Выбрать главу

Efekt okazał się mizerny. Nasza dziura znajdowała się na dnie innej i dopóki tamci rzucali z góry, mogliśmy strzelać do nich, nie zaprzątając sobie głów choćby najgęściej padającymi granatami – oczywiście o ile nie wpadały prosto do okopu. Ponieważ nie ma nic za darmo, okop dawał mniejszą, niż to wynikało z jego głębokości, ochronę przed ogniem karabinowym. Na szczęście atakujący z północy partyzanci nie od razu się w tym połapali i przez parę następnych minut ograniczali się do zarzucania wąwozu granatami. Było ich wielu albo przytaszczyli mocno wypchane torby, bo doliczyłem się piętnastu bliskich eksplozji, nim kolejna głowa pojawiła się w polu widzenia.

Tym razem chybiłem: Somalijczyk podpełzł do krawędzi daleko z boku i wypatrzył okop, nim dobrze wycelowałem.

Znikł. Czekaliśmy. Doczekaliśmy się dwóch granatów, przy czym ten drugi był bliski załatwieniu sprawy: gdyby przedpiersie było niższe o jeden worek, wtoczyłby się do okopu.

Przypadłem instynktownie do ziemi, a kiedy się uniosłem na tyle, by widzieć wyznaczony krawędzią wąwozu horyzont, zrobiło się niemal za późno. Trzy bure sylwetki malały błyskawicznie, zbiegając po stoku i znikając za workami przedpiersia. Czwarta, spóźniona, bryznęła mgiełką soczystej czerwieni z przestrzelonej klatki piersiowej. Napastnicy przebili się przez linię obrony, ale ta linia wciąż istniała.

– Uwaga! – wrzasnąłem, zrywając się na równe nogi. Prawie udało mi się dogonić ostatni z trzech pocisków, które Gabriela posłała gdzieś za moje plecy. Poderwała się z ziemi niemal równocześnie ze mną, odbiła w lewo, widząc, że rzucam się na ściankę z prawej, i trzema szybkimi seriami oczyściła południowe zbocze.

Nie widziałem, do czego strzela. Nie bardzo widziałem nawet ludzi, do których sam strzelałem, choć do najbliższego miałem piętnaście, a do najdalszego trzydzieści metrów. Środkowy, posługujący się cudacznym angielskim automatem ze sterczącym w bok magazynkiem, przejechał kulami po przedpiersiu i udało mu się wywołać małą burzę piaskową.

Wywaliłem pół magazynka, nim bliższa z rozmytych sylwetek runęła na wznak, a ten cholernik ze stenem, czy cokolwiek to było, na brzuch. Przy czym wcale nie przestał strzelać, nawet gdy chowając głowę, na oślep, opróżniłem wista z ostatnich naboi i sięgnąłem po nowe.

– Gapa!!!

Znów tkwiliśmy przy przeciwległych ściankach wykopu i znów musiała posyłać kule tuż obok lub tuż nad moją głową – to drugie, gdy przysiadłem z wrażenia. Oberwałem po twarzy żarem płomienia wylotowego.

– Kurwa – zaklęła dziwnie cicho i wstrzemięźliwie.

– Co?

– Schował się za sanitarkę. Nie mogę strzelać.

– Co?! – Tym razem podniosłem głos, może trochę dlatego, że klęcząc między jej udami a ścianą, jakoś nie potrafiłem przeładować pistoletu.

– Rozwalę wóz! – W końcu coś pękło i w niej.

– Pierdolę wóz! Załatw go, ale już!

Nacisnęła spust, dwa razy. Honker stał blisko, przesłaniał sobą ogromną część przedpola i wbrew pozorom nie był tylko zbiorem cienkich arkuszy blachy, którą pocisk karabinowy przebija jak papier. Podwozie i układ napędowy miał solidne, a człowiek, którego musieliśmy zabić, trzymał się blisko ziemi i właśnie te elementy go osłaniały. Plus worki z piaskiem, którymi obłożono koła i niektóre newralgiczne miejsca.

– Nic z tego – przysiadła, gdy przedpiersie zagotowało się od bijących w nie kul. Chyba nie zrozumiała, co się stało. Ja tak: facet z angielskim peemem. Omal jej nie zabiłem.

– Osłaniaj od strony wozu! – Wbiłem wreszcie magazynek w gniazdo, przeskoczyłem w najdalszy kąt okopu. Obaj ranni stanęli na szczęście na wysokości zadania i kulili się pod ścianami, unikając naszych nóg.

Udało mi się zmylić człowieka ze stenem. Efekt był taki, że zaczęliśmy strzelać równocześnie. Widział pół mojej głowy i miał szybkostrzelny automat, ja widziałem popiersie i strzelałem wolniej. Szanse były wyrównane.

Los uśmiechnął się do mnie. Trzeci czy czwarty pocisk ugodził brodatego mężczyznę w przedramię i choć automat jazgotał do końca, bezsensownie ryjąc piach, następne cztery strzały były już bliższe egzekucji niż walce. Powinny mi wystarczyć dwa, ale człowiekowi walczącemu o życie szybkim zginaniem palca trudno nagle przestać.

Przed zmarnowaniem następnych naboi powstrzymało mnie warknięcie nad uchem. Ruch za bryłą sanitarki. Numer trzeci.

– Uważaj na boki! – rzuciłem Gabrieli w twarz. – Tego ja biorę!

Miała dość rozsądku, by nie dyskutować.

Przez następne trzy minuty opróżniłem magazynek, wychylając się to tu, to tam i próbując trafić kawałek ludzkiej głowy odległy o czterdzieści kroków. Za każdym razem witała lub żegnała mnie kula, ale jakiś efekt osiągnąłem: udało mi się zablokować go w miejscu, skąd nie dorzuciłby do nas granatem.

Gabriela nie próbowała mi pomagać. Starała się zabić kogoś, kto z kolei próbował wystawić głowę z kępy porastających brzeg wąwozu traw i utrzymać ją w tym miejscu na tyle długo, by zgrać muszkę ze szczerbinką i twarzą dziewczyny. Albo moim karkiem.

Obojgu nie szło. Do wąwozu dotarła nowa dostawa dymu, widoczność spadała. Jakiś czas temu odnotowałem serię czterech wybuchów gdzieś w oddali. Przyjąłem, że nie mają znaczenia. Okazało się, że jednak mają.

Nie chodziło o to, że dotarły do nas rozrzedzone przebytą drogą zagony dymu. Problemem polegał na tym, że gdzieś dalej ważące po kilkadziesiąt kilogramów ładunki masy dymotwórczej pokryły szczelną zasłoną parę hektarów sawanny i oślepiły żołnierzy Filipiaka. Piloci migów nie poczęstowali nas tą drugą salwą bez powodu: nie ulegało wątpliwości, że Sabah rzuca do ataku następną falę piechoty.

– Transporter wraca! – Gabriela ostrzeliwała wschodnią część wąwozu i to ona dostrzegła pędzącego kolosa.

– Spróbujemy go osłonić. – Wymieniłem magazynek. – Chyba będą próbowali wyjechać na górę tym zjazdem za radiostacją.

Nie zapytała, dlaczego para słabeuszy ma bronić żelaznego smoka. Zachowała się jak rasowy piechur: wyprostowała ugięte kolana i zaczęła strzelać. Ja też strzelałem. Bez przerwy jazgotał karabin maszynowy bewupa, a z otwartych włazów nad przedziałem desantowym pluły ogniem ze trzy automaty.

Kosztowało mnie to jeden, a dziewczynę półtora magazynka, ale wóz przebił się. Nie wiem, czy kogoś trafiliśmy. Wszystko rozgrywało się w szalonym tempie, pół tuzina granatów różnego autoramentu i jedna rakieta przeciwczołgowa zderzyły się z dnem wąwozu, wyrzucając w górę kilogramy kurzu, a ludzie Sabaha nie pchali się wcale do muzułmańskiego raju i chowali głowy, gdy obok gwizdały kule. Kłopot w tym, że było ich zbyt wielu w zbyt wielu miejscach.

A jednak bewup przejechał. Pod warkoczem zbyt wysoko wystrzelonej rakiety, przez ognistą kulę jakiegoś ciężkiego granatu, pękającego pod brzuchem, sypiąc iskrami rykoszetów i mrowiem łusek, ryczący, ogromny, wściekły jak osaczony mamut – zbyt wielki i szybki, by ciosy łowców poradziły sobie z jego żywotnością.

Widziałem, jak rozjeżdża faceta, który do mnie strzelał i którego tak długo nie potrafiłem uciszyć. Somalijczyk zerwał się, dostał po plecach klinem pancerza, runął pod gąsienicę – i koniec.

Zza sztucznego pagórka z worków i siatki, kryjących cysternę, zamigotał blady ognik spalanego prochu. Wracał BRDM. Osiemdziesiąt metrów od nas skręcił, zaatakował stromiznę stoku.

BWP zmagał się z grawitacją i sypkim podłożem tuż obok, jakby chcąc natchnąć otuchą mniejszego i słabszego kolegę. Obie wieże obracały się, ziejąc nieustannie ogniem, od obu odskoczyły kreseczki granatów dymnych, wybuchające trzydzieści metrów od wyrzutni. Trudno powiedzieć, co przesądziło. Tak czy inaczej oba wozy wygramoliły się na północny brzeg.