Nie dziwiłem mu się. Trochę dziwiłem się sobie. Cokolwiek nie mówić o intelekcie i osobowości tej dziewczyny, ładna była bez dwóch zdań. Była też od dawna pod ręką i chyba nie brakowało jej chęci na coś więcej niż wspólne leczenie. A jednak niczego innego nigdy we dwoje nie zrobiliśmy.
Nadlatywały mirage, a wraz z nimi normalność. Krótki czas szaleństw i improwizacji dobiegał końca, wracała monotonia życia codziennego z jego przemyślanymi po stokroć decyzjami i poczuciem odpowiedzialności rozciągniętej na dziesięciolecia w przód. Pomyślałem o wszystkich rzeczach, których nie zrobiłem przez te kilkadziesiąt godzin, gdy było łatwo, i których tym bardziej nie zrobię teraz. W zasadzie powinienem być z siebie dumny. Ale nie byłem.
Szyszkowski sięgnął bez pośpiechu po leżącą obok wyrzutni lornetkę.
– Wywołaj porucznika – powiedział Morawski bez szczególnego nacisku. – Pewnie ich jeszcze nie widzi. Wysoko lecą.
Żołnierz odłożył lornetkę i podniósł radiostację. Głosu nie podniósł, więc nie zrozumiałem, co dokładnie powiedział.
– Może się boją przenośnych rakiet – podpowiedziałem Morawskiemu. – Z partyzantami nigdy nic nie wiadomo.
Nie skomentował. Stał i patrzył w niebo, mrużąc oczy.
– Możesz pożyczyć na chwilę tę lornetkę? – odezwał się w końcu.
Szyszkowski zszedł na dół, podał mu ją. Wyrzutnia i nadajnik zostały w wyścielonej kocem niszy, z której wylazł. Samoloty zakręcały, łagodnie schodząc w dół. Były na północ od nas. Urosły nieco, i tyle potrafiłem o nich powiedzieć. Nie byłem nawet pewien, czy to para, czy trójka: trzymały się zbyt blisko siebie.
– Ciekawe, czy coś nam zrzucą. Trochę leków albo nadajnik satelitarny bardzo by się…
– Ciekawsze niż myślisz – wycedził Morawski, nie odrywając szkieł od oczu. – Masz to radio, synku?
– Co się dzieje? – zapytałem zdziwiony.
– Nie jestem pewien. Ale to nie Francuzi.
Zerknąłem w stronę sanitarki. Powinienem był w niebo. Gabriela, jak wszyscy, których było widać, stała z zadartą głową i patrzyła na samoloty. Któryś z niewidocznych dowódców drużyn zdecydował się sięgnąć po służbowy gwizdek. Nie znałem sygnałów, ale to chyba było coś w rodzaju: „Uwaga!”, bo nic się nie zmieniło i nikt nie zaczynał rozglądać się za najbliższym okopem. Inna sprawa, że nauczyliśmy się już nie odchodzić od nich dalej niż na kilka kroków.
– Jak to: nie Francuzi? – W głosie Joli zabrzmiała pretensja.
– Oni nie latają na migach. A to są chyba stare migi. Piętnastki albo siedemnastki. Albo shenyangi, jeden pies. Szyszkowski! – uniósł nieco głos, choć i poprzednią kwestię wypowiedział dostatecznie głośno, by żołnierz ruszył w górę stoku, ku leżącej na kocu wyrzutni. – Powtórz to dowódcy. To mogą być etiopskie maszyny, ale nie muszą.
– A niby kto by to miał być? – rzuciłem niepewnie. Normalność i rutyna nagle zaczęły mi się dużo bardziej podobać. – Po prostu Zaręba dogadał się szybciej z rządowym lotnictwem.
Samoloty nadal skręcały, łącząc to z powolnym obniżaniem pułapu. Oceniłem, że nadlecą nad wąwóz od wschodu i że – o ile nic się nie zmieni – nadal będą wysoko.
Miałem rację, choć nie do końca. Wyglądało na to, że myśliwce nie zmieściły się w zakręcie. Wyniosło je poza oś wąwozu, na południe; znikły oślepionym oczom obserwatorów w słonecznej plamie.
– Coś chyba rzucają. – Dzięki lornetce Morawski oglądał tylko wąski wycinek nieba i mógł sięgnąć bezkarnie wzrokiem dużo bliżej słonecznej tarczy. Ale najwyraźniej nie na tyle blisko, by dorobić się pewności.
– Zrzut? – zapytałem z niedowierzaniem. – Z takiej odległości?
Myśliwiec mógł od biedy wyręczyć samolot transportowy w dostawie niewielkiego ładunku, mieszczącego się w zasobniku o gabarytach bomby. Ale nawet powolne transportowce z odpowiednim wyposażeniem i przeszkoloną załogą nie ryzykują zrzucania ładunków z daleka i wysoka: za duże ryzyko, że wiatr i drobne błędy wyniosą spadochrony daleko poza wytyczony obszar. Co prawda mieliśmy tu nietypowe warunki – czyli linię frontu tuż pod nosem – ale właśnie dlatego piloci powinni maksymalnie się postarać.
Z drugiej strony: mogli nie wiedzieć, że kilkaset metrów od nas czają się po krzakach ogadeńscy rebelianci. Radio kaprysiło i nie potrafiłem sobie przypomnieć, jak dalece niedoinformowana jest Addis Abeba.
Z trzeciej strony: etiopscy piloci mogli doskonale wiedzieć o Sabahu i właśnie dlatego ryzykowali przeznaczonym dla nas ładunkiem, zamiast ryzykować życiem.
Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Nikt nie wiedział. Chyba nawet Morawski. Kiedy rzucał lornetkę i sięgał do kabury, w jego twarzy niepewności było chyba więcej niż strachu.
– Kryć się!!! – Wrzasnął zdrowo i chyba nawet bez wspomagania krzyku wystrzałem w powietrze zwróciłby uwagę wielu osób. Ale strzelił, i to trzy razy. – Do schronów!!!
Z tej odległości, nawet przez szkła, nie mógł odróżnić bomb od zasobników z zaopatrzeniem. Biegnąc, usłyszałem jego: „Jeszcze nie!” i bez oglądania się za siebie wiedziałem, że to odpowiedź na nieme, wyrażone spojrzeniem pytanie Szyszkowskiego.
Dopadłem sanitarki, zanurkowałem pod siatkę, na czworakach pokonałem kawałek nietkniętej łopatą ziemi między kołami honkera a brzegiem okopu. Nie byłem pewien, ile czasu mi zostało, więc nie bawiąc się w wyjaśnienia, runąłem z góry na odwracającą się Gabrielę. Zwaliliśmy się między nosze; cała finezja mojego manewru sprowadzała się do tego, że nie grzmotnąłem dziewczyną o żadnego z rannych.
Zabolało jak cholera: zdążyłem ją objąć i to moje łokcie oraz kolana pierwsze zderzyły się z ziemią. Niczego sobie chyba nie złamałem, jednak z mocnym akcentem na „chyba”.
– Pojebało cię?! – Wrzasnęłaby jeszcze głośniej, gdyby twarde lądowanie nie wycisnęło jej z płuc większości powietrza.
– Zaraz spadną bomby! Usta szeroko, zakryć uszy!
Leżała pode mną, wgniatała w ziemię moje obolałe i odrętwiałe łokcie. Miałem tuż przed nosem jej skrzywioną twarz, widziałem dokładnie miejsca, w których pojawią się zmarszczki. Może zresztą już tam były – kwestia definicji. Tak czy inaczej znalazłem się za blisko. Zbyt intensywnie czułem pod sobą ciepło i miękkość, zbyt wyraźny był zapach jej potu. Coś się we mnie zablokowało, mięśnie i rozsądek odmówiły posłuszeństwa. Niewiele można zrobić, leżąc w okopie i czekając na bomby, ale w tym minimum mieściło się i zlezienie z Gabrieli, i zastosowanie się do własnych rozkazów: naszym bębenkom mogło to tylko wyjść na dobre.
Nie zrobiłem nic. Kręciło mi się w głowie na myśl, że mogłoby być tak naprawdę, że mógłbym na niej leżeć, przyglądać się jej spoconej twarzy, oddychać jej zapachem. Noc po nocy, poranek po poranku, popołudniami, w środku dnia – zawsze, gdy tylko zechcę. Pod siatką panował półmrok i mogłem wyobrażać sobie, że ten dziwny, zbolały grymas, zastygły w trochę zbyt wyrazistych rysach jej twarzy, to resztki słodkiego bólu, jaki jej dałem, wspomnienie rozkoszy, które rozlało się po czekoladowym ciele od kędzierzawych włosów poczynając, a na palcach szczupłych stóp kończąc.
Leżałem na niej, a ona nie zrobiła nic, by to zmienić. Patrzyła na mnie, ale żadną miarą nie dało się tego podciągnąć pod pomoc w odzyskiwaniu rozsądku.
Otrzeźwił mnie wybuch pierwszej bomby. Uniosłem się na łokciach. Starałem się nie dotykać Gabrieli, ale w ciasnocie okopu było do dość beznadziejne i kiedy siadaliśmy, nasze nogi, ręce i barki zderzały się miękko ze sobą.