Nie zjawił się: pognał dalej. Ale zostałem usłyszany.
– Na transportery! – zawołał jakiś inny żołnierz, zjeżdżający ze stoku wraz z lawiną piachu i kamieni. – Zrywamy się stąd!
Oddalił się, nim oprzytomniałem. Zresztą i tak nie usłyszałby mego pytania: BRDM zawył właśnie wściekle w rozpaczliwej próbie sforsowania któregoś ze zboczy. Najpierw oczami wyobraźni, potem już chyba tymi właściwymi – choć nie na pewno – widziałem kanciaste pudło samochodu pancernego, gramolące się w górę i raz po raz spychane grawitacją na dno wąwozu. W końcu kierowcy udała się niezła sztuka: zdławił silnik firmy Mercedes. Uruchomił go co prawda dość szybko, ale zdążyłem usłyszeć walenie żelazem o blachę i rozpaczliwy krzyk:
– Otwieraj, kurwa! Otwieraj właz!
Silnik ryknął, zagłuszając łomot kolby o pancerz. Nie zagłuszył wystrzału z granatnika. Pocisk rozminął się wprawdzie z beerdeemem i wybuchł na skarpie za samochodem, ale wystrzelono go z daleka. Resztek złudzeń pozbawiła mnie seria iskier, przecinających pancerz.
Poderwałem pistolet i posłałem trzy kule w mrugający ognik. Przejaśniało się i nurkując za przedpiersie wyłowiłem z szarego tła zarysy głów i ramion.
Nie wiem, czy trafiłem. Na pewno nie tego z karabinem. Już po paru sekundach zaczął mielić pociskami okolice okopu. Kuliłem się przez chwilę o pół metra niżej, nim dotarło do mnie, że Somalijczyk nie zorientował się jeszcze dokładnie, skąd strzelano. Uniosłem się. Akurat znikał.
– Nie utrzymamy się tu. Jak zaczną rzucać granaty…
Nie dokończyłem. Karabin Gabrieli prychnął trzystrzałową serią i gdzieś z lewej, praktycznie już poza granicą widoczności, coś ciemnego zwaliło się na ziemię.
Jakoś nie pomyślałem, że może się do czegoś przydać w walce. Miała karabin, ale raczej do zabijania własnego strachu. Nie odebrałem go jej dotąd, bo w ciasnocie okopu i walce na krótki dystans pistolet był chyba trochę lepszy.
– Chcesz się wycofać? – Wzięła przykład ze mnie i nie krzyczała, choć chwilami aż się prosiło. Jej głos brzmiał zdumiewająco normalnie jak na trzydziestoletnią absolwentkę polskiej akademii rolniczej, która właśnie zastrzeliła człowieka. Nawet dobór słów był niezwykły: normalna polska dziewczyna mówiłaby raczej o ucieczce. Niezależnie od tego, jaki kolor miałyby jej oczy, włosy i skóra.
– Chyba lepiej nie.
Od razu skreśliłem to „chyba”. Najpierw lżejszy z karabinów BRDM-a, a potem zenitówka wypełniły rynnę wąwozu taką ilością szaleńczo rozpędzonej stali, że samo wychylenie głowy ponad przedpiersie zaczęło zakrawać na samobójstwo.
Pchnąłem dziewczynę na dno okopu. Ukucnęła, ale od razu wycelowała w prześwit między dachem z siatki a krawędzią wąwozu. To właśnie tę krawędź obrabiała zenitówka, ale nic nie trwa wiecznie. Już po kilkudziesięciu sekundach zabrakło albo naboi w zasobnikach, albo – co bardziej prawdopodobne – celowniczego. Działko ZU-23 nie było idealną bronią do walki na krótkie dystanse: chcąc strzelać, trzeba było zasiąść w fotelu, wystawiając na ogień przeciwnika górną połowę ciała.
Próbowałem dostrzec, co się dzieje z bewupem Bielskiego, ale tak daleko mój wzrok nie sięgał. W każdym razie wóz był na chodzie, porykiwał silnikiem i od czasu do czasu strzelał z armaty. Z karabinu maszynowego pewnie więcej, ale karabinowe wystrzały trudno było wyłowić z tła.
Somalijczycy odgryzali się granatami. Głównie odłamkowymi, ale od czasu do czasu wąwozem wstrząsała dużo głośniejsza eksplozja. Ręczne granaty przeciwpancerne. Ich czas minął jakieś pół wieku temu, ale w miejscach, gdzie piechur potrafi zbliżyć się na dwadzieścia metrów do czołgu, nadal mogły uchodzić za skuteczną broń. Załogę bewupa ratował dym i gęsta strzelanina na górze: niedoszli zabójcy stalowej bestii nie bardzo ją widzieli i nie bardzo mogli się zamachnąć, nie ryzykując odstrzelenia głowy. BRDM, przynajmniej póki zmagał się ze stromizną północnego stoku, był trochę za daleko jak na rzut półtorakilogramowym żelastwem.
Granatników na razie nikt chyba nie użył.
– Jak myślisz: co tam się dzieje? – Zadając to pytanie, Gabriela nawet nie musnęła mnie wzrokiem. Jej głowa obracała się z regularnością wahadła, oczy szukały celu. Nie wierzyłem, by trafiła w głowę, którą w końcu wypatrzy. Raz jej się udało, ale cel był znacznie większy.
– Przebili się w środku. Skrzydła chyba nadal mamy.
Nie zapytała, skąd wiem. Na zachodzie raz i drugi zadudniła armata czołgu, na wschodzie pohukiwało lżejsze, ale też hałaśliwe działo BWP-1 drużyny Hanusika.
– Tam też strzelają – skinęła głową do tyłu.
– Zgadza się. Zaatakowali z obu stron.
Giełza usiadł na noszach, złapał mnie za pas.
– Dajcie mi karabin. – Mówił cicho, ale to akurat nie musiało przemawiać na jego niekorzyść. My też staraliśmy się nie hałasować.
Zawahałem się. Uczyli go strzelać. Gabriela pewnie nie potrafiłaby wymienić magazynka. Ale Gabriela, prosząc o broń, pewnie spojrzałaby mi w oczy. W tym dymie niewiele to kosztowało. On nie patrzył.
– Leż i nie przeszkadzaj – warknąłem. Ostro. Wychwyciłem zdziwione spojrzenie dziewczyny. Giełza opadł na nosze. A nad okopem przemknął długi jęzor rakietowego ognia.
Pocisk przeleciał z prawej w lewą, wysoko. Nie do nas strzelano i tylko dlatego przeżyliśmy: mimo chaosu przemielonej wybuchami ziemi, dymu i płonących traw od razu wypatrzyłem popiersie strzelca. Był blisko. Tak blisko, że gdy w chwilę później armata kalibru 73 mm wzięła na nim odwet i mężczyzna rozleciał się na kawałki, oboje z Gabrielą zgodnie rzuciliśmy się na ziemię, spłoszeni hukiem, podmuchem rozżarzonych gazów i gradem odłamków, szarpiących przedpiersie.
BWP ocalał. Wywinął się także kolejnemu pociskowi, tym razem wystrzelonemu z nasadki na karabinową lufę, po czym dał za wygraną i zaczął się cofać na wschód.
Decyzja była słuszna, tyle że zostawaliśmy sami.
– Uważaj – dotknąłem ramienia dziewczyny, bardziej po to, by dotknąć, niż żeby uważała. – Teraz pewnie spróbują zejść i rozciąć nas ostatecznie na pół.
Cholera, źle zabrzmiało. W przypadku tych facetów słowo „nas” mogło faktycznie oznaczać naszą czwórkę, a nie strefę obrony. W Etiopii raczej nie zabijało się żołnierzy ONZ, ale poza tym zabijało się dużo, chętnie i możliwie spektakularnie.
– Jest jakaś broń w sanitarce? – Świergocki uniósł się na łokciach. – Stąd widać tamten stok. Mógłbym…
Urwał, widząc, jak kręcę głową.
– Spokojnie – powiedziałem. – Trochę nas zaskoczyli, ale chłopcy siedzą tam na górze w solidnych okopach i cały czas strzelają. Założę się, że wykosili już połowę czar… – zająknąłem się, ale za wiele śmierci było wokół nas, by rozczulać się nad wpadką. – Będzie dobrze.
Ludzie mają zaufanie do lekarzy. Może nawet przekonałem tych dwóch. Kłopot w tym, że było nas w okopie czworo.
– Nie chcę wpaść żywa w ich ręce. Jak oberwę i zrobi się beznadziejnie, to strzelcie mi w głowę, dobrze? Boję się bólu, a oni lubią torturować.
Gdyby nie powiedziała tego z lodowatym spokojem, zaznałaby trochę bólu już teraz: miałem ochotę wymierzyć jej siarczysty policzek.
– Masz jak w banku – warknąłem. – Jak się nie zamkniesz, to choćby zaraz.
– Trzymam za słowo.
Nie czekała długo: już po kilkunastu sekundach uniosłem zaciskany oburącz pistolet. Nacisnąłem spust, gdy znikła za bryłą dłoni.
Wist kopnął, kula przemknęła nad czołem Gabrieli, minęła oddaloną o trzydzieści metrów północną krawędź wąwozu i zakończyła lot, wbijając się w brązową twarz, zwieńczoną strzechą kudłatych włosów.
Któryś z towarzyszy Somalijczyka musiał znaleźć się dostatecznie blisko, by dostrzec, co mu się przytrafiło. Na prawo od okopu wylądował granat.