– Nadal ją pan podejrzewa – pokiwałem głową.
– Wie pan, czym się różni grom od strzały?
– Nie rozumiem…
– Leci dalej, szybciej, trudno ją zmylić flarami. A teraz krótki komentarz Morawskiego na temat miga-17: to szturmowiec, nie bombowiec. Nie nadaje się do zrzucania bomb z pułapu kilku kilometrów. Te nasze rzucały.
– I co z tego wynika?
– Mocno ryzykowali, wybierając taką metodę. Nawiasem mówiąc, drugie podejście wyszło im fatalnie, choć oślepili nas i mogli zejść niżej. Zeszli i spudłowali o ćwierć kilometra. Co dowodzi, że sposób jest fatalny. Szturmowiec ma latać nisko i strzelać do przodu.
– Nie wiem, do czego pan zmierza.
– Rozmawiałem z Bodnarem. Mówi, że pierwszy raz przeszli trochę powyżej zasięgu groma. Drugi raz ciut wyżej i dalej niż strzela armata. Przy czym teoretycznie mogli oberwać wtedy rakietą. A mimo to nie próbowali rzucać flar. Wie pan, dlaczego?
– Umieram z ciekawości. Przez dym?
– Brawo. W jakiś sposób zgadli, że mamy groma, nie strzałę, pułapki termiczne guzik im dadzą, a lecieć powinni wyżej. I że jak już oślepią operatora wyrzutni, nadal muszą uważać na armatę. Zanim pan coś powie, krótka informacja: mamy w brygadzie prawdziwy bigos, jeśli idzie o sprzęt. Z rakiet są strzały i gromy. Z celownikami nocnymi i bez. Podobnie z działkami: jedne mają nowoczesny celownik tachometryczny, inne nie; jedne widzą w nocy i przez dym, inne ani trochę. W dodatku nie istnieje stały etat. Jadąc na patrol bierze się za każdym razem inny zestaw. Gdyby mi pan dał lornetkę i pozwolił pooglądać jakiś pluton z mojej własnej kompanii, też miałbym zgryz z zaplanowaniem bezpiecznego nalotu. A co robią te orły Sabaha? Przeprowadzają optymalny atak: sto procent bezpieczeństwa przy możliwie dużej skuteczności. Jakimś cudem wiedzą, który typ rakiety wystrzelimy i że dym nie załatwi działka. Mam chyba prawo wyczuwać smród?
– Mogli po prostu założyć, że ma pan to, co najlepsze.
– Armata jest najlepsza – przyznał. – Tyle że i jedyna w swoim rodzaju. Ma tachometr i kamerę termiczną. Tachometr jest potrzebny, by trafić w samolot. Przy strzelaniach naziemnych guzik daje. Kamera pozwala widzieć w nocy. Nie ma sensu łączyć jednego z drugim. Armata służy do niszczenia celów latających nisko, a tu nikt nie lata nisko po ciemku. Nie ten poziom techniki. Owszem, mamy parę działek z termowizorami, tyle że na tych nikt nie zakładał tachometrów. Służą do obrony baz i konwojów, także nocą i w przypadku zadymienia.
– No i? – Trochę się pogubiłem w jego argumentacji.
– To mały cud, że dostaliśmy taki zestaw. Sabah nie miał prawa się go spodziewać. Za to powinien się spodziewać groma z nocnym celownikiem. Którego z kolei nie uwzględnił w planie nalotu. Mieliśmy dostać właśnie taki. Celownik się popsuł, więc jakiś mądrala dał nam uniwersalną armatę. Jednorazowa prowizorka. Tak to wygląda.
Odwrócił się i odszedł, pozostawiając mnie ze świadomością, że nie wygląda to dobrze.
Wóz wyglądał żałośnie. Spod rozdartej, w połowie spalonej siatki widać było poobtłukiwaną dziesiątkami ciosów biel oenzetowskiego malowania, a spod niej z kolei zieleń pierwotnego kamuflażu i przygnębiająco wiele kraterów gołej stali. Z reflektorów pozostały strzępy blachy, falochron przypominał sito, antenę odstrzelono, a wgnieciony w środku właz dowódcy poczerniał. Lewa gąsienica ciągnęła się długą wstęgą za pojazdem, a on sam stał w śmierdzącym błocie z piasku, popiołu i smaru.
– Gorąco wam tu było – pokiwałem głową. – Jest na chodzie?
– Pojedzie. – Kierowca Hanusika ominął zapiaszczony strzęp ciała, duży, ale zbyt brutalnie potraktowany pociskiem, by dało się go zidentyfikować. – Nie wiem tylko, jak daleko. Pomacało nas i po silniku, i po przekładniach. Aż dziw, że nikomu się nie dostało. Pewnie dlatego, że mało nas było w środku. Tylko my z celowniczym i siostra.
Bewup nagrzał się jak piekarnik, ale Jola wciąż tam tkwiła. Zrozumiałem, co skłoniło kierowcę do porzucenia wciąż niesprawnego wozu i szukania mojej pomocy. Z kimś, kto dobrowolnie piekł się w tej blaszance, musiało być coś nie w porządku.
– Gorąco tu – rzuciłem łagodnie w wypełniający wnętrze półmrok. Wszystkie włazy i otwory strzelnicze były zamknięte. – Przyjemniej byłoby na zewnątrz. Już nie strzelają.
Żadnej reakcji. Siedziała w najdalszym kącie. Na podłodze.
– Pani Jolu?
Nadal nic. Ruszyłem na czworakach po ławce. Dopiero teraz uniosła spojrzenie. A ja poczułem coś więcej niż odór gorącego smaru.
– Nie. – To nie był anemiczny protest; raczej ostrzeżenie.
– Nie może pani tu zostać – wyciągnąłem ostrożnie dłoń.
– Nigdzie nie pójdę – rzuciła przez zaciśnięte gardło.
– Potrzebuję pani pomocy. Mamy wielu rannych. – Czekałem jakiś czas. Bez rezultatu. Chociaż nie: coś mi przyszło do głowy. Pomachałem dłonią jak ktoś, kto rozpędza dym. – O to chodzi? Nie ma się czego wstydzić. Ja sam o mały włos… Załatwimy to dyskretnie, nikt się nie dowie. To w tym problem? Pani Jolu?
Chyba trafiłem kulą w płot. Względnie nie doceniłem głębi jej odczuć. Nie należała do ekstraklasy, ale musiała uchodzić za ładną dziewczynę, a te nie doznają w życiu wielu upokorzeń. Mogła nie być dostatecznie zahartowana. Wziąłem to pod uwagę i wycofałem się.
Minąłem punkt opatrunkowy, ale nie doszedłem do następnego w kolejności okopu, wyznaczonego na stanowisko dowodzenia. Siedzący na jego obrzeżu Zanetti pokazał gestem, bym dołączył do zebranych w środku osób, zmieniłem więc zamiar, pokazałem Włochowi koszykarską prośbę o czas i skręciłem ku sanitarce.
– Gapa, można na chwilę?
Odłożyła łopatkę, za pomocą której przedłużała nasz okop, wytarła dłonie o szorty, podeszła. Z uśmiechu przeznaczonego dla rannych zostało całkiem sporo, ale w jej oczach doszukałem się ostrożności. Ostatnio każda nowina okazywała się tą złą. Ciut późno przyszło mi do głowy, że potwierdzę tę regułę. To dlatego zacząłem nie tak, jak zamierzałem.
– Eee… nie podoba mi się twoja noga. – Wyglądało na to, że opatrywanie uda zakończyła na pocieraniu poślinionym palcem. Brunatne zacieki sięgały aż pod kolano, też zresztą podrapane.
– Obie są trochę krzywe. – Uśmiech uniósł tylko jeden kącik spękanych ust, ale to wystarczyło, bym zyskał pewność, iż nie ma kompleksów związanych z kończynami dolnymi. – Przykro mi.
– To znaczy… ta rana. – Całkiem nie wyszedł mi ten początek, więc szybko przeszedłem do rzeczy. – Mniejsza z tym. Masz czyste majtki?
Spojrzała w dół – z lekkim skłonem – po czym z zimnym okrucieństwem dobiła mnie, bez pośpiechu marszcząc trzykrotnie nos, co miało symbolizować uważne wąchanie. Czułem, że się czerwienię.
– Nie umówiłabym się ze sobą na randkę, jeśli o to pytasz.
Gdyby była biała, jej skóra świeciłaby teraz wyraźnym różem. Przy czym nie byłby to rachunek wystawiony za język szybszy od myśli. Nie poniosło jej: powiedziała, co chciała, godząc się z konsekwencjami.
Chociaż raczej nie przewidziała, że tak mnie zatka. Stałem, patrzyłem na nią i nie potrafiłem wykrztusić słowa.
– Przepraszam. – Spoważniała, może nawet trochę się wystraszyła. – Nie gniewaj się. To… nerwowa reakcja na stres.
W końcu jej się udało: zacząłem się śmiać. Zaskoczyło ją to. Trochę potrwało, nim dołączyła do mnie. I nagle zrobiło się przyjemnie.
– Przede wszystkim myśli masz brudne. – Napięcie gdzieś znikło, mogłem jej to powiedzieć ot tak, po prostu. – Chodzi mi o zapasowe. Majtki – dodałem. – Chciałbym pożyczyć, jeśli można.