyłem.
Rąbnęło idealnie w środku wąwozu. Daleko, ale pociski moździerzowe słyną z mnogości odłamków. Jeden z nich doleciał aż tu. Lewe drzwi, te nade mną, zaiskrzyły. Metr – tyle zabrakło. Nie miałem kamizelki.
Zerwałem się. Biegłem szybko, ale z początku po prostu w obawie przed kolejnym granatem. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że w okolicy sanitarki gęstość odłamków musiała być kilkadziesiąt razy większa.
Jakbym dostał kopniaka w tyłek: prawie przeleciałem te kilkadziesiąt metrów. Moździerz kalibru około osiemdziesięciu milimetrów – na tyle go oceniałem – potrafi wystrzelić do trzydziestu pocisków na minutę. W praktyce strzela się znacznie wolniej, ale i tak rozsądek nakazywał podzielenie trasy na pół i przystanek w którymś zagłębieniu. Somalijczycy wstrzelali się, śmierć mogła teraz spadać z nieba dużo szybciej niż dotychczas.
Nie usłuchałem głosu rozsądku. Granat numer pięć wybuchł, gdy biegłem. Nie zabił mnie, bo spadł gdzie indziej. Nawet nie przestraszył. Potrafiłem myśleć tylko o numerze czwartym.
Jeśli siedziała w momencie wybuchu…
Nawet jeśli tak, to miała szczęście: powitało mnie jej niespokojne, ale w pełni przytomne spojrzenie. Nie była ranna, choć obłożony workami samochód stracił kolejną szybę, a spod podartego płótna tu i tam sypał się leniwie piasek.
– W wozie Bielskiego są wolne miejsca. Bierz Jolę i…
Nie musiała brać. Dziewczyna zerwała się sama i – depcząc Maciaszka, którego sekundę wcześniej do złudzenia przypominała, jeśli idzie o aktywność – wypadła spod siatki.
– Biegnij za nią! – pchnąłem Gabrielę. Ktoś jęczał; Jola stratowała nie tylko ofiarę piwa. Nie mogłem zaliczyć jeszcze jednej rundy między sanitarką a bewupem, odprowadzić jej. Radziła sobie sama. Ranni nie. A obaj oprzytomnieli.
– W porządku, chłopcy. – Wsunąłem się do okopu, usiadłem. – To nic takiego. Jak tam, Świergocki? Boli?
– Trochę. – Nie wyglądał dobrze.
– Jak trochę, to dobrze. – Przez chwilę trzymałem dłoń na jego czole. – Dziewczyny wyszły, więc może skorzystamy z okazji, co? Pęcherz nie dokucza?
Huk. Blisko. Siatka, a wraz z nią żarówka i wszystkie cienie naszego maleńkiego świata zadygotały. Coś przemknęło nad workami, ale bliskie eksplozje mają tę zaletę, że nie słyszy się odłamków.
– Masz szczęście, chłopie – uświadomiłem Świergockiego. – Dostaniesz medal za samo leżenie do góry brzuchem.
W uszach trochę mi dzwoniło. Nie usłyszałem następnego granatu. Póki nie wybuchł.
Miałem wrażenie, że zrobił to wewnątrz mojej głowy.
Ból. Wszystkiego: uszu, gardła, nosa, chyba nawet oczu.
Leżałem na czymś niebieskim. Aparat do mierzenia ciśnienia. Był w walizce, nie wyjąłem go.
Ciśnienie. „W porządku, chłopcy, to nie takiego”. Nic, dopóki rzecz sprowadza się do wściekle pędzących okruchów stali, które dobrze wypchany worek zawsze zatrzyma. Tyle że pociski nie składają się z samych odłamków. Jest jeszcze materiał wybuchowy.
Pudełko nie było już niebieskie. Poczerwieniało od krwi, lejącej się z mego nosa. Połykałem tę jej część, która spływała do gardła, i próbowałem nie myśleć, czy gdzieś tam, w dole, nie spotyka się z inną krwią, uwolnioną z popękanych płuc.
Ciśnienie. To ono zabija pochowanych w transzejach żołnierzy. Odłamki to zmora atakujących: lecą dalej, zabijają w miejscu, do którego fala sprężonego eksplozją powietrza dociera jako niegroźne pchnięcie. Ale jeśli pocisk rozrywa się tuż obok…
Można utonąć we własnej krwi.
Kaszlałem. Nie słyszałem tego kaszlu, nie byłem pewien, czy w ogóle kiedykolwiek cokolwiek usłyszę – bębenki znoszą cios fali sprężonego powierza jeszcze gorzej od płuc – ale w końcu zrozumiałem, co oznaczają gwałtowne podskoki wypełnionego pyłem świata.
Łomotało mi w głowie. Czy głuchemu może łomotać?
Patrzyłem na przemieszaną z krwią ślinę i czekałem na wyrok.
Kilkadziesiąt sekund. I dźwięk. Coś huknęło: gdzieś za grubą warstwą waty, ale jednak. A ja nie dusiłem się. Ból opadał, może dlatego, że oderwałem łokcie od ziemi, podniosłem się na klęczki, zostawiłem to tam, w dole, w błocie z piachu i swych płynów organicznych.