Выбрать главу

– Gdzieś blisko – powiedziała chrapliwym głosem. – Może… może to niewypał?

Nie było to zbyt mądre pytanie, bo bomba mimo wszystko wybuchła. Ale najwyraźniej nie ja jeden wyczułem, że coś tu nie gra. Coś, co przyrżnęło w ziemię z impetem rozpędzonej ciężarówki, nie powinno w chwilę później pyknąć tak anemicznie, niewiele głośniej od granatu.

Siedziałem skulony, wyczekując z lękiem jakiegoś nieszczęścia. I doczekałem się.

– Samochód się pali! – Szerokie nozdrza dziewczyny wychwyciły swąd sekundę wcześniej. Zerwała się na nogi. Zdążyłem ją złapać.

– Zostaw! To nie pożar! Zrzucili dymne!

Jeszcze przez chwilę patrzyła na samochód, wypatrując płomieni i gaśnicy. Na zewnątrz rozszczekało się działko przeciwlotnicze. Prawie zapomniałem, że mamy coś takiego: Bodnar i większa część obsługi od dawna służyli w piechocie.

Do okopu wlewał się brudnoszary opar. Szybko i w zastraszających ilościach. Poczułem, że plecy nad brzegiem szortów są mokre od potu. Tak jak moje. I chyba też był to bardzo świeży pot.

– Biegnij do beerdeema. – Powoli znikała za kłębami dymu. – Szybko, póki coś widać.

– A ty?

– Dam sobie radę. Mam maskę – dodałem szybko, widząc, że otwiera usta. – Ty nie masz. Tylko byś przeszkadzała.

– A ranni?

– Też mają. – Pchnąłem ją w cuchnący, gryzący oczy i gardło półmrok przy wyjściu. – Zjeżdżaj, ale już!

Nad wąwozem zagwizdał moździerzowy granat. Jeszcze za długi, ale następne pewnie trafią.

– Tu nie ma masek! – Wyszarpnęła mi się. – Puszczaj, do cholery!

Puściłem i na poły po omacku odnalazłem drzwi honkera. Wewnątrz było jeszcze gorzej, ale tłukłem się tym blaszanym pudłem dostatecznie długo, by bez pomocy wzroku odnaleźć, co trzeba. Torba z maską Andrusiaka oczywiście tkwiła pod fotelem – już nawet Bush junior nie wierzył w muzułmańskich bojowników atakujących kogoś gazem.

Ze swoją maską męczyłem się dłużej: leżała na samym dnie plecaka. Nim jej dopadłem, bomba zrobiła swoje i przestałem cokolwiek widzieć. Na szczęście staroświeckie migi wyposażono w przyzwoite, ekologiczne i godne XXI wieku bomby i dym ani nie dusił ponad miarę, ani nie wyciskał wodospadu łez.

Brnąc na czworakach w stronę okopu, zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby się stąd wynieść. Mieliśmy pecha: bomba spadła gdzieś tuż za sanitarką, a słaby wiatr omijał wąwóz górą. Stężenie dymu będzie tu największe, i to cholernie długo. Na razie nie miałem problemów z oddychaniem, ale za kilka, może kilkanaście minut…

– Masz? – Usłyszała mnie, bo raczej nie zobaczyła.

– Dwie. Wiesz, jak się z tym obchodzić?

– Jak?

Wyciągnąłem maskę, odsłoniłem wlot powietrza, przycisnąłem do wyłaniającej się z szarości twarzy.

– Po prostu oddychaj. Raz ty, raz Świergocki. To nie gaz, nic wam nie będzie. I zaciskaj powieki. – Sam już teraz zaciskałem.

– Nie boję się – powiedziała nieoczekiwanie. I już zupełnie innym, rzeczowym tonem, dodała: – Uważaj, Giełza się obudził.

No tak: nieszczęścia chadzają parami.

Póki co, nie było jednak najgorzej. Znaleźliśmy się oboje w okopie, nim moździerzyści poprawili nastawę i nad punktem opatrunkowym zawył pierwszy odłamek. Nikogo też nie przydeptaliśmy: Giełza leżał spokojnie na noszach, pokasływał i grzecznie przyjął ode mnie najpierw krótki instruktaż, a potem parę łyków powietrza z maski.

Wymienialiśmy się co pół minuty – względnie pięć wystrzałów. Moździerz nie bił rekordów szybkości ognia. Granaty padały na południe od wąwozu, w coraz to innych miejscach, próbując zapewne zmusić do milczenia parę PKM-ów, wypluwających w zgodnym duecie taśmę za taśmą.

Niedobrze. Dużo strzałów oznacza zwykle strzały na oślep. Między nami a gromadą mężczyzn, którzy biegli tu pewnie, by zabijać, kuliło się w płytkich dołach kilkunastu wystraszonych dwudziestolatków. Dym oślepił ich, a dziesiątki metrów dzielących poszczególne stanowiska w połączeniu z hukiem i deszczem żelaza uczyniły samotnymi.

Nie byłem pewny, czy wytrzymają. Osamotnienie rodzi panikę, łamie wiarę w sens stawiania oporu. Ale nawet jeśli żaden nie porzuci stanowiska, zło się dokonało. Żołnierz, który sieje dookoła nerwowymi seriami, chcąc już tylko drogo sprzedać życie, jest dużo mniej efektywny od walczącego w zespole.

Wdychając śmierdzące gumą powietrze, zastanawiałem się, do jakiego stopnia jest źle. Dłoń sama odnalazła ramię Gabrieli, zsunęła się po nim i splotła z palcami jej dłoni. Były mokre, ciepłe, sztywne przez chwilę. Potem odwzajemniły uścisk, a mnie znów zakręciło się w głowie.

Przez tych parę sekund była moją własnością. Nie dlatego, że jej pragnąłem – po prostu chciała tego. Ona sama.

Gdzieś niedaleko zawarczał silnik. Czar prysł. Byliśmy parą przestraszonych ludzi, dotkniętych wspólnym zagrożeniem.

– …okopów! – Łącznik musiał pędzić wzdłuż krawędzi wąwozu. – Strzelać do wszystkich na zewnątrz! Nie wychylać się z okopów!

Ochrypły głos roztopił się w melodii wystrzałów równie nagle, jak się zjawił. Starałem się myśleć, że to zasługa młodych nóg, adrenaliny i szczęścia, że odległość, a nie pocisk wymazała krzyk z jazgotu bitwy.

Bo powoli robiła się z tego bitwa. Nie nalot, ostrzał i profilaktyczna strzelanina z kaemów, ale prawdziwa bitwa z udziałem wielu ludzi i wielu różnych luf.

Do PKM-ów dołączyły beryle, bijące trzystrzałowymi seriami, i dużo liczniejsza, chyba mocno urozmaicona broń atakujących. I granaty.

Wiele granatów. Rzucali nimi. Musieli być blisko.

– Daj mi ten karabin. – Nie miałem pojęcia, gdzie go trzyma.

– Masz pistolet – powiedziała cicho.

– Jezu, tylko nie mów, że go zgubiłaś!

– Masz pistolet – powtórzyła. Łyknęła powietrza z maski, chyba oddała ją Świergockiemu i dokończyła: – Osłaniaj tamtą stronę i północny stok, ja biorę resztę. I nie zastrzel mnie.

Nie zrozumiałem tego ostatniego, nawet gdy wyskoczyła z okopu i znikła w dymie. Rozjaśniło mi się w głowie dopiero po kilkunastu sekundach, mniej więcej wtedy, gdy rozjaśniło się przed oczami.

Krążyła wokół okopu, wyrywała z ziemi kołki, cięła linki i manewrowała oswobodzoną siatką tak, by nie zakopać nas pod nią. Nie dała rady usunąć nawet połowy odpowiedników śledzi namiotowych, ale zaimponowała mi. Kiedy pierwszy łomocący buciorami cień przebiegł obok honkera, widziałem prawie całe otoczenie, mając zarazem nad głową trzy czwarte pierwotnego zadaszenia. Ze ślepca stałem się krótkowidzem.

– Wystarczy!

Mój okrzyk też wystarczył: posłusznie zeskoczyła do okopu. Szybka, mądra, opanowana dziewczyna, która mimo załzawionych oczu i widma śmierci nad głową nie wylądowała na żadnym z rannych.

Inna sprawa, że wolałem nie ryzykować i złapałem ją w ramiona. Dostałem w nagrodę Berylem po szczęce – okazało się, że cały czas miała go przy sobie – ale warto było. Przez bluzę czułem, jak wali jej serce.

Miało prawo się wystraszyć.

Następny przebiegający obok punktu opatrunkowego żołnierz wypatrzył w dymie jej sylwetkę i wygarnął z automatu.

Spóźnił się, a ponieważ miał problemy z prostowaniem palca, seria była za długa i niemal cała poszła górą. Tylko dwie kule pacnęły w przedpiersie. W sumie był to podręcznikowy obraz paniki na polu bitwy, choć padając na kolana i pociągając za sobą dziewczynę, wcale nie miałem w tej kwestii pewności i wszystko skuliło się we mnie z obawy, że w ślad za pociskami nadleci granat.

– Nie strzelaj! – Połączyłem krzyk z chwytem za kaburę, bo równie dobrze jak granat mógł się nam zwalić na karki ten półprzytomny nerwus z ziejącym ogniem peemem.