Выбрать главу

Filipiak nie od razu odpowiedział. Starał się, by każde z jego słów brzmiało twardo i stanowczo. Widocznie musiał ochłonąć.

– Na pana miejscu wyniósłbym się za granicę. Od wczoraj jest pan zbrodniarzem wojennym i…

– Od dzisiaj. – W niskim, bezsprzecznie bardzo męskim głosie Sabaha zabrzmiała iskierka rozbawienia. – Nie gustuję w zbędnym okrucieństwie. Po co mieliśmy pozbawiać tego chłopca męskości już w nocy, skoro plan zakładał, że przyjdziecie po niego rano? Przy okazji: przepraszam za tę strzelaninę. Kogoś poniosły nerwy. Nie polowałem na sanitariuszy. Nie strzela się do własnego listu.

Zerknąłem na Agnieszkę. Trudno o prawdziwą bladość w piekarniku pod nazwą Ogaden, ale chyba była blisko.

– Nie robi się czegoś takiego bezkarnie Błękitnym Hełmom – powiedział Filipiak stłumionym od pasji głosem. – Może nie my, ale inni cię dopadną.

– Proponuję panu życie. Ma pan pół godziny do namysłu.

Coś stuknęło. Czekaliśmy chwilę, po czym Olszan wyłączył radio.

Agnieszka zrzuciła hełm, pozbyła się też kamizelki. Pod spodem miała przepocony podkoszulek, klejący się do obfitych piersi. Tak jak Gabriela, nie nosiła stanika.

– Chodźmy – powiedziała cicho, trochę chrapliwym głosem.

– Obiecałaś nie zdejmować… – Olszan urwał, zaskoczony czymś, co znalazł w jej twarzy.

– Słyszałeś: mamy pół godziny. Chodź.

– Chcesz…? – Nie byli sami, ale chyba nie to go powstrzymało. Słowa nie zawsze są potrzebne.

Byłem tu zbędny; usłyszałem i zobaczyłem i tak zbyt wiele. Na przeprosiny było za późno, ale coś jednak mogłem dla nich zrobić.

– Niech pan idzie – powiedziałem z powagą. – Kto wie: może to rzeczywiście ostatnia okazja?

*

W manierce pozostawionej mi przez Gabrielę chlupało jeszcze trochę wody, a przecież zmieściłem w niej prawie cały precyzyjnie odmierzony przydział. Nadwyżkę wypiłem od razu: z braku Agnieszki dobre i to na pożegnanie z życiem.

– Dużo zostało? – zapytałem, oddając sierżantowi kubek.

– Obiad, prawie cały. – Wykreślił mnie z listy i schował zeszyt w raportówce. – Chyba że kogoś kropną. Wtedy może starczy na cały.

Pomyślałem, że się zapomina: jego pomocnik stał obok.

– Do obiadu daleko. Nawet jak nie skombinują dla nas śmigłowców i nie dowiozą posiłków, to pewnie coś zrzucą na spadochronach.

– Byle nie kwiaty. Na groby.

Za pierwszym razem mógł się zagalopować. Teraz zyskałem pewność, że z pełną premedytacją tryska żółcią.

– Zaraz przylecą myśliwce. Miejmy nadzieję, że nic się już nikomu nie stanie.

– Założy się pan?

Było gorąco, ale udaru cieplnego chwilowo nie doznałem. Skinąłem Ciołkoszowi głową i powlokłem się ku stercie worków, osłaniających główną kwaterę Filipiaka. Paru nieszczęśników pogłębiało schrony.

– Miałem po pana posłać – przywitał mnie siedzący na skrzynce amunicyjnej porucznik.

– Mówiłem o tym granatniku – wprowadził mnie w sprawy dosiadający innej skrzynki Morawski. – Zniknąłeś gdzieś, a Sabah dobija się o narzeczoną. Musimy szybko zdecydować, co z nią robimy.

– Na początek możecie zapytać ją o zdanie.

Spirytus trochę mi pomógł, ale nie wyleczył do końca. Nadal nie nadawałem się do prowadzenia przepojonych życzliwością rozmów.

– Wziął pan pod uwagę, że może się zgodzić?

– Słuchaj, stary, przecież ty jej w ogóle nie znasz – starał się łagodzić Morawski. – Ładna, ma klasę… Ale właśnie takim nie wolno ufać. Są zepsute powodzeniem i mają wielkie ambicje.

– Które realizują, dając dupy – dokończyłem. – Mądrze mówisz, tylko to się ma nijak do skrytobójczych mordów granatami. – Przeniosłem spojrzenie na Filipiaka. – Ta puszka Pawlikiewicza to nie jej robota. Co: wstała, poszła i próbowała mu ją wcisnąć? Byłby idiotą, gdyby go to nie zastanowiło. No i poszedłby obudzić pana: wszyscy wiedzieli, że chce ją pan jak najszybciej przesłuchać.

– O czym wy mówicie? – zamrugał powiekami Morawski.

– To znaczy – ciągnąłem – że jeśli Asmare wypełnia jakąś tajną misję, nie jest jedyna. Pawlikiewicza poczęstował piwem ktoś inny. Czyli dwoje agentów. Nie uważa pan, że to trochę za dużo?

– Nie – zaskoczył mnie Filipiak. Przez chwilę sycił się moją niezbyt mądrą miną. – Gdybym był na miejscu kogoś, kto zamierza rzucać nam kłody pod nogi, przysłałbym tylu swoich ludzi, ilu by się dało. Choćby i cały śmigłowiec.

– Co za piwo? – upomniał się Morawski.

– Logiczne – przyznałem niechętnie. – Ale z większą grupą pan sobie nie poradzi. Metodę eliminacji diabli biorą.

– I dlatego mam wierzyć w jednego? To chciejstwo, nie logika.

Miał rację.

– Co pan zamierza?

– Chyba niewiele mogę – przyznał. – Zresztą podejrzewam, że major źle zinterpretował to, co widział. Nie dlatego, że wierzę tej dziewczynie; po prostu wydaje mi się, że całą krecią robotę już wykonano. Niedługo przylecą francuskie myśliwce. Dostaniemy parasol powietrzny i wojna się skończy.

– Myśli pan, że ten skradziony UAZ załatwił sprawę? – zapytał Morawski. – Fajnie, tylko co z Sabahem? Pojawił się, kiedy po UAZ-ie mieliśmy tylko wspomnienia. I dalej próbuje szczęścia.

– Jest pan tego pewny? – uśmiechnął się bez radości Filipiak.

– Nie rozumiem… To ultimatum, półgodzinny termin…

– Zna pan przepis na udany odwrót? Trzeba wmówić przeciwnikowi, że się szykuje wielkie natarcie.

– Myśli pan, że to wszystko…? Giełza, pogróżki, żądania…?

– Zobaczymy. Ale gdybym miał ciężarówki i oczekiwał pościgu na wozach bojowych, tak bym to właśnie rozegrał.

*

– Mam tego dość! – Jola wpadła na nas z impetem lokomotywy, w której zamiast pary buzuje czysta wściekłość. – Dłużej tego nie zniosę!

Zawsze miała problemy z dozowaniem perfum. Otulająca ją warstwa powietrza w każdej chwili mogła eksplodować – tyle ich tam było.

Morawski zawahał się, ale pozostał. Jako osoba postronna mógł pogapić się na jej łydki.

– O co chodzi? – zapytałem znużonym tonem.

– Ta brudna Murzynka zabrania mi ruszać wodę, wyobraża pan sobie?! Mi, pielęgniarce! Wielka uczona pani rolnik! Że takiej dyplom dali, ciekawe za co, bo chyba nie za głowę… Zasrane krowy maca, to jej się wydaje, że do chorego człowieka też wystarczy ręce strzepnąć. Samym smrodem rannych pozabija!

– Już dobrze, nie ma sensu się…

Tylko dorzuciłem do ognia.

– Ja nie mogę pracować z kimś takim! Normalnie się jej boję! Coś jej odbije, ciachnie mnie nożem, i co? Teściową mogła, to co dopiero obcego! W ogóle nie wiem, co ona tu jeszcze robi! A kopnąć ją w dupę i pognać do swoich!

– Porozmawiam z nią – obiecałem. – Ale co do wody…

– Tu nie ma co rozmawiać – przerwała mi. – Jak mam się zajmować rannymi, nie chcę jej widzieć na oczy. Niech w kuchni pomaga. Chociaż nie: jeszcze nas czymś pozaraża.

Mówiła ciszej, ale właśnie dlatego zdałem sobie sprawę, jak daleko niosły się jej słowa. Siedzący na stoku wprost nad nami operator groma słyszał wszystko, Grochulski większość, a Gabriela na tyle dużo, by dopowiedzieć sobie resztę. Widziałem kątem oka jej nieruchomą sylwetkę.

Obie czekały na moją decyzję. Czułem, że się nie wykpię.

– Francuzi lecą!

Okrzyk dobiegł z góry, ale to nie Bóg się zlitował, a Szyszkowski, celowniczy groma. Zadarł głowę, wpatrując się w coś, co nadlatywało z północnego zachodu.

– No, w końcu – uśmiechnąłem się z ulgą.

– Zabiorą nas? – zapytała z nadzieją Jola. Odchyliła wdzięcznie głowę i spod daszka z dłoni wypatrywała punkcików na niebie. Nie doczekała się odpowiedzi. Wolałem nie pozbawiać jej złudzeń, a Morawski cieszył oczy widokiem zgrabnej, uroczo przechylonej sylwetki.