Tylko po to, by padając na kolana przy podtrzymującym Giełzę pniu omal nie spalić się ze wstydu. Nóż, bagnet, siekiera – cokolwiek!
– Już dobrze, zaraz cię stąd zabierzemy…
Powinienem trzymać gębę na kłódkę. Panika.
Nikt nie strzelał. Chyba.
Jak na durnia przystało, szarpnąłem parę razy rzemień, potem węzeł. Nic. Jakiś ruch z lewej, tam, skąd miała nadejść śmierć. Usłyszałem terkot beryla Filipiaka: jakimś cudem zdążył zmienić magazynek. Strzelał oszczędniej, ale i tak w którymś momencie musiał przestać.
Wtedy strzelił ten z granatnikiem. Prawie celnie. Chyba widziałem pocisk, śmigający nad głową Giełzy. W każdym razie na pewno słyszałem, jak przelatywał.
Poderwałem pistolet, wpakowałem trzy pociski w rzemień. Ktoś krzyknął. Blisko, niezrozumiale. Miękkie uderzenie w oko, łzy. Wykonałem unik, padłem na kolana, usłyszałem trzask granatu i wyplułem z ust następną muchę.
Nagle zaroiło się od nich, były wszędzie, oślepiały. Musiały krążyć tu od dawna, zwabione zapachem krwi. Połowa pleców chłopaka pokryta była brunatną skorupą.
Pół drzewa zwaliło się nam na karki. Nagle, w zupełnej ciszy. Potrzebowałem trochę czasu, by zrozumieć, że to nie latająca kosiarka, a po prostu pierwsza dobrze mierzona seria wukaemu. Ktoś mnie wypatrzył i zaczęło się.
Poderwałem się na nogi, zacząłem odwijać linę. Wolno szło. Przeszkadzał pistolet, Giełza, szarpiący się i krzyczący pod kneblem, a także cisza. Ona najbardziej.
Coś się przed chwilą stało, gdzieś obok. Czekałem na strzał w plecy. Na stuk granatu pod nogami. Chyba że to Filipiak… Tylko że Filipiak nie strzelał.
Gwizd ciężkich pocisków, wysoko. Ja też strzelałem: w knebel. Poprawiłem szarpnięciem i płótno zostało mi w dłoni.
– Uciekaj… – Głos Giełzy brzmiał jak skrzypnięcie starej szafy, i to z daleka. – Nie warto… Niech mnie pan zastrzeli. Szybko.
Pięćdziesiąt metrów od nas zagotowała się ziemia. Nie było rykoszetów: pociski były ciężkie i leciały z daleka, stromo. Mała pociecha. Chmura kurzu też nie niosła pocieszenia. Kurz widać z daleka, a to ułatwia wprowadzanie poprawek.
Giełza bredził, ale w jednym miał rację: musiałem być szybki.
Odskoczyłem i zacząłem strzelać w kolejne oploty liny. Zanim pusty magazynek zablokował zamek w tylnym położeniu, udało mi się przeciąć prawie wszystkie zwoje spirali. Giełza przechylał się coraz bardziej, w końcu padł z bezwładnością worka ziemniaków.
Zaskoczył mnie. Rana na karku kosztowała go sporo krwi, ale nie wyglądała na poważną.
– Zastrzel mnie…
Padłem na kolana, by uwolnić jego nogi. Zaraz potem pień buchnął setką drzazg w miejscu, gdzie przed chwilą znajdowały się łopatki żołnierza. Przez dziurę spokojnie przełożyłbym pięść. Dostrzegłem smugacz odlatującego pocisku. I sylwetkę ludzką w miejscu, gdzie powinien znajdować się facet z granatnikiem. I to coś, przyszyte do wstęgi knebla, który wciąż zaciskałem w dłoni.
Nie wiem, czy już wtedy zrozumiałem. Chyba nie, po prostu pod powiekami pozostał obraz oślinionej, pomarszczonej bryłki padającej w piach. Miałem większe zmartwienia. Chyba umierałem.
Szarpnąłem ciałem w rozpaczliwym skręcie i strzeliłem w sam środek nadbiegającej śmierci. Trafiłbym. Nie było czasu celować, ale wiem, że pocisk przeszedłby dokładnie przez ukryty pod zieloną bluzą mostek i pewnie ugrzązł w kręgosłupie, bo biegła prościutko na mnie.
Zabiłbym Gabrielę. Gdyby w magazynku pozostał nabój.
Nie wiadomo kiedy i jak znalazła się tuż obok, klęczała, łapała Giełzę pod drugą pachę. Zerwaliśmy się, pobiegliśmy. Kiedy powietrze zaczęło warczeć, a pnie eksplodować snopami pogruchotanego drewna, opadliśmy na czworaki. Potem na łokcie i kolana. Wepchnąłem pistolet do kabury. Trochę pomogło, ale nie bardzo, bo dziewczyna oprócz Giełzy uparcie taszczyła karabin, a odrętwiały radiotelegrafista lał się nam przez coraz słabsze ręce.
Minęła wieczność, nim pojawił się Filipiak, za to potem poszło lżej. Wukaem zamilkł, gdzieś z boku wyskoczył Morawski. Wpadliśmy do okopu, cudem nie łamiąc sobie nawzajem kości ani ramion lornety, po czym uczciłem powrót do świata żywych, pozwalając swemu żołądkowi pozbyć się wszystkiego, co pozostało z wczorajszej kolacji.
Musiałem długo dochodzić do siebie: Morawski i Filipiak zdążyli się wynieść, a Giełza – wcisnąć w kąt jak zaszczute zwierzę. Chyba udawał, że śpi, ale mocno zaciśnięte powieki i podkulone pod brodę kolana nie zmyliłyby nawet dziecka.
Żałowałem, że na kolację nie podali słonia, a ja nie zjadłem go w całości. I że nie mogę rzygać w nieskończoność.
– Gdzie ich poniosło? – Nie obchodzili mnie, grałem na czas.
– Nie słyszałeś? – Głowa siedzącej po turecku Gabrieli uniosła się dopiero teraz. Starała się nie widzieć, jak haftuję do własnego okopu. – Poszli po nosze i ludzi do pomocy.
Zerknęła na Giełzę. W jej twarzy znalazłem lekki niepokój, umiarkowane współczucie – i radość. Głównie radość. Uratowaliśmy go. Tak to widziała.
– Mam wodę – zaczęła obracać opinający talię pas, dźwigający manierkę i ładownicę starego typu. Wyglądała zabawnie w żołnierskim dresie, adidasach i tym typowo bojowym oporządzeniu. Zabawnie i żałośnie zarazem. No i ładnie. Przemknęło mi przez myśl, że po prostu nie umie wyglądać inaczej. Właśnie dlatego nie chciałem jej tutaj.
– Zostaw to – rzuciłem sucho. – I wracaj do wąwozu. No, już.
Niczego nie rozumiała. Czułem się, jakbym ją spoliczkował. Zastygła z dłonią na klamrze, chciała coś powiedzieć, lecz nie znalazła słów. W końcu zdjęła pas, zsunęła manierkę, przewiesiła karabin przez plecy i jak obrażona jaszczurka odpełzła śladem Filipiaka.
To bolało, ale mniej niż coś, co miało dopiero nadejść.
Nie była wiarusem i w manierce nosiła wodę. Szkoda.
– Mogę to obejrzeć? – zapytałem cicho, kucając przed Giełzą. Nie poruszył się, nie otworzył oczu. – To marne pocieszenie, ale przynajmniej żyjesz. Życie też jest coś warte.
W końcu uniósł powieki. Zrozumiałem, dlaczego tak mocno je zaciskał. Łez było niewiele, ale właśnie teraz miał prawo chcieć je ukryć przed światem.
– Prosiłem… Dlaczego mnie pan nie zastrzelił?
– Nie mów tak.
– Nie chcę żyć. – Przeraził mnie jego spokój. – Proszę.
– Teraz nie chcesz. – Podkreśliłem to: „Teraz”, aż zazgrzytało.
– Niech mi pan da pistolet. I odejdzie. Poczekam, słowo.
– To minie. – Chciałbym wierzyć w to, co mówię. – Życie to coś więcej niż… Masz rodzinę. Nie rób im tego. To skurwysyństwo. Egoizm.
Nie był skurwysyńskim egoistą i to, co powiedziałem, sprawiło mu ból. Milczał jakiś czas, patrząc w bok załzawionymi oczyma.
– Myśli pan, że łatwiej im będzie? Mieli syna i brata, a teraz? Tylko byśmy się wszyscy męczyli, na raty, dzień w dzień. Chyba lepiej od razu…? Będą przynajmniej mogli powiedzieć: „Walczył, zginął jak prawdziwy…” – urwał. Obaj wiedzieliśmy, dlaczego. – I tak ze sobą skończę. Tak przynajmniej byłoby na czarnuchów. Powie pan, że snajper. Nikt nie będzie sprawdzał. A rodzicom wypłacą z ubezpieczenia.
Pokręciłem głową. Wolno. Z przekonaniem nie potrafiłem.
– Bardzo boli? – W myślach łamałem zasady etyki, błagając los, by spotęgował ten ból, zepchnął na dalszy plan czarne myśli. – Mogę…
– Nie pomoże mi pan? – wpatrywał się we mnie błagalnie.
– Nie tak.
Zamknął oczy.
– Co z nim? – Morawski jako pomoc medyczna okazał się kompletnie bezużyteczny i cały czas unikał widoku ran, chowając się za moimi plecami, ale przynajmniej poczekał z zadawaniem pytań.