Выбрать главу

– Dobrze. Ale w takim razie… Tylko pan i ja. W cztery oczy.

*

Dotyk był bardzo delikatny. Nie wiem, jakim cudem zdołał wyrwać mnie ze snu. Nie chciałem się budzić. Nie radziłem sobie z ciosami, jakie spadały na mnie regularnie w ciągu ostatnich dni. Nerwy wyraźnie mi siadały i senny azyl stawał się czymś najcenniejszym.

– Zasnąłem?

– Przed czwartą. Jak tylko skończyli strzelać.

Głos miał Świergocki równie blady jak tę rękę, cofającą się znad mego kolana. Marnie wyglądał. Łącząc ten gest ze spojrzeniem na zegarek, położyłem rękę na jego czole. Zdążyłem zmarznąć w ciągu tych czterech godzin. Ale nie dlatego wydał mi się taki ciepły.

– Ładnie to tak? Masz niezłą gorączkę. Trzeba było wcześniej… Siostra nie zaglądała?

– Nie. – Zrozumiałem, że nie miał tyle szczęścia co ja i nie zmrużył oka. – Przepraszam… pić mi się chce, a nie bardzo…

Kanister, z którego ktoś zrobił sobie fotel, leżał po drugiej stronie okopu. Podnosząc go, omal nie zdzieliłem się blachą w czoło: nie wziąłem poprawki na wieczorne szaleństwa Joli.

– Trzeba było mnie obudzić – burknąłem, napełniając ostrożnie kubek. Usta miał zupełnie suche.

– Lepiej, żeby pan doktor był w formie. Pomogłem mu się napić, obejrzałem biodra, zaaplikowałem poranną porcję leków i wypełzłem z okopu.

Wąwóz wypełniał rześki chłód i delikatny, różowy blask, łagodzący kontury okopanych pojazdów i dymiącej kuchni polowej. Było cicho i pusto. Przez chwilę walczyłem z idiotyczną myślą, że przycupnięty za dwukółką Puzewicz jest jedynym, który przetrwał nocny ostrzał. Dookoła pełno było osmalonych lejów: dużych, po pociskach moździerzowych, i małych, znaczących miejsca trafione z granatnika.

– Masz wrzątek? – Ziewając, zatrzymałem się przy przyczepce dźwigającej kotły. Jedna opona poszła, a w kotłach widać było dziury, ale całość funkcjonowała, sądząc po zapachu mięsa.

– Tylko mielonki. Szef ma osobiście wydzielać wodę.

– Widziałeś Filipiaka?

– Śpi w tym okopie koło beerdeema.

Samochód, jak inne, stał teraz na dole. Obok, zamiast porucznika, znalazłem Grochulskiego. Z jakimś innym zaspanym nieszczęśnikiem siedzieli wśród hałdy samochodowych kół i kleili dętki.

– Do południa wam zejdzie – mruknąłem. – Gdzie wódz? – Grochulski bezradnie zatoczył dłonią niemal pełny krąg. – Aha. A moje panie?

– Siostra śpi u Hanusików. A pani Gabriela jest chyba z dowódcą.

Na wszelki wypadek zajrzałem do obłożonego workami suzuki. W środku, dając dowód odwagi, względnie zamiłowania do wygód, posapywała na rozkładanym siedzeniu redaktor Wielogórska. Samotnie.

Zawróciłem – dalej był już tylko czołg i pierwsza linia frontu. Odbyłem ćwierćkilometrowy spacer i zajrzałem pod zad bewupa drugiej drużyny. Ludzie Hanusika wykopali tam sobie schron, ale w tej chwili był pusty.

– Dalej lepiej nie. – Kierowca wystawił z włazu głowę i dłoń z rolką papieru toaletowego. – Do zarośli donoszą ich granaty. Jak pan kapitan na stronę, to tylko za tamtą skałkę. Mam pilnować, żeby nikt dalej… – uśmiechnął się z zakłopotaniem. – Za babkę klozetową przyszło robić. Pan kapitan powie paniom, dobrze? Ja ich nie znam, trochę głupio tak…

Na zasadzie ochoty na niedostępne poczułem nagle ochotę wycieczki za wskazaną skałę. Na szczęście lekką. Były ważniejsze sprawy.

– Nie było tu porucznika?

– Tędy poszli – wskazał pasmo świeżo osypanych grudek, wiodące ku południowej krawędzi wąwozu. – Niedawno. Chyba coś grubszego, bo był z nim snajper i ta tłumaczka.

Nie spodobały mi się te nowiny. Stok pokonałem biegiem, trasę do najbliższego dołu strzeleckiego też. Wyglądający z niego kapral Hanusik omal nie rozbił sobie dłoni o kamień, dając mi znać, że powinienem natychmiast paść. Przypadłem do ziemi tuż obok przedpiersia i przez chwilę rozglądałem się po okolicznym buszu.

Z tej perspektywy miał może stumetrowy promień – dalsze rejony zasłaniały kępy traw, krzaczki i nieliczne pnie niewysokich drzew. Zbyt równo też tu nie było. Nawet na tym niewielkim obszarze mógł się teoretycznie ukrywać pluton wojowników Sabaha. Praktycznie, skoro żyłem, raczej nikt się nie ukrywał.

– Gdzie porucznik?

– Pięćdziesiąt prosto i ze dwadzieścia w lewo. – Mówił szeptem. – Ale tylko czołganiem, panie kapitanie. I z dala od traw i krzaków.

Dopiero pełznąc mozolnie i zygzakując między kępami roślinności, która tylko czekała, by dać się poruszyć i zdradzić somalijskim snajperom moją pozycję, odkryłem, że z perspektywy węża półpustynny Ogaden może wyglądać jak prawdziwa dżungla. Mnóstwo przeszkód, które trzeba omijać, zerowa widoczność. Było o tyle gorzej niż w prawdziwej dżungli, że musiałem także uważać na kurz: każdy energiczny ruch podrywał go w górę, oślepiając, dusząc i przede wszystkim dekonspirując.

Minąłem trzy kikuty akacji, spiłowanych dla oczyszczenia pola ostrzału, i zza niedużego kamienia wypatrzyłem ramiona lornety nożycowej, dość zręcznie udającej krzak. Poczołgałem się dalej, podczas gdy jeszcze bardziej podobny do krzaka porucznik Filipiak odkładał karabin na dno okopu. Wyglądało na to, że naprawdę nie jest tu bezpiecznie: bądź co bądź zbliżałem się od tyłu.

– Co pan tu do cholery…?

– Gdzie Gabriela? – przerwałem mu bezceremonialnie i w tym samym stylu wpakowałem się do głębokiej na metr dziury, którą dzielił z uzbrojonym w karabin SWD żołnierzem. Z dziewczyną, niestety, już nie.

– To nie miejsce dla lekarza. – Nadal warczał szeptem.

– Podobno była z wami.

– Niech pan wraca. Tu się zaraz może zacząć…

– Panie poruczniku! – Tym razem wszedł mu słowo upaćkany kamuflażem użytkownik karabinu z lunetą. – Pan zobaczy!

Filipiak dał mi spokój, przywarł do lornety – i znieruchomiał.

Poczułem, jak serce powoli pełznie mi do gardła.

– Rany boskie… – Nerwowo obrócił lornetą na boki.

– Co się dzieje?

– To chyba… nie widzę dokładnie, ale to chyba Giełza.

Jego własna lornetka leżała na przedpiersiu. Złapałem ją i prawie od razu znalazłem to, na co patrzył. Pewnie dlatego, że jasna plama przyklejona do pnia akacji znajdowała się zaskakująco blisko.

– Musieli go czymś zakryć i dopiero teraz… – Głos Filipiaka szybko wracał do normy, o ile uznać za taką metaliczny chłód. – I krzaki zasłaniają. Tymoszuk, odbij w lewo i znajdź lepszy widok. Tylko ostrożnie. To z daleka czuć zasadzką.

Miał rację: tylko transparent z napisem: „Zasadzka” byłby bardziej wymowny. Przywiązany do pnia biały mężczyzna, obnażony do pasa i bardziej wiszący na krępujących go rzemieniach, niż stojący, przywoził na myśl kozy z polowań na bengalskie tygrysy.

Nie widziałem jego twarzy. Oddzielały nas korony paru niskich drzew, jak na złość porastających zagłębienie terenu. Za to nogi mogłem oglądać bez przeszkód, co przekreślało wszelkie nadzieje.

Spodnie, buty i podszewka bluzy mundurowej, zawieszonej wokół bioder, wyglądały boleśnie znajomo. Milczeliśmy. Długo.

– Pamiętam… – Ta pamięć stała się nagle przekleństwem. – Leżał na brzuchu i walili go maczetą właśnie po plecach, głowie…

– Był w kamizelce i hełmie – mruknął Filipiak. – A zresztą jakie to ma znaczenie? I tak trzeba go stamtąd zabrać.

Czułem, że, podobnie jak mnie, zupełnie mu się to nie uśmiecha.

– To on! – dobiegł stłumiony półgłos Tymoszuka. – Poza tym pusto.

Filipiak sięgnął do ramienia, włączył ukaefkę. Zażądał czołgu i sapera ze sprzętem. Pozwoliłem mu skończyć.

– Gdzie ona jest? – Nie siliłem się na uprzejmy ton.