Świergocki coś mówił. Słyszałem go, choć nie rozumiałem. Udało nam się. Tym razem się udało. Cudem.
Siatka znikła. Worki wschodniego przedpiersia albo rozpadły się, albo przeleciały na drugą stronę wykopu. Potrafiłem zrozumieć, że nie oderwało mi głowy, ale nigdy później nie umiałem uwierzyć, że na pół zasypana żarówka, paląca się jak gdyby nigdy nic między moimi kolanami, to ta sama, która wisiała przedtem nad okopem.
Cud sięgał krawędzi prawych noszy. Wszystko ma swój kres, cuda też.
Wybuch, który oszczędził trzech ludzi i żarówkę, zabił Lewandowskiego.
On jeden nie krwawił. Zgasł jak zdmuchnięta świeca.
Próbowałem go ratować. Sztuczne oddychanie, masaż serca, adrenalina… Wszystko, co można zastosować w na pół zasypanym okopie pół minuty po rozwaleniu go moździerzowym granatem, mając podręczną walizeczkę, pustkę w głowie i krew w ustach.
Eksplozje młóciły wąwóz i jego otoczenie w tempie kilkunastu na minutę. Odsunęły się. Wąwóz był długi, a moździerz jeden.
Po kilkudziesięciu wybuchach – może trzech, może pięciu minutach – dałem za wygraną. Zabrakło mi sił, powietrza w płucach, a przede wszystkim wiary w sens tego, co robię. Usiadłem, opierając się o ściankę okopu; dobre pół kilo piachu przetoczyło się pod bluzą, zaległo grubym zwałem nad obręczą pasa. Siedziałem, ocierałem z twarzy krwawe błoto, kiedy coś zwaliło się z góry, coś dużego, ciężkiego i miękkiego, co w pierwszym odruchu uznałem za strącony podmuchem worek. Oberwałem w kolano; zabolało, ale ból – nagle dokonałem tego odkrycia – nie musi dokuczać.
Ten był dobry. Bolało, bo się spieszyła, bo strach przeważył nad ostrożnością. Ten ból mówił mi prawie tyle samo o klęczącej przede mną dziewczynie, co jej szeroko rozwarte oczy i spocone, szorstkie od piachu dłonie, obejmujące moją twarz.
– Jacek?! Jacek, odezwij się! Co ci jest?!
Złapała walizkę – jedną ręką, druga na dobre przykleiła się do mego policzka – i oczywiście rozsypała wszystko, co nie tkwiło w obejmach.
– Miałaś… – wycharczałem – miałaś… w bewupie.
– Nic ci…? – Dała spokój walizce, może dlatego, że nic już nie chciało wypaść, i znów ni to obejmowała, ni masowała moje policzki, skronie i uszy. – Boże, tyle krwi…
– Wszystko w po… – Zakaszlałem. W gardle miałem więcej kurzu niż śliny. – Nie powinnaś… Ty głupia wariatko, mogli cię…
Gdzieś wprost nad nami, bliziutko, na szczęście za krawędzią wąwozu, rozerwał się pocisk. Sypnęło kamieniami, ziemią, płonącą trawą. I Gabrielą. Chociaż, uczciwie mówiąc, czułem jej dłonie za łopatkami, tam gdzie przedtem ścianę okopu, co oznaczało, że nasze piersi spotkały się nie tylko za jej sprawą. Też pomogłem.
Było dobrze. Wyrzuty sumienia zaczęły przebijać się przez grube złoże radości dość późno, a i wtedy prawie równie mocno wymawiałem sobie szorstkość pokrytego trzydniowym zarostem policzka, do którego tuliła nieprawdopodobnie delikatną twarz.
Wyrządzałem jej krzywdę. Nam wyrządzałem. I nie umiałem zrobić tego, co nakazywał rozsądek i przyzwoitość: odepchnąć jej od siebie.
Odprawa odbywała się w przedziale desantowym BWP. Moździerz milczał od kilkudziesięciu minut, ale ukryty za odległym o osiemset metrów wzgórzem granatnik automatyczny od czasu do czasu wypluwał krótką serię i na dobrą sprawę nigdzie nie było bezpiecznie. Jedynie wnętrza pojazdów pancernych gwarantowały przeżycie – siedząc w okopie, można było co najwyżej powtarzać sobie, że trzeba dużego pecha, by wystrzelony na oślep pocisk trafił w ten akurat kawałek sawanny.
– Nie chcą, byśmy spali – nazwał rzeczy po imieniu Morawski.
– Możemy wezwać lotnictwo? – Filipiak miał większe zmartwienia.
– Chyba modlitwą – mruknął Olszan.
– A UKF? Ten samolot do retranslacji…
– Próbuję. Ale jest jeszcze jeden problem: radio oberwało.
– Co?! I dopiero teraz…?!
– Sam dopiero przed chwilą zauważyłem otworek w obudowie.
– No to fajnie – podsumował Morawski. – Zarębę możemy skreślić.
– To maleńka dziurka – trochę niepewnie powiedział Olszan. – Może nawet nic nie poszło w środku. Nie zdążyłem sprawdzić.
– Straty? – To pytanie przeznaczone było dla obu podoficerów: Ciołkosza i Bielskiego.
– Dwóch – westchnął sierżant. – Ale na amen, na miejscu.
– I Lewandowski – dodałem.
– Samochody? – Filipiak był zbyt zmęczony i skopany przez los, by doznać wstrząsu na wieść o stracie kolejnych trzech podwładnych. Albo i dwóch: może dojrzał już do myślenia takimi kategoriami, przeliczania wszystkiego na ilość bagnetów, które może rzucić do walki.
– Spuściłem paliwo, więc żaden się nie sfajczył – wzruszył ramionami Ciołkosz. – Ale które pojadą, jeden diabeł wie.
– Mamy czas – stwierdził spokojnie porucznik. – Sprawdzi się.
– Zjeżdżamy stąd rano?
– Jak tylko nawiążemy łączność. Dlaczego pytasz?
Sierżant nie kwapił się z odpowiedzią.
– Jak rano, nie ma problemu – powiedział w końcu. – Rzecz w tym, że zostaliśmy bez wody. Rąbnęło prosto w magazyn. Pech.
Teraz to Filipiak potrzebował trochę czasu.
– Ma ktoś jeszcze podobne rewelacje? Nie? To miłe. Doktorze, chcę pogadać z tą pana… – nie dokończył. – To miały być pastuchy.
– Ostrzegała nas – przypomniałem. – Gdyby nie to…
– Trzynaście trupów – mruknął Bielski. – Może już starczy?
– Co niby mielibyśmy zrobić? – zapytał Morawski.
– Co się stało, to się stało. Trudno. Nie wiedzieliśmy, że ta czekolada zaciukała własną teściową. Teraz wiemy. Gdyby ją oddać rodakom… To ich sprawy. Nikt słowa nie powie.
Na szczęście ławki bewupa skierowane są ku burtom i rozdzielone zbiornikiem. Nie musiałem krzyżować z nikim spojrzeń.
– Tu nie ma etiopskiej policji – rzucił oschle Filipiak. – A ona ma polskie obywatelstwo.
– Mówi, że ma. Jakby tak wcięło jej paszport… Zresztą kto wie, czy nie jest lewy? A w zastępstwie policji mogą ją przymknąć tutejsi żołnierze. Ci, co do nas strzelają. Kto by tam odróżnił rządowego tubylca od antyrządowego? Założę się, że gdyby pogadać, przyślą paru przyzwoicie ubranych, może nawet w mundurach.
– Przepraszam – Olszan uniósł się, otworzył właz dachowy. – Idę do mojej katarynki. Wyrzygam się po drodze.
Bielski zamilkł.
– My też się przejdziemy, doktorze – mruknął Filipiak.
Po usunięciu jednych noszy i przekazaniu nadal nieprzytomnego, ale zdrowego jak byk Maciaszka pod opiekę kolegów, okop zrobił się duży. Gabriela doprowadziła go do porządku, układając worki. Kiedy nadeszliśmy, kończyła mocować dach z siatki.
– Zasnął – powiedziała cicho. – Pan do niego, poruczniku?
– Do pani.
Weszliśmy do środka. Dziewczyna włączyła żarówkę i usiadła naprzeciwko Filipiaka z niewyraźną miną. Było już chłodno, nie pociła się i może dlatego dopiero teraz zauważyłem, jaka jest brudna.
– Straciłem dwunastu żołnierzy, odkąd się pani zjawiła – zaczął. – Ktoś zniszczył nasz śmigłowiec. Ktoś próbował otruć podoficera dyżurnego tamtej nocy, a kiedy się nie udało, poderżnął mu gardło. Pech. Pawlikiewicz uczestniczył w krucjacie trzeźwości. Chłopcy dokuczali mu z tego powodu. Żaden nie próbowałby usypiać go akurat piwem. Nie było cienia szans, że w ogóle przyjmie puszkę. A jednak przyjął. Dlaczego?