– Masz trochę spirytusu w apteczce? – zapytał Morawski.
– A co: mam go nalać na palce i obmyć Giełzę?
– Na trzy – skinął głową. – Do szklanki. I wypić. Wyraźnie tego potrzebujesz.
Posłałem mu mroczne spojrzenie.
– Lepiej rusz tyłek i przynieś ręcznik z sanitarki.
Przyniósł. Ostrożnie zwilżyłem materiał i zacząłem usuwać brud z torsu żołnierza. Szło dobrze, póki nie doszedłem do pleców. Niełatwo obrócić nieprzytomnego mężczyznę, nie zwalając go z noszy w piach. Uparcie podtrzymując mit samowystarczalności, po prostu go posadziłem. I nagle zabrakło mi rąk.
– Daj ten ręcznik – mruknęła Gabriela. Do szarpania się z nią też brakowało mi rąk. Pozwoliłem odebrać go sobie i ograniczyłem się do podtrzymywania chłopaka. Trwało to wieki: albo uznała, że kara musi być długa i bolesna, albo potraktowała serio moje słowa o czystych rękach pielęgniarki. Nie umyła ich, więc teraz manipulowała ręcznikiem z ostrożnością kucharki, operującej brytfanną w rozgrzanym piekarniku: brązowa skóra jej dłoni ani razu nie spotkała się z brązową skorupą zaschniętej krwi.
Dopiero pod koniec zaświtało mi, że takie przemyślane, delikatne ruchy przynoszą także mniejszy ból.
Unikałem jej wzroku. Do tego stopnia, że przegapiłem całą niemą scenę, w wyniku której Morawski znalazł się obok dziewczyny.
– Skurwiele.
Odwróciłem głowę.
– Musi źle wyglądać – mruknąłem. – Walił w niego jak w bęben.
Gabriela odłożyła ręcznik i pomagając sobie kolanem, przejęła ode mnie ciężar kiwającego się bezwładnie ciała.
– Idę po Filipiaka – oznajmił major. – Powinien to zobaczyć.
Nie zauważyłem, kiedy wyszedł. Znokautowało mnie to, co zobaczyłem. Próbowałem zrozumieć, dlaczego dopiero teraz. Skrzep skrzepem, brud brudem, ale gdzie, do cholery, miałem oczy?!
W końcu wziąłem się w garść. Odszukałem butelkę ze spirytusem, rozdarłem pakiet waty i obmyłem pokaleczony kark. Gabriela robiła swoje, konsekwentnie omijając mnie wzrokiem. Przemówiła dopiero, gdy sięgnąłem po bandaż.
– Może lepiej poczekać – mruknęła. – Filipiak…
– Przepraszam – rzuciłem oschle. Cofnęła rękę.
Założyłem opatrunek i nagle okazało się, że nie mam nic do roboty. Mogłem oczywiście zabić czas, wypytując ją, czy nie próbowała przerobić paru z nas na pokarm dla robaków za pośrednictwem granatnika kaliber 40, ale ostatecznie wybrałem spirytus.
Ogień w gardle dogasał, kiedy brzeg siatki powędrował w górę.
– Zabandażował go pan? – Filipiak nie krył zaskoczenia.
– Za to mi płacą.
– Co pan robi z tą butelką? – zainteresował się kapelan.
– Zakręcam. Spirytus ma przykry zwyczaj: szybko paruje.
– No, ma jeszcze inne przykre właściwości. Na przykład…
– Major mówi, że Giełza ma jakiś napis na plecach – przerwał mu Filipiak, mało zainteresowany chemią. – Coś jakby list. Chyba do mnie.
Nie wiem, czy świadomie akurat wtedy spojrzał w kąt, gdzie wsparta o ściankę okopu stała Gabriela. Wiem, że ją to dotknęło.
– Pułkownik Sabah okazał wielkoduszność – skrzywiłem usta w cierpkim uśmiechu – i nie wpisał adresata. Tak że trudno powiedzieć.
– Pułkownik Sabah?
– Podpisu już sobie nie darował – wyjaśniłem.
– A treść? – zapytał Filipiak po chwili oswajania się z myślą, że to wszystko dzieje się naprawdę. – Co tam jest poza podpisem?
– 65 megaherzów. Cyframi i skrótem, trzeba przyznać. Dokładnie tyle rycia gwoździem w skórze, ile było konieczne. Nie sposób oskarżyć ich o okrucieństwo.
Przyglądał mi się przez chwilę z twarzą jak drewniana maska.
– A poza tym… – zawahał się – wykastrowali go? Posłałem Morawskiemu mało życzliwe spojrzenie. Wyglądało na to, że wszyscy już wiedzą.
Pomyliłem się.
Po raz pierwszy dane mi było zobaczyć kogoś, pod kim uginają się nogi z wrażenia. Dosłownie. Wystarczyły dwa słowa i Gabriela Asmare usiadła na piasku.
– Przeżyje? – zapytał Lesik.
– Raczej tak. Papla – rzuciłem mroczne spojrzenie pilotowi.
– Póki co, wiedzą tylko oficerowie – wzruszył ramionami. – A zresztą… Chłopcy nasłuchali się o Konwencji Genewskiej; diabli wiedzą, czy w krytycznej sytuacji nie przyjdzie któremuś do głowy, że lepiej podnieść ręce, przekiblować parę miesięcy w niewoli, ale przeżyć. Chyba powinni wiedzieć, co ich tam może spotkać.
– Będą przerażeni – powiedziałem spokojnie.
– Już są – mruknął Filipiak.
U góry Agnieszka Wielogórska miała na sobie kamizelkę kuloodporną i hełm. U dołu kuse szorty, poniżej których był już tylko lakier na paznokciach zakurzonych stóp. Kiedy wszedłem do okopu, chichotała jak smarkula, a grzebiący w rozbebeszonym radiu Olszan robił sobie przerwę, by łaskotać ją pod piętą końcem śrubokręta. Nie wymagało to zachodu: trzymała nogi na jego udach.
– O… przepraszam. – Zaczynałem chyba odzyskiwać dobre maniery. Do tego stopnia, że omal się nie wycofałem z ich ocienionego samochodową plandeką dołka. – Nie chciałem…
– Niech się pan nie zachowuje jak ten smutas Lesik. – Olszan posłał mi błysk białych zębów. – Chwilowo nie grzeszymy Można wchodzić.
– Dzień dobry, panie Jacku. – W pierwszym odruchu chciała chyba usiąść bardziej przyzwoicie. Olszan położył jednak dłoń na jej łydce i to wystarczyło. Nogi zostały, gdzie były.
– Chciałem zapytać, co z łącznością – wyjaśniłem.
– Kiepsko – podrapał się śrubokrętem za uchem. – Albo im coś siadło w tym Imi, albo nam. No i dłubię. A Agnieszka mi pomaga. Duchowo.
– Widzę – posłałem burowłosej lekki uśmiech. Odwzajemniła się przyjaznym. Była trochę zakłopotana, ale wyraźnie przekroczyła jakąś barierę i spodobało jej się po drugiej stronie.
– Trwam na dziennikarskim posterunku – powiedziała. – Z serią drastycznych pytań pod adresem Zaręby.
– Załatw go – podchwycił Olszan. – Facet pomiata młodymi, zdolnymi pilotami lotnictwa cywilnego. Pod kapelusz drania.
– Przeceniasz moje możliwości.
– Wierzę w ciebie – przesunął palcem po jej kolanie. Przez chwilę spoglądali sobie w oczy. Przemknęło mi przez myśl, że znają się krócej niż ja z Gabrielą. I że zaszli w tym czasie naprawdę daleko.
Zazdrościłem im. Cokolwiek ich połączyło.
– Sześćdziesiąt pięć megaherzów. To UKF, prawda? Może pan wejść na tę częstotliwość?
Olszan uniósł lekko brwi, ale równocześnie przechylił się na krzesełku i postukał w klawiaturę drugiego, nietkniętego śrubokrętem bloku radiostacji.
– Spodziewamy się samolotu z Abeby? – ożywiła się Agnieszka. Nie zdążyłem odpowiedzieć. Służący za tubę kask przemówił znienacka.
– …na pomoc z zewnątrz – dokończył kwestię spokojny, męski głos, posługujący się zbyt poprawną angielszczyzną. Nastąpiła chwila ciszy, po czym usłyszeliśmy nieco toporny akcent Filipiaka.
– Nasze samoloty były tu wczoraj i przylecą dziś. Już są w drodze.
– Nie słuchał pan, poruczniku. Możecie liczyć tylko na siebie.
– Przekonamy się.
– Straci pan wszystkich ludzi, a ja wielu. Czy naprawdę warto?
– Wypełniam swoje obowiązki.
– Osłania pan morderczynię. I kradnie kobietę muzułmaninowi. Już teraz łamię uświęcone tradycje mego narodu, zniżając się do negocjacji. Mój honor wymaga waszej krwi. A jeśli chcę zyskać autentyczny szacunek, powinienem zażądać od swych ludzi wielu żywych jeńców. Wie pan, po co.