Выбрать главу

– Tam – wskazał wyższe, południowe przedpiersie okopu. – Spokojnie, sama się zgłosiła.

– Jeżeli pozwolił jej pan pójść do tych…

Mówiłem powoli – niełatwo wyjaśniać komuś, dlaczego się go za chwilę zabije – więc przerwał mi bez trudu.

– Źle pan zrozumiał. Tam leżą trupy, broń i może ranni. Chciałem się dowiedzieć, co mają Somalijczycy. To ważne.

Nie naciskałem więcej, więc nie próbował mi wyjaśniać, jakie znaczenie może mieć wiedza o uzbrojeniu przeciwnika. Życie zrobiło to zresztą za niego.

Plutonowy Drabowicz próbował dokonać czegoś, co nie wyszło mu wczoraj: pokonać stok wąwozu w pobliżu granicy naszego obozu. Był w o tyle lepszej sytuacji, że w nocy żołnierze popracowali trochę nad wyrównaniem i spłaszczeniem podjazdu.

Dopisało mu też szczęście. Choć nie tak, jak oczekiwał.

Zadarta ku niebu lufa kalibru 125 mm wychynęła spod ziemi, potem ukazał się przeciwlotniczy wukaem, płaski łeb wieży, klin kadłuba. Silnik ryczał, sylwetka stalowego kolosa rosła coraz wolniej, armata zaczęła opadać, by w pewnym momencie zatrzymać się, kiwnąć niepewnie i ponownie ruszyć w górę. Czterdziestotonowe pudło zakolebało się na krawędzi wąwozu. Kierowca spasował. Czołg osunął się zaskakująco szybko o dobry metr niżej i choć nie zniknął, jego oglądana z poziomu równiny sylwetka zmalała dwukrotnie.

Ciemna plama, mknąca ku niej z głębi sawanny, zderzyła się z pancerzem zupełnie nie tam, gdzie należało oczekiwać.

Plama ognia zakryła szczegóły, ale udało mi się dostrzec koziołkujący karabin maszynowy i jęzor ognia kumulacyjnego, którego rozmyte resztki zapaliły drzewo aż po drugiej stronie wąwozu. T-72 znikł. Zapadł się jak pod ziemię.

Z boku, cichutko w porównaniu z hukiem eksplozji, puknął karabin. Potem jeszcze raz. Tymoszuk. Nie obchodziło mnie to. Nasłuchiwałem. Czekałem na wycie palących się żywcem ludzi. Filipiakowi musiały latać po głowie podobne myśli, bo zupełnie zapomniał o tradycji porozumiewania się szeptem.

– Drabowicz?! Żyjesz?! Odezwij się!

Na szczęście o zwolnieniu przycisku nadawania jeszcze pamiętał. Coś zatrzeszczało i usłyszeliśmy mocno zduszony głos plutonowego.

– Trafili nas, panie poruczniku… Chyba nic się nikomu… ale trafili nas. Wy… wychodzę z boju. Bez odbioru, muszę…

Wyłączył się, nie kończąc. Przywrócił jednak Filipiakowi zdolność normalnego funkcjonowania.

– Poszła górą – wymamrotałem.

– Chyba tak – przyznał. – Tylko ich musnęło. – Obejrzał się, spoglądając na południe. – Zauważył pan ogień, dym? Za tym pociskiem?

– Nie. To znaczy… chyba po prostu leciał. Już bez napędu. No i raczej był mały.

Skinął głową.

– Granatnik. Nie pepeka. Zresztą za szybko… – Teraz ja kiwnąłem głową. Pociski kierowane wystrzeliwuje się zwykle z odległości paru kilometrów; nawet te szybkie jakiś czas muszą lecieć. – Cholera, musi siedzieć gdzieś niedaleko.

– Pana snajper strzelał – przypomniałem.

Powrócił do peryskopu i długo oglądał przedpole. Czekałem. Dopiero widok pełznącego od strony wąwozu żołnierza przełamał moje skrupuły. Mieliśmy zaległy temat na rozmowę w cztery oczy.

– Widzi ją pan? – zacząłem na pozór neutralnie. Nie odpowiedział. – Jak pan mógł tam posłać kobietę, i to w dodatku cywila?

– Nikt inny nie dogada się z rannym tubylcem – mruknął.

– Wie pan, jaka jest szansa, że…?

– Mała – przerwał mi. – Ale jest. Widział to pan? – Dał spokój lornecie i machnął w stronę chmury kurzu, znaczącej miejsce niedawnej eksplozji. – Zgadnie pan, co to było? Jak RPG, możemy zaryzykować; pancerz czołgu przetrzyma. Ale jak coś cięższego i nowszego, to szlag trafi Drabowicza i całą załogę. A przydaliby mi się na górze. Po to tam poszła. Bo wolałbym wiedzieć, co te gnoje na nas mają. – Zamilkł na chwilę, po czym dorzucił: – Sami się zgłosili.

– Oni?

– Z Wołynowem. Poszli we dwoje.

– Zaraz… Tylko oni?! I nikt więcej?!

– A co pan myśli: że dowodzę dywizją? – wzruszył ramionami. – Mam osiemset metrów frontu do utrzymania i ludzi półżywych ze zmęczenia. A poza tym… – zawahał się, lecz dokończył: – Poza tym to niezła okazja, by ich sprawdzić. Gdyby zwiali, mielibyśmy z głowy przynajmniej ten problem.

Nie skomentowałem tego. Problem w tym, że miał rację.

Przez następne kilka minut przysłuchiwałem się, jak ściąga posiłki – kaem i trzech strzelców – oraz instruuje Staśkę. Sprowadzało się to w gruncie rzeczy do dwóch instrukcji: powoli i ostrożnie.

– Założę się, że założyli miny – zakończył ponuro. – Nimi się zajmij. Strzelców biorę na siebie.

Wypełzli z okopu w żółwim tempie – zanosiło się na długą operację.

Przez pierwsze kilka minut przyglądałem się Giełzie i okolicznym zaroślom. Bez rezultatów: nie wypatrzyłem żadnego czającego się w zasadzce Somalijczyka, a chłopak nie ruszał się i był opleciony rzemieniami na tyle mocno, że nie dało się dostrzec ruchu płuc. Słaby, ale wyczuwalny powiew kołysał listowiem i taniec cieni niweczył wszelkie szanse na wychwycenie drobnych ruchów.

Po dziesięciu minutach, hałasując i kurząc, przyczołgał się do mnie Morawski. Był w kamizelce i z karabinem, co trochę to tłumaczyło.

– Dla ciebie – wysapał, wpychając mi zakurzony chlebak. – Morfina i takie tam. Jola wybrała. Za stary jestem, by targać całą apteczkę. Jezu, już zaczyna piec… Naboje masz?

– Naboje?

– Filipiak wyszeptał przez radio, że potrzebuje medyka. – Wyciągnął kartonowe pudełko z amunicją kalibru 9 mm i dwa pistoletowe magazynki, już napełnione. – Nie mówił, że masz być akurat ty, ale jakoś nie widzę tej panienki w roli Marusi.

– Wyszeptał? – Musiałem mieć dostatecznie zbolałą minę i Morawski darował sobie nazywanie rzeczy po imieniu.

Uzupełniłem amunicję we własnych magazynkach, włożyłem te od majora w kieszenie. Cztery; sześćdziesiąt naboi. Plus te w paczce. Dużo, ale jakoś nie podniosło mnie to na duchu.

Poprawiliśmy oporządzenie i wyczołgaliśmy się z okopu.

Następny kwadrans trwał w moim subiektywnym odczuciu dobrą godzinę. Pewnie dlatego ucieszył mnie widok żołnierskiego buta, wyłaniający się zza setnej kępy suchorostów. Chyba zdążyłem uwierzyć, że nigdy nie dopełznę do Filipiaka.

Zmęczenie to dobry środek uspokajający. Odkryłem to dwa metry dalej, gdy powyżej buta ukazała się zeszmacona, niegdyś biała opończa zastępująca mundur. Z tyłu brakowało jej sporego fragmentu: pocisk wyszarpnął nieszczęśnikowi spory kawałek pleców. Zwłoki jeszcze nie śmierdziały: noc była naprawdę chłodna.

Kilka krzaczków dalej znalazłem wreszcie tych, których szukałem.

Staśko leżał w połowie drogi między porucznikiem a Giełzą i nawet poruszał się, nie potrafiłem jednak nazwać czynności, jaką wykonywał. Na fotografii wyglądałoby to na nakłuwanie saperską macką kamienistej ziemi. Tyle że fotografia abstrahuje od czasu. Chłopak miał ruchy oblepionej syropem muchy i od razu zorientowałem się, że coś nie gra.

Przeniosłem spojrzenie na Giełzę. Wciąż żył. Wyglądał jak świeżo ekshumowane zwłoki, ciasno przywiązane do pnia, tyle że zwłoki nie spływają potem spod pach. Powieki zakrywały oczy, a głowę utrzymywał w pionie szeroki knebel, owinięty wokół pnia.

– Nie da się podejść? – Strach rozciągał przestrzeń tak samo jak czas, ale choć mogli mnie zabić sto razy, gdybym próbował wstać i podejść do Filipiaka, obiektywnie nie było to daleko i mogłem posługiwać się głośniejszym szeptem.

– Nie wiadomo.

Nawet Morawski, który potraktował serio wręczenie mu karabinu i jeździł teraz wzrokiem po otoczeniu z metodycznością dobrego radaru, przerwał na chwilę i posłał porucznikowi zdziwione spojrzenie.