Выбрать главу

Wciągnąłem chłopakowi na biodra opuszczone do kolan spodnie, zapiąłem torbę sanitarną i ciężko klapnąłem na dno okopu.

– Wygląda na to, że dobrze go opatrzyli. – Nie patrzyłem mu w twarz. – Chwilowo nie mam tam nic do roboty.

– To… postrzał?

Przez chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią.

– Może tak powinniśmy mówić – skinąłem w stronę wąwozu.

– To znaczy… – wolał nie kończyć. Zbladł pod warstwą kurzu. Sam też byłem blady. Do szpiku kości.

Przez dłuższy czas siedzieliśmy w milczeniu. Nikt nie strzelał.

– Po co wróciłeś?

– On nas słyszy? – zerknął na Giełzę.

– Nie. Musieli mu podać coś przeciwbólowego. No i dostał w kość. W takich przypadkach organizm ucieka w sen. To forma samoobrony.

Pokiwał głową. Potem zapytał, nie patrząc mi w twarz:

– Wierzysz tej swojej czarnuli?

– Nie ma jak konkretne pytanie – uśmiechnąłem się blado. – Dobra, wiem, o co ci chodzi. Ale z tym idź do Filipiaka. Jemu się spowiadała.

Nie odfiltrowałem goryczy z ostatniego zdania. Za dużo jej było.

– I co: przełknął jej wersję? – Trzymał się sedna sprawy.

– Posłał ich tam, mogła zwiać do swoich. Nie zwiała.

– Nie – przyznał. – Wołynow też wrócił. Pogubili się, jak zaczęła się strzelanina.

– To chyba dobrze – wzruszyłem ramionami. – Byli osobno, żadne nie uciekło. Są czyści.

Tak pewnie pracuje mózg polityka. Powiedz coś, co jest prawdą, wyciągnij nieskazitelnie logiczny wniosek i po prostu nie dopowiadaj, że nie jest on jedynym możliwym.

– Dobry szpieg nie ucieka w takich okolicznościach.

– Szpieg? – uśmiechnąłem się, nawet dość szczerze.

– Jak zwał tak zwał, ale sam pomyśclass="underline" ktoś pomaga Mengeszy buchnąć resztki śmigłowca, a zaraz potem zwala się nam na kark połowa ogadeńskich rebeliantów. I najśmieszniejsze: nikt nie wiąże jednego z drugim. Jak nas tu wybiją, zostaniemy uznani za ofiary seksu, a nie polityki. To wygodny układ dla kogoś na górze.

– Co znaczy: na górze?

Strzeliłem na oślep, ale chyba w coś trafiłem. Zawahał się.

– No… na górze. Ktoś tym przecież kieruje.

– Czym?

Westchnął. Ciężko mu się ze mną rozmawiało.

– Nie mamy wiele czasu, więc może pogadajmy szczerze, co?

– Staram się – wzruszyłem ramionami.

– To ładna dziewczyna – mruknął.

– Myślisz, że widok ładnej wyłącza mi mózg? Dzięki.

– Nie każdej – wzruszył ramionami. – To ci muszę przyznać.

– Daj spokój. Nic nas nie łączy.

– Gapisz się na nią bez przerwy. To aż kłuje w oczy.

– Nawet jeśli… Na ciebie mam się gapić? Ma lepsze nogi.

– Kręcicie, doktorze, a czas ucieka. Jeśli cię ta panienka nie obchodzi, tym lepiej. Bo mnie się nie podoba. Widzisz, jak zaczęła się strzelanina, próbowałem obejść tego faceta z granatnikiem i…

– To znaczy, że nie zwiałeś, gdzie pieprz rośnie? – Naraził mi się, nie potrafiłem darować sobie małej złośliwości.

– Pieprz nie, ale zarośli tu dużo. I teraz nie mam pewności. – Odczekał chwilę w nadziei, że zapytam. Milczałem tchórzliwie, więc dokończył wypranym z emocji tonem: – Kiedy ich zobaczyłem, facet miał pół głowy, a ona leżała prawie na nim i majstrowała przy granatniku. Nie był nabity. Pamiętam, że ciut wcześniej ktoś z niego strzelił. To charakterystyczny dźwięk, trudno pomylić. Jak zawołałem, rozpłaszczyła się na ziemi. I dalej majstrowała. Głowy za to nie dam, ale myślę, że gdyby miała pocisk w lufie, toby strzeliła.

Zajrzałem mu w oczy. Dopiero tam dało się dostrzec skryte wyzwanie. Nie chciał mnie ranić, ale ta niechęć miała swoje granice.

– Przestraszyłeś ją – powiedziałem cicho.

– I wzięła moje: „Hej” za okrzyk Somalijczyka? Powiedzmy. Może i jest czysta jak łza. Tylko że widziałem ją w miejscu, skąd do was strzelano, chwilę po ostatnim strzale i z granatnikiem w ręku. Mam prawo zakładać, że próbowała zabić Filipiaka i tego sapera? Mam.

– I mnie – dopowiedziałem.

– I ciebie? – Zmarszczył brwi. – Myślisz, że to ważne? – Nie kpił, pytał śmiertelnie serio. – Że gdyby to ona strzelała i cię zobaczyła, to dałaby sobie spokój?

Sam chciałbym wiedzieć. I przerażał mnie głód tej wiedzy. Jedyne dopuszczalne pytanie brzmiało: „Czy strzelała?” Tego w ogóle nie miałem prawa sobie stawiać.

Zabrnąłem cholernie daleko.

– Nic nas nie łączy – powiedziałem. – Nie wiem, dlaczego akurat do mnie przychodzisz z tymi rewelacjami.

– Z wątpliwościami. A do Filipiaka też pójdę, nie bój się.

– I co mu powiesz? Widziałeś, jak do nas strzela?

– Gdybym widział, już by nie żyła.

Uwierzyłem mu. Dwa dni temu ja sam… Jezu. Ale wpadłem.

– Co chcesz z tym zrobić? – Nie patrzyłem mu w oczy.

– A co ty byś zrobił na moim miejscu?

– Dziesięć razy pomyślał.

– Gdyby to był facet, też byś mi kazał siedzieć i myśleć?

– Odwal się.

– Słuchaj, też bym wolał nie mieć racji. Ale jeśli mam?

Gdzieś w oddali zaterkotał granatnik automatyczny, a kilka sekund później, jak echo, pękło pięć pocisków. Nasi nie odpowiedzieli.

– Jak chcesz – mruknął Morawski – możemy z nią najpierw pogadać.

*

Do ewakuacji Giełzy posłużyło coś w rodzaju sań, które dwaj żołnierze przywlekli razem z końcówką stalowej linki. Drugi koniec został na bębnie wyciągarki honkera: wystarczyło ją uruchomić i asekurowany przez pełznących obok ludzi wehikuł ruszył żwawo w stronę wąwozu. Cała operacja przebiegła bez przeszkód, nikt do nikogo nie strzelał.

W punkcie sanitarnym, oprócz Świergockiego, oczekiwała na nas tylko Gabriela. Oczywiście nie potrafiłem tego docenić.

– A tę gdzie znowu poniosło? – warknąłem. Szeregowi, którzy przydźwigali Giełzę, wynieśli się błyskawicznie.

– Jolę? Poszła… no, na stronę.

– Akurat teraz?

Wzruszyła ramionami, ale nie tak, jak na to zasługiwałem, tylko bezradnie i przepraszająco. Jak ktoś, kto czuje się winny.

– Dostał śniadanie? – wskazałem Świergockiego. Chyba spał.

– N… nie wiem.

– Jakieś leki?

– Przecież wiesz, że niedawno wróciłam – powiedziała cicho.

– Jeśli chcesz się bawić w pielęgniarkę, bądź konsekwentna. Jak kogoś zmieniasz przy chorym, to zapytaj o jego stan. I myj ręce – dorzuciłem trochę na wyczucie. Pod siatką panował półmrok, a ona należała do rasy nieźle roztapiającej się w ciemnym tle.

– Mamy mało wody.

Morawski usiadł obok Honkera i przyglądał nam się bez słowa. Nie wiedziałem, które z nich bardziej działa mi na nerwy.

– To weź bańkę i przynieś. Albo idź zająć się swoimi sprawami. Na cholerę mi brudna pielęgniarka?

Dopiero teraz zahaczyłem wzrokiem o jej dłonie. Były zaciśnięte w pięści. To mógł być gniew, ale równie dobrze ucieczka przed chłodem, jakim w nią plunąłem.

Klęknąłem przy noszach Giełzy, wyjąłem instrumenty i przez jakiś czas bawiłem się w pana doktora. Stetoskop, pomiar ciśnienia, na koniec temperatury. Nie myślałem, że wytrzymają tak długo bez słowa.

– Prawie nie gorączkuje. – Sięgnąłem po kanister. Ważył jeszcze mniej niż przed godziną. – Szlag by to… Mówiłem, żeby nie ruszać tej wody! Jest dla rannych i do niczego więcej! Na piśmie mam wam to dać?!

– Mogę skoczyć po więcej – zaofiarował się Morawski.

– Tu był czysty ręcznik – zmiąłem pustą folię i cisnąłem w pierwszą lepszą stronę. Tak się złożyło, że wyhamowała na łydce Gabrieli.