Выбрать главу

Zaraz potem koledzy przynieśli chłopaka, któremu granat wybuchł tuż przed wychyloną z okopu twarzą. Stracił prawe oko i trzy zęby, a w czole, nosie, policzkach i szyi miał w sumie dziewiętnaście kawałków metalu i kamienia, co dostarczyło mi zajęcia na dobre pół godziny. W przerwach kierowałem zespołem Gabriela-Agnieszka, opatrującym Olszana, oraz reanimowałem żołnierza z postrzałem klatki piersiowej, który jednak zmarł. Ten z poszatkowaną twarzą też nie rokował dobrze: dwa odłamki tkwiły mu pod skorupą czaszki. Nie próbowałem się do nich dobierać. Morfina, środki uspokajające, bandaż. Wszystko.

Potem było lżej. Zamiast Joli pojawił się wprawdzie szeregowy z niewyraźną miną i informacją że „ta pani nie może przyjść”, ale przynajmniej pomagałem ludziom, którym nie zagrażała śmierć.

Szewczyk, kierowca beerdeema, miał złamaną piszczel i potężnego guza: dwa trafienia jedną kulą, która przebiła pancerz i tak dowcipnie zrykoszetowała. Ktoś stracił palec, Zanetti dał sobie odstrzelić kawałek ucha, a Andrusiakowi ktoś lub coś złamało ząb, kalecząc policzek. Drobiazgi; żaden nawet nie próbował układać się pod przeznaczoną dla rannych wiatą. Nawet żołnierz, któremu zderzenie kuli peemu z kamizelką złamało żebro, wolał wynieść się z powrotem do własnego okopu, byle dalej od smrodu spalonej ropy i widoku ludzkiego cierpienia.

Filipiak i nadciągający z przeciwnego kierunku Wołynow zjawili się, gdy szyłem kolano Hanusika.

– Znajdzie pan chwilę? – Pomijając szramy na hełmie i kamizelce, porucznik wyglądał na całego. Na szczęśliwego już nie.

– Trudno będzie. – Odciąłem igłę, sięgnąłem po bandaż. – Mam rannych, a nie mogę doczekać się siostry Joli, więc będę musiał…

– Ja właśnie o tym.

Wskazałem mu skrzynkę, nasze nowe krzesło. Zerknął na Wołynowa.

– Majorze, mógłby zostawić nas pan na chwilę?

Kazach skinął głową i z miną pokerzysty odszedł za sanitarkę, gdzie Olszan gawędził z paniami.

– Nadal tu jest – uśmiechnąłem się lekko. – I dziewczyna też. Twardzi z nich szpiedzy. Ja bym zwiał.

– To niczego nie dowodzi.

– Ciągle ich pan podejrzewa? To cud, że oboje przeżyli. Nie wiem, co porabiał major, ale tu było gorąco. A ona się zdrowo nastrzelała.

– Nie o tym chciałem mówić.

– No tak. Słucham.

Jak na osobę dopominającą się o zmianę tematu, zwlekał całe wieki. Widać było, że wolałby być gdzie indziej i rozmawiać z kimś innym.

– Juszczyk nie powinien umrzeć – wypalił wreszcie.

– Co?

– Mówię, że Juszczyk nie powinien…

– Słyszę. – Przyglądałem mu się z niedowierzaniem. – Tylko nie bardzo rozumiem, w czym rzecz.

– Był u mnie kapelan. Żądał, bym z panem pomówił. No tak. Lesik. Że też udało mi się wymazać go z pamięci.

– Co konkretnie powiedział? – zapytałem bez zapału.

– Że trafił pan tu prosto z aresztu. I dlaczego pana wsadzili.

Chyba nadal miał nadzieję, że zrobię wielkie, zdumione oczy.

– To żadna tajemnica. Nie chwalę się tym, ale to nie znaczy…

– Do tej pory to nie była moja sprawa – przerwał mi łagodnie, lecz stanowczo. – Ale teraz muszę coś z tym zrobić. Odpowiadam za życie moich żołnierzy. Nie mogę zignorować tego, co mówi major Lesik.

– Major Lesik mówi, że w niebie żyją anioły, a dziewice rodzą dzieci chodzące po wodzie.

– Co to miało znaczyć? – Najeżył się, ale nie aż tak, jak można by oczekiwać od osobnika chodzącego z krzyżykiem na szyi.

– Tylko tyle, że niektóre stanowcze twierdzenia majora cholernie trudno byłoby udowodnić.

– Zastrzelił pan bezbronnego człowieka.

– I jaki stąd wniosek?

Był zaskoczony takim stawianiem sprawy. Zarzut morderstwa spotyka się raczej z gwałtownymi zaprzeczeniami, nie postulatem o wnioski.

– Naprawdę strzelił pan w głowę jakiemuś tubylcowi?

– Naprawdę.

Przyjmował to do wiadomości jakiś czas, a ja dopiero teraz, trochę za późno, spostrzegłem stojącą z boku Gabrielę. Nie byłem pewien, ile usłyszała. Ale oczy miała wyjątkowo szeroko otwarte.

– Skończmy może – westchnąłem, lekkim skinieniem głowy wskazując dziewczynę. – Czego pan oczekuje?

– Chciałem pana po prostu ostrzec. Jeśli, nie daj Boże, Juszczyk umrze, Lesik oskarży pana o spowodowanie jego śmierci. Już teraz zażądał, byśmy pod żadnym pozorem nie porzucili gdzieś zwłok. I jeszcze coś – dorzucił wyraźnie zakłopotany. – Sugerował, że nie byłby pan zmartwiony, gdyby coś mu się przytrafiło. Chce, bym skonfiskował pańską broń i nie pozwolił brać do ręki żadnej innej.

Nie miałem odwagi patrzeć w górę i sprawdzać, czy twarz Gabrieli jest równie nieruchoma i twarda jak jej gołe kolana.

– Szkoda, że tak późno – rzuciłem przez zęby. – Mógł pan przyjść godzinę temu. Oddałbym broń i grzecznie poległ, osłaniając rannych gołą piersią. Jak na lekarza przystało.

– To zły czas na żarty – mruknął.

– Skalpele też mam oddać?

– Umówmy się, że zostanie pan przy swoim pistolecie. Dookoła wala się teraz mnóstwo broni, a ja nie chciałbym, by zobaczono pana z czym innym niż służbowy wist. W porządku?

Skinąłem głową. Dźwignął się ze skrzynki, ale zamiast odejść, popatrzył na Gabrielę.

– Nie wspomniała pani, że narzeczony ma prywatne lotnictwo.

– Jak się okazuje – uśmiechnęła się blado – słabo go znam.

– Mało nas nie wykończyli. Nie spodziewałem się nalotu.

– Wiem.

– I co jeszcze pani wie? – zapytał na pozór łagodnie.

– Jest tu kimś. Mówiłam, ale nie słuchaliście.

– Rozumiem. I ta rzeź – zatoczył krąg dłonią – to nasza wina?

– Nie powiedziałam… – utknęła.

– Strzelała pani?

– Co znowu? – wyręczyłem dziewczynę.

– Jeden z żołnierzy twierdzi, że omal go pani nie zastrzeliła.

Przez chwilę miałem w gardle wielką, zimną kulę. Przypomniałem sobie uchwycony kątem oka widok padającej wśród dymu ludzkiej sylwetki. Seria dosłownie rzuciła nią o ziemię, nie było w tym odrobiny przypadku. Gabriela wiedziała, do kogo…

I nagle ulga. Tak ogromna, że aż budząca strach, bo przecież oskarżano obcego człowieka, nie mnie. Ciągle starałem się tak o niej myśleć – jako o obcym człowieku.

– Czy ten skarżypyta nie uciekał aby przez wąwóz – zapytałem z krzywym uśmiechem. – Bo jeśli tak, chyba go kojarzę.

– Nie strzelałam do naszych – rzuciła przez zęby.

– Po co miałby kłamać? – Nie powątpiewał, naprawdę pytał.

– Spanikował – powiedziałem. – Strzelił do nas. A z oskarżeniami jest jak z pojedynkami rewolwerowców: kto pierwszy, ten z reguły lepszy. Może się bał, że go podkablujemy. Teraz ma pan dwie wersje i nie wie, komu wierzyć. Poza tym widziałem, jak sobie radzi z karabinem – skinąłem głową, wskazując dziewczynę. – Córka szefa strzelnicy się nie umywa.

– Tata… ojciec mnie nauczył – mruknęła zakłopotana. – Pracował w Erytrei, tam od zawsze była wojna…

Zastanawiał się przez dłuższą chwilę. Jak dla mnie – za długo.

– Myślicie, że to był wypadek? – Nie zmarnował tego czasu: udało mu się mnie zaskoczyć. – Pośpiech, nerwy czy może…?

Jezu. Tego tylko brakowało.

– Nnnie wiem – zająknęła się Gabriela. Sugestia i nią wstrząsnęła. – To tak szybko… Ale dlaczego pan myśli, że ktoś mógłby…?

Nie spieszył się z odpowiedzią. Pewnie sama zdążyła się domyślić.

– Teoretycznie – mocno podkreślił to słowo – ktoś może wpaść na pomysł, że jeśli pani zginie, skończą się nasze kłopoty. – Zrobił przerwę, dając jej czas na przemyślenia. – Chciałbym, by trzymała się pani blisko doktora. Cały czas, bez żadnych wyjątków. Dla własnego bezpieczeństwa, a mojego spokoju.