Byłem kompletnym amatorem i pewnie dałbym się zabić. Ocalił mnie trzask pocisku nad naszymi głowami. Rzucając się do ataku, koczownik już tylko w połowie żył myślą o dziurawieniu mnie nożem. Równie ważne było dla niego osłonięcie się żywą tarczą. Bo strzelano z tyłu, od strony punktu opatrunkowego.
Miał mało miejsca i żadnych planów. Tylko dlatego udało mi się chwycić go za nadgarstek, nim coś podcięło nam nogi i runęliśmy na dymiące pogorzelisko.
Potem już tylko odwlekałem zgubę. Gdzieś wybuchł granat, zastukał obco brzmiący karabin, pękł kolejny granat. Lesik nie strzelał i wiedziałem już, że nie strzeli, a Gabriela była za daleko. Leżałem pod dyszącym z wysiłku mężczyzną i starałem się zatrzymać powolny ruch jego prawej dłoni, milimetr po milimetrze przybliżającej ostrze do mego gardła. Był za ciężki i za silny. Musiałem przegrać.
Nagle zrobiło się cicho. Może nie wszędzie, ale tu, wokół nas. Jakby świat postanowił pożegnać mnie chwilą żałobnej ciszy. Nikt nie strzelał, nic nie wybuchało. Słyszałem tylko ni to charkot, ni jęk wysiłku, dochodzący z krtani leżącego na mnie mężczyzny. Też nie było mu łatwo. Dawał z siebie wszystko. Tyle że w jego przypadku to skutkowało.
Brakowało kilku centymetrów i kilku sekund, kiedy rozległo się niepozorne pyknięcie, a pochylone nade mną czoło rozbłysło maleńką plamką czerwieni. Naprawdę maleńką. Somalijczyk, jakby zdziwiony, podniósł rękę, chyba nawet zdążył dotknąć rany Dopiero potem, prawie całą sekundę po trafieniu, mięśnie zwiotczały i mój niedoszły zabójca zwalił mi się na twarz.
Zepchnąłem na bok podrygujące w agonii ciało i na czworakach, słaniając się z wyczerpania, zacząłem wyciągać z popiołu i ognia coś, co do niedawna było młodym, pełnym życia dwudziestolatkiem.
– To nie ja – powiedziała Gabriela. Siedziała na skrzynce po nabojach i napełniała magazynek, ale uwierzyłem jej natychmiast. Miała załzawione oczy, ręce jej drżały. Nie tak wyglądają snajperzy. – Nie było czym. Amunicja mi się skończyła.
– A kto? – właściwie nie bardzo mnie to obchodziło. Ale dobry był każdy temat, który nie ocierał się o szeregowego Juszczyka.
– Nie wiem. Chyba ktoś z tamtego okopu, od Olszana. Nie ja.
– Tak czy tak, dziękuję. Dobrze mnie osłaniałaś. Skinęła apatycznie głową. Odłożyła magazynek, podniosła pusty.
– Jest… – musiała odchrząknąć. – Jest szansa, że on…?
– Oficjalnie? Oficjalnie zawsze jest.
– To znaczy – powiedziała powoli – że już po nim, tak?
– W specjalistycznej klinice przeżyłby… no, może i tygodnie.
Usiadłem po turecku naprzeciw niej, starając się nie patrzeć w prawo, na dopalające się resztki stara cysterny. Strzelanina umilkła parę minut temu i teoretycznie nic nie powinno trzymać majora Lesika w okopconym okopie. Ale mógł tam być, więc nie patrzyłem na zachód.
– Co teraz będzie?
Pierwsze prawdziwie babskie pytanie, jakie od niej usłyszałem. Bezradne. Podbudowane wiarą, że mężczyzna wie lepiej, coś z tym zrobi.
– Morfina. Spróbuję poszukać dawców krwi, ale tak naprawdę to jedno się liczy.
– Ale… mamy morfinę? – Chyba dopiero teraz obudził się w niej lęk, który podgryzał mnie od wielu godzin.
– Każdy żołnierz nosi jedną dawkę w pakiecie z opatrunkiem osobistym. Teoria jest taka, że nim przestanie działać, ranny będzie w szpitalu. W najgorszym razie w śmigłowcu.
– Chcesz powiedzieć…? – wolała nie kończyć.
– Najpierw Świergocki, potem Lewandowski – policzyłem na palcach. – Wylatywaliśmy po jednego rannego. A poza tym nigdy nie mamy dużo przy sobie. Zdarzały się kradzieże, ginęły torby z lekami… No i lewe rozchody. Rekordzista poleciał wspomagać etiopską służbę zdrowia po ataku na Dese i w jeden wieczór przepuścił półtora tysiąca porcji. Nawet próbowali grzebać w tej sprawie, ale guzik mu udowodnili, a od waszych jeszcze medal dostał. No i zaczęło się dmuchanie na zimne. Z opatrunkami osobistymi też zresztą jest podobnie. Dużo narkomanów w szeregach, dużo śmigłowców do ewakuacji, małe straty. Więc zmniejszono i dawki. Mniejsza pokusa, a w razie czego, nawet jak medycy się spóźniają, koledzy z pododdziału dołożą swoje. Jeszcze się nie zdarzyło, by jakaś drużyna miała więcej niż dwóch rannych.
– Ile zostało? – Nie bardzo mnie słuchała.
– Zakładając, że nas do wieczora ewakuują albo coś zrzucą, dla Juszczyka wystarczy. Bez zabierania innym ich przydziałowych porcji.
– A Giełza i Świergocki? – Siedzieliśmy poza dawną granicą zasięgu siatki, dość daleko od okopu, nie powinni więc jej usłyszeć.
– Zależy. – Każdą inną zbyłbym stwierdzeniem, że nie jest źle, ale to nie była każda inna. – Jeżeli mamy nowych rannych…
– Będą cierpieć… Z mojej winy.
Musiałem trochę pomyśleć nad komentarzem.
– Powód a wina to dwa różne pojęcia – mruknąłem. – Jesteś przyczyną, owszem. Polacy byli przyczyną drugiej wojny światowej. Ale to nie nas sądzili w Norymberdze.
– Chyba powinnam do niego wrócić. – Napełniła amunicją, co mogła, i od razu zaczęły się problemy z rękami. Objęła nimi kolana, dało to jednak tyle, że dygotały jej teraz wszystkie cztery kończyny.
– Zabije cię – powiedziałem spokojnie.
– Może. A może nie. Nie znasz go.
– A ty go znasz?
– Teraz trochę lepiej – zdobyła się na blady uśmiech. – To właściwie proste: weź stereotyp Araba z wyższych sfer, i już.
– Stereotypowy szejk nie daruje zniewagi czemuś tak gównianemu jak kobieta.
– Miły jesteś.
– Streszczam stereotypy. Źle?
– Dobrze. – Pośliniła brudny od smaru kciuk, przetarła krwawą pręgę na udzie. Kurz zasuszał ranę, ale każda zmiana położenia nogi owocowała paroma czerwonymi kropelkami. – Ale kogoś o tyle gorszego od siebie szanujący się mężczyzna nie musi zabijać. Wystarczy ukarać, upokorzyć i podporządkować sobie. Zabicie kobiety to poniekąd przyznanie się do własnej bezsilności.
– Nie licz na to. Zabiłaś albo próbowałaś zabić jego matkę. Uciekłaś do niewiernych. Zginęło wielu dobrych muzułmanów. Nie wspomnę o finansowych kosztach tej wojenki. Bekniesz za to, i to mocno.
– Najwyżej obetnie mi ten durny łeb – rzuciła mi wyzywające spojrzenie. – A jeśli tu zostanę, zginie wielu ludzi. Po obu stronach.
– Ktoś tu niedawno błagał, by nie oddawać go żywcem. – Odwróciła twarz. – Przestań filozofować i zejdź na ziemię. Widziałaś, co zrobili z Giełzą. A to dla nich obcy, nic nieznaczący facet. W dodatku potrzebowali go żywego, musieli się hamować. W twoim przypadku nie będą musieli. I jeszcze coś: przerabianie na ochłapy pięknej kobiety jest przyjemniejsze.
Nie zdobyła się na odpowiedź. Chyba nawet nie dotarło do niej, że właśnie nazwałem ją piękną. A zaraz potem w wąwozie zaczął się ruch.
Na początek dwóch ledwie żywych ze zmęczenia żołnierzy przytaszczyło trzeciego. Zaraz po zrzuceniu pierwszych bomb otrzymał postrzał w nadgarstek; zdołał opatrzyć ranę i nawet postrzelać przez następne kilkanaście minut, ale w końcu utrata krwi i efekty wstrząsu wygrały z adrenaliną. Zaaplikowałem mu ćwierć litra krwi z porcji przeznaczonej jeszcze dla Urbańskiego, jego własną morfinę oraz trochę wody do oczyszczenia rany. Odłamków kości chwilowo nie usuwałem: zabrakło czasu.
Olszan, podpierany przez dużo bardziej przejętą panią redaktor, przyszedł na własnych nogach, choć ktoś mocno spóźnił się z opatrunkiem i strumień krwi dotarł od dziury w barku aż pod lewe kolano.