Właśnie wtedy przypomniałem sobie, że na dole jest trochę więcej okopów, nie tylko ten nasz. Były dobrze zamaskowane, przeważnie puste, no i nie strzelano z nich. Chyba. Teraz przejaśniło się nieco i dostrzegłem wychylające się zza piaskowego nasypu głowy w hełmach.
Pierwszego mężczyzny nie rozpoznałem: pobiegł w poprzek wąwozu zbyt szybko. Drugim był Lesik.
– Przedostatni – dobiegł zza pleców głos Gabrieli, poprzedzony szczęknięciem zmienianego magazynka. – Co oni: uciekają?
Jakimś cudem słyszałem ją wyraźnie. No tak: żadnych granatów, a oba wozy odjeżdżały szybko w głąb sawanny.
– Z dystansu więcej zwojują – powiedziałem szybko. Patrzyłem na towarzysza Lesika, który zaległ właśnie u podnóża stoku i machaniem ręki zachęcał kapelana do skoku.
Lesik nie mógł się zdecydować. Mijały sekundy. Ten z przodu uniósł się na łokciu, krzyknął coś, pokazał ręką do góry. Coś mignęło w powietrzu i zupełnie nieoczekiwanie sztuczny pagórek, na tle którego oglądałem leżącego żołnierza, przeistoczył się w krater małego wulkanu.
Olej napędowy to nie benzyna: nie wybucha od byle kuli, iskry czy zapałki. Trzeba go porządnie rozpylić, by zareagował równie żywiołowo, jak jego pobudliwa kuzynka. Ale kiedy w częściowo opróżnioną cysternę trafia kilkusetgramowa porcja materiału wybuchowego…
Według czarnego scenariusza zbiornik miał zostać przedziurawiony kulą lub odłamkiem i po prostu stanąć w płomieniach. Samochód diabli by wzięli, ale bez szkody dla przebywających w pobliżu ludzi.
Granat rozbryzgał wiele kilogramów oleju wokół cysterny i zainicjował jeśli nie wybuch, to w każdym razie gwałtowne spalanie i potężny podmuch. Pagórek z worków i maskowania rozwinął się na boki niczym ogromny kwiatowy pąk oglądany na przyspieszonym filmie. Jeden z płatków nakrył podrywającą się ludzką sylwetkę, od niechcenia wymierzając klapsa podwieszonym do siatki workiem.
W chwilę później znokautowanego mężczyznę dosięgły pierwsze krople spadającego z góry ognia.
Gabriela strzelała do kogoś na zachodzie. Ona i chyba Szyszkowski: od strony punktu dowodzenia dobiegał terkot glauberyta. Nie zwracałem na to uwagi. Patrzyłem na obciążony dwoma workami płat siatki. Poruszał się. Słabo. I płonął. Razem z na pół ogłuszonym człowiekiem, próbującym się spod niego wydostać. Człowiek krzyczał z bólu.
Gdzieś obok pękł granat. Padliśmy twarzami na przedpiersie. Potem Gabriela znów strzelała, oszczędnie, pojedynczym ogniem, a ja…
Po prostu patrzyłem. Bardziej na Lesika niż na morze ognia za plecami przywalonego siatką żołnierza. Tylko Lesik mógł prześcignąć śmierć. I tę ratowanego, i tę ratownika. Bo w grę wchodziły obie i było to jasne dla każdego, z odwróconą plecami Gabrielą włącznie.
– Nawet nie próbuj! – Musiała mieć trzecie oko w potylicy: dałbym głowę, że ani na chwilę nie oderwała wzroku od celownika i miejsca, w którym krył się jej przeciwnik. Marnowała się tu. Z takim zmysłem dookolnej orientacji i budzącym respekt głosem rozgniewanej Amazonki byłaby idealnym belfrem.
Wcale nie chciałem próbować.
– Wyciągnij go! Lesik!!!
Widziałem jego okrytą hełmem twarz. Nie ukrył się, gdy wybuchała cysterna. Później przyszło mi na myśl, że właśnie tak, bezruchem, reagują ludzie, których przerosła sytuacja. Ale wtedy miałem w głowie tylko jedno.
Hełm i kamizelka. Był dużo bliżej, miał na sobie mnóstwo kevlaru i bez porównania większe szanse przeżycia niż ja.
– Lesik!!!
Spojrzał na mnie, to wszystko.
Kilka strzałów, potem wybuch granatu. Worek przede mną zadrżał. Może od odłamków, może od krzyku. Płonący żywcem ludzie krzyczą bardzo głośno. Na początku.
Nim dobiegłem, przestał krzyczeć. Nie szarpał się też; chyba stracił przytomność. Szybko. Albo po prostu biegłem tak, jak to odbierał mój mózg: w żółwim tempie z koszmarnego snu.
Karabin Gabrieli strzelał, strzelał i strzelał. Tamci chyba nie. Nie miałem pewności. Zastrzyk adrenaliny robi z człowiekiem różne dziwne rzeczy. Trochę uskrzydla, trochę ogłupia.
Zacząłem fatalnie: wyszarpując krawędź siatki spod własnych nóg. Zwaliłem się na ziemię, zgubiłem pistolet. Kiedy podrywałem się, zbijając dłonią płomyk z rękawa, coś dużego, ciężkiego i względnie powolnego szarpnęło powietrzem nad mą głową. Pękła szyba szoferki – dopiero teraz – wybuch granatu wstrząsnął samochodem.
Drąc zwęglone kawały siatki pomyślałem, że strzelano z tyłu. Gabriela zawiodła, ale nie na całej linii: mimo wszystko chybił, spłoszyła go wystarczająco mocno.
Zaplątany w siatkę żołnierz miał hełm i kamizelkę. Liczyłem na to, że osłonią spore partie ciała przed płomieniem i tylko dlatego nie uciekłem, gdzie pieprz rośnie. Nie bałem się ognia, niewiele go tu było, jeśli ktoś dysponował swobodą ruchu. Bałem się tego, co znajdę pod zwęglonym mundurem.
Siatka zdążyła pójść z dymem, więc dość szybko oswobodziłem nieruchome ciało. Gorzej z jego gaszeniem. Koc, pałatka – cokolwiek. Byłem już bliski zdzierania z siebie bluzy, na szczęście w ostatniej chwili trafiłem stopą na odrzucony trochę wcześniej worek. Ten sam, który ogłuszył chłopaka.
Zerwałem się na nogi, chwyciłem go. Byłem już z powrotem nad skwierczącym jak befsztyk żołnierzem, kiedy z dymu wybiegł człowiek. Tyle zdążyłem zauważyć: że człowiek. Potem huknął pojedynczy strzał i coś grzmotnęło mnie w sam środek brzucha.
Próbowałem zamortyzować zderzenie z ziemią. Efekt był mizerny, ale jedno osiągnąłem: nie dałem się przygnieść workowi. Inna sprawa, czy można było to uznać za sukces. Zerwałem się wprawdzie, nim na dobre zapalił mi się lewy naramiennik i tylko parę rozżarzonych węgli utkwiło w opinających pośladek spodniach, za to uświadomiłem mężczyźnie w rozchełstanej koszuli, że nie zabił mnie dostatecznie mocno.
Był starszy ode mnie i co najmniej tak samo jak ja przerażony. Szarpnął za spust trzy razy, nim dotarło do niego, że wystrzelił ostatni nabój.
Dym gęstniał, wciąż jednak widziałem głowę Lesika w okopie.
– Strzelaj! – krzyknąłem. Somalijczyk wrzasnął jeszcze głośniej i rzucił się biegiem wprost na mnie. Poderwałem wyżej worek. Gdzieś obok leżał mój pistolet, ale nie było czasu go szukać. Półprzytomny czy nie, partyzant rozłożył przegubowo mocowany bagnet, nim zbiegł do wąwozu. Po tym bagnecie rozpoznałem broń: samopowtarzalny simonow, kojarzący się przeciętnemu Polakowi z kompanią honorową WP.
Wyglądał staroświecko, ale właśnie dzięki temu dużo lepiej sprawdzał się w roli broni białej. Nie wiem, jakim cudem udało mi się osłonić workiem.
Uderzyłem lewą pięścią, z boku. Łatwy cios, bo Somalijczyk próbował uwolnić karabin. Gdybym przyłożył się lepiej, może nawet na tym jednym sierpowym by się skończyło, ale obaj popełnialiśmy błędy i po prostu odrzuciło go o parę kroków.
To był najlepszy moment na strzał. Lesik nie strzelił. Skoczyłem ku tkwiącemu w worku karabinowi. Udało mi się zmusić partyzanta do ciosu pięścią, co się liczyło, jako że zaraz potem odskoczył miękko i wyciągnął czort wie skąd ćwierćmetrowe nożysko. Gdyby nie rozpaczliwa szarża ku karabinowi, tym bym oberwał, nie kułakiem.
Mimo wszystko zainkasowałem niebezpieczny cios. Kiedy człowiek ma przed sobą koczownika z nożem, nawet lekkie oszołomienie może zaowocować tragedią.
Lekarzy, nawet tych wojskowych, nie uczy się walki wręcz. Może w komandosach, ale ja służyłem w porządnym wojsku, które w razie czego zabijałoby wroga z przyzwoitej odległości, używając armat, rakiet i w ostateczności karabinów. Armia wyposażyła mnie w przyzwoity pistolet i na tym poprzestała, wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że ktoś, kto nie zastrzeli napastnika żadnym z piętnastu pocisków, tak czy inaczej spisany jest na straty i nie warto uczyć go walki na noże.