Выбрать главу

– Chyba wiem, do czego pan zmierza – mruknąłem. – Wziął, bo ktoś częstował, a jemu głupio było odmawiać i się tłumaczyć po raz setny. Łatwiej wsadzić puszkę w kieszeń i potem oddać koledze. Inaczej mówiąc: dostał prezent od obcego.

Twarz Gabrieli była szara. Nie tylko od kurzu.

– To ktoś, kto przyleciał sokołem – powiedział Filipiak.

– Nie ja – popatrzyła mu w oczy. Jakiś czas mierzyli się wzrokiem. Wytrzymała, choć była przerażona tym, co sugerował. Napinała mięśnie, ale niewiele to pomogło: raz po raz wstrząsał nią dreszcz.

– Dlaczego ona? – zapytałem. – A nie na przykład ja?

– To pan odkrył, że Maciaszka uśpiono. Sam bym na to nie wpadł.

– Logiczne – przyznałem z mieszanymi uczuciami. Miło być jedynym nieskazitelnym. Ale nie podobało mi się, że Filipiak podejrzewa o coś wyjątkowo paskudnego któregoś z siedmiorga pozostałych pasażerów sokoła. – Tylko mnie pan skreślił?

Nie spieszył się z odpowiedzią. Może liczył, że Gabriela pęknie, wyciągnie zza stanika legitymację GRU względnie al Kaidy i płacząc, zacznie błagać o litość.

To oczywiście przenośnia: widać było, że nie nosi stanika.

– Pewniaka mam jednego – przemówił w końcu. – Pana. Ale są też półpewniacy. Pamiętacie tę urwaną łopatę? Gdyby odpadła, to kto pożegnałby się z życiem?

– Racja – przyznałem. – Skreślamy pilotów. Zostaje pięcioro.

– Czworo – westchnął i popatrzył na Gabrielę. – Pani też tam była.

– Ja? – zdziwiła się.

– Doktor wyciągnął panią w ostatniej chwili. Właściwie to wyrzucił jak worek. – Posłała mi wieloznaczne spojrzenie. – Ale niech się pani nie cieszy. Skreślę panią z listy podejrzanych pod dwoma warunkami.

Posłuchała go i nie zaczęła się cieszyć.

– To znaczy? – wyręczyłem ją.

– Jest pani katoliczką? – zignorował mnie. Zawahała się, ale tym razem kiwnęła głową. – W porządku. Więc kapelan panią przeegzaminuje.

– Odbiło panu?! – znów zabrałem głos w imieniu Gabrieli.

– Jeśli ktoś uszkadza śmigłowiec, a potem nim leci, to mamy do czynienia z atakiem samobójczym – wyjaśnił spokojnie. – Tego się nie robi dla pieniędzy. Dla idei też już nie. Praktycznie tylko muzułmańscy fanatycy walczą takimi metodami. A fanatycznym muzułmaninem nie zostaje się z dnia na dzień. Może są wyjątki, ale żeby obwiązać się dynamitem i wysadzić razem z autobusem pełnym Żydów, zwykle trzeba się urodzić w odpowiedniej rodzinie. Zakładam, że jeśli potrafi pani zachować się na mszy, zna modlitwy, chodziła na religię i tak dalej, to nie jest pani z żadnej al Kaidy czy innego Hamasu.

– Ja chyba jestem – rzuciłem z polemicznego rozpędu. – Bo w kościele byłem dwa razy w życiu. Jak mnie chrzcili i na ślubie kolegi.

– Dlatego nie pan będzie przepytywał – uśmiechnął się. Otrzeźwiałem. Zdałem sobie sprawę, że takim postawieniem sprawy wyświadczam Gabrieli niedźwiedzią przysługę. – Poproszę Lesika.

Nie wyglądała na zaniepokojoną. Ale na szczęśliwą też nie.

– To konieczne? – zapytała bez zapału.

– Nie. Ale łatwiej byłoby mi uwierzyć, że to nie pani robota.

Skinęła głową.

– A ten drugi warunek?

– Opowie pani całą tę historię z Sabahem i jego matką. Szczegółowo.

Jej twarz znieruchomiała.

– Wszystko już powiedziałam.

– Niczego pani nie powiedziała. – W duchu przyznałem mu rację. – Muszę wiedzieć, o co poszło. Albo się pani wytłumaczy, albo…

– Rozstrzela mnie pan? – To nie była ironia, to było prawie pytanie. Może dlatego Filipiak zachował spokój.

– Nie. Po prostu będę musiał przydzielić pani straż, może związać. Nie będzie to przyjemne, ale nie w tym rzecz.

– A w czym? – zapytała beznamiętnie.

– To oznacza wyłączenie dwóch ludzi z walki i pracy. Plus pani – dodał nieoczekiwanie. – Zakładam, że jest pani porządną dziewczyną z miasta Łodzi. Więc proszę, by pozwoliła mi pani tego nie robić. Mogą nas wszystkich wyrżnąć, bo w krytycznym momencie jeden szeregowy będzie stał nad panią z karabinem, a drugi odsypiał wartę.

Nie spodziewałem się po nim takiej zagrywki.

– O co panu chodzi? – Coś pękło w jej głosie.

– Chciałbym pani wierzyć. Zwłaszcza teraz.

– Dlaczego: teraz?

– Straciłem co trzeciego ze swoich ludzi, a nic nie wskazuje na to, że skończyliśmy tę cholerną wojnę. Nie wiem, co powiedzieć tym, którzy zostali. A coś powinienem. Na razie są zszokowani, ale jak trochę posiedzą w okopach, pomyślą, co się stało…

Przez jakiś czas nikt się nie odzywał.

– Powinnam… odejść? – Wyartykułowanie tych dwóch słów kosztowało Gabrielę wiele wysiłku. Filipiak nie od razu odpowiedział.

– Padła taka propozycja – mruknął. – Oczywiście nie mamy zamiaru… Po prostu muszę przekonać ludzi, że walczą w słusznej sprawie.

– To wojsko – przypomniałem mu. – Ochotnicy w dodatku. Płacą nam za to, by bronić Polaków przed obcymi. To proste jak budowa cepa.

O dziwo, uśmiechnęli się oboje. Blado, ale jednak.

– Życie jest bardziej skomplikowane – powiedział. – Możemy mieć kłopoty, jeśli nie przekona ich pani do siebie.

– Co niby miałaby zrobić? Poprowadzić atak na bagnety?

– Wystarczy, że powie prawdę. – Uciekł spojrzeniem ku śpiącemu na noszach żołnierzowi. – Jeśli to panią krępuje… Może pani o tym pomówić z kapelanem albo którąś z kobiet. No i oczywiście może się pani zwierzyć doktorowi. Nieważne. Chodzi o to, bym w końcu usłyszał jakąś sensowną historię, choćby pośrednio.

Odczekałem chwilę, dając Gabrieli szansę na podjęcie dialogu i zwolnienie mnie z obowiązku mówienia za nią. Prawdziwe kłopoty mogły dopiero nadejść i byłoby lepiej, gdybym do tego czasu uniknął opinii faceta wybitnie stronniczego.

Nie ułatwiała mi życia, siedząc ze zwieszoną głową i milcząc.

– Zaraz, o czym my właściwie mówimy? – przywołałem na twarz kpiący uśmiech. – Ksiądz, lekarz i baba? Planuje pan telepogadankę o edukacji seksualnej młodzieży? Mamy wojnę, a słuchając pana, można by pomyśleć, że rozprawiamy o du… – ugryzłem się w język. – No, wiadomo o czym.

W końcu udało mi się go zirytować.

– Nie moja wina – warknął – że akurat z powodu czyjegoś tyłka zabijają mi ludzi. Nie ja to wymyśliłem.

– Mógłby się pan liczyć ze…

Nie dokończyłem. Przerwała mi.

– Homer. – Obaj byliśmy zbici z tropu, ale uśmiechać zaczęła się wcześniej, nim podniosła głowę i miała okazję obejrzeć nasze głupie miny. – Faktycznie: nie pan. Homer był pierwszy. Przynajmniej w Europie. – Popatrzyła mu w oczy. – Jeśli można, wolałabym pośrednio.

– Słucham? – Nie zrozumiał.

– Chce pan wiedzieć, o co poszło z matką Sabaha. W porządku. To może być doktor Szczebielewicz, pani Wielogórska albo w ostateczności pan. Z Lesikiem nie będę o tym mówić. To nie miałoby sensu. Z przyczyn zasadniczych.

Filipiak zachował się jak typowy polityk i z całej kwestii wyłowił tylko jeden interesujący go fragment. I, zgodnie z najlepszymi tradycjami sztuki politycznej, użył go przeciw osobie zbyt uczciwie stawiającej sprawę.

– Mam wybór? No więc: ja. Oczywiście doktor może przy tym być.

Mimo tego przypływu łaskawości miałem ochotę wymierzyć mu kopniaka. To nie była czysta zagrywka. Jego barki obciążała odpowiedzialność, a głowę wyniesiona z Iliady wiedza, że kłopoty łóżkowe całkiem łatwo przekładają się na militarne, ale mimo wszystko miałem nadzieję – i ona też miała – że dżentelmen zwycięży w nim nad oficerem.

Cóż, zawiedliśmy się. Ja bardziej.