Poszerzyła uśmiech, choć przedtem wydawało się to niemożliwe.
– Dalej mam brudne myśli. Aż się boję pytać, jak je wykorzystasz.
– Zaszyję ci tę nogę – obiecałem. – Tępą igłą na żywca.
– No przecież nie pytam.
– Nie chcę cię rozczarowywać, ale to nie dla mnie. Joli puściły… no wiesz: nerwy. Jeśli jesteś do szpiku kości szlachetna, to idź do Hanusików i ją poratuj. A jak nie do szpiku, to poślij Wielogórską. Ale załatw to, dobrze?
– Rozkaz – stuknęła żartobliwie piętami.
Powlokłem się do okopu dowódcy. Czułem, że następna wymiana zdań nie będzie tak miła. Widok Agnieszki pośród zebranych nie zmienił tego.
– No to mamy komplet. – Morawski przesunął się na swojej skrzynce po amunicji, robiąc mi miejsce. – Melduj porucznikowi, co i jak.
– Co konkretnie chce pan wiedzieć? – Miałem świadomość, iż wyraz mojej twarzy skutecznie zastąpi połowę raportu.
– Nie chcę być uznany za wyjątkowego skurwysyna – zerknął na Olszana, co nasunęło mi podejrzenie, że zaczęli beze mnie. – Ale to kwestia życia i śmierci, więc zapytam. Czy Giełza może być na chodzie?
– Głowa czy nogi? – Nie oburzyłem się: to nie był szpital, tylko pole kiepsko idącej bitwy.
– Trzeba uruchomić krótkofalówkę. Następny nalot może załatwić nas na amen. I czuję, że Sabah nie powiedział ostatniego słowa.
– Podali mu morfinę. Uniknął szoku.
– Jak to? – Agnieszka, nieodłączna już chyba towarzyszka Olszana, przestała miętosić jego dłoń. – Zrobili to ze znieczuleniem?
Podzielałem jej oburzenie, choć nie potrafiłbym szybko i składnie go uzasadnić.
– Mogę podać mu łagodniejsze środki przeciwbólowe. Nie utracił wiele krwi, o to też zadbali. Fizycznie jest w niezłym stanie. Ale co do reszty… – pokręciłem sceptycznie głową.
– Dajcie chłopakowi spokój – rzucił Olszan słabym głosem. Też aż się prosił o trochę spokoju. Kula ładnie przeszła przez bark, ale ludzie różnie reagują na obrażenia. Jemu postrzały nie służyły.
– To musi być jakiś drobiazg. – W głosie Filipiaka wyczułem podszytą gniewem bezsilność dyletanta. – Oglądałem to radio. Wygląda na nietknięte. Może styki?
– Jak się psuje telewizor, też nie widać przestrzelin – pouczył go Olszan. – Spokojnie, sam dojdę, co jest nie tak.
– Co dwie głowy, to nie jedna – zauważył Ciołkosz.
– Jego samego trzeba pilnować – westchnąłem. – Wątpię, czy jest w stanie roztrząsać problemy techniczne. Zastanawia się teraz, kim właściwie jest. Albo czym.
– Nie jest pan specjalnie subtelny – mruknęła Agnieszka.
– Może sobie coś zrobić? – zapytał rzeczowo Filipiak.
– Ja bym zrobił. – Nie stać mnie było na patrzenie komukolwiek w twarz, ale był moim pacjentem i miałem obowiązek ratowania mu życia. Choćby i kosztem składania takich deklaracji.
– Da mu pan, co uzna za stosowne – zdecydował porucznik – i przyśle na radiostację. Pan Olszan będzie drugi, kapelan trzeci. Nikogo więcej nie chcę tam widzieć. Czy to jasne?
Patrzył na redaktor Wielogórską. Zbyt jawnie, by to przełknęła.
– Niby dlaczego?
– Nie jest pani specjalnie subtelna – zrewanżowałem się. – Trudno mu się będzie pozbierać, jeśli tuż obok usiądzie młoda kobieta.
Zamknąłem jej usta.
– A co z drugimi? – zapytał Wołynow kulawą polszczyzną. Zdobył gdzieś kamizelkę i pozbył się bluzy, zostając w marynarskim pasiaku.
– Rannymi? – westchnąłem. – Juszczyk ma rozległe poparzenia. Jeśli zostaniemy do wieczora, razem z tym drugim, Wenclorzem, zużyją cały zapas wolnych leków.
– Co znaczy: wolnych? – zapytał lekko roztargniony Morawski. Po nalocie awansował na nieformalnego doradcę Filipiaka do spraw lotnictwa i chyba miał się czym gryźć. Migi mogły powrócić.
– Tak naprawdę liczą się środki uśmierzające. Mógłbym pozbierać te z indywidualnych opatrunków, tylko że…
– Nie wchodzi w grę – zdecydował Filipiak. – Morale leży i tak.
Rozumiałem go. W razie następnego ataku ranni mogli bardzo długo czekać na ewakuację. Może nawet godziny. Bez morfiny byłyby to godziny spędzone w piekle i żołnierze dobrze o tym wiedzieli.
– Trzeba poszerzyć front. – Wołynow przeszedł na angielski.
– Żartuje pan – parsknął Filipiak.
– Tylko wysunięte na skrzydła karabiny maszynowe zatrzymały poprzedni atak. Drugi taki… i po nas.
– Nie tym razem. Mamy na górze radar, a zaraz będziemy mieli zenitówkę z termowizorem i czołg. A poza tym… – zawiesił z premedytacją głos.
– Tak? – Wołynow nie skorzystał z danej mu szansy.
– Ten rozciągnięty szyk drogo nas kosztował. Dałem się panu przekonać i przeszli przez nas jak przez masło.
– Ponieśli duże straty.
– My też. Proporcjonalnie pewnie większe. Cud, że nie straciliśmy żadnego z wozów bojowych.
– Cud to złe słowo. Partyzanci prawie nie mieli granatników. To znaczy: ci, którzy pobiegli do ataku.
– Do czego pan zmierza?
– Mówię tylko, że nie było cudu. Albo brakuje im broni przeciwpancernej, albo Sabah zostawił ją na lepszą okazję. Tak czy inaczej nie wolno dopuszczać ich drugi raz tak blisko.
– Zgadza się. Dlatego nie będziemy rozpraszać sił.
– Musimy. Mniejsza już o samochody, ale jedna celna bomba oślepi wszystkich, jeśli wpakuje pan cały pluton do jednego wspólnego okopu.
– To się akurat zrobiło łatwe – rzucił Filipiak z mieszaniną goryczy i rozdrażnienia. – Zostało mi, licząc z sierżantem, dwudziestu trzech sprawnych ludzi. Odliczając załogi wozów: czternastu. Wie pan, jakiego odcinka powinno bronić czternastu żołnierzy?
– Niech pan zapomni o normach. Musimy mieć szeroki front. Strzelać ze skrzydeł, by nie weszli w dym.
– Wozy ich zatrzymają – powiedział Filipiak. – Dopóki są na górze, nikt tu nie podjedzie. Z dymem czy bez. Widział pan: wydostały się z wąwozu i było po bitwie.
Wołynow spasował. Ale mieliśmy jeszcze jednego majora.
– Na wszelki wypadek wykopałbym po dodatkowym stanowisku na skrzydłach – powiedział Morawski. – Póki cicho.
– Dobra robota – pochwaliłem bez przekonania Gabrielę. Zsunąłem stetoskop i jeszcze raz sprawdziłem dozownik kroplówki. Dekstran w roztworze soli spływał ku igle, wbitej w przedramię Juszczyka. Rurka była długa, nie powinno jej zaszkodzić obracanie chłopaka. Dojrzewałem do decyzji, by to zrobić i obejrzeć spustoszenia, jakich dokonałem.
Musiałem ułożyć go na wznak. Trudno reanimować pacjenta, leżącego twarzą w dół.
– Niedobrze mi – powiedziała cicho dziewczyna. Klęczała w dole posłania i podtrzymywała w powietrzu nagie biodra Juszczyka. Kamizelka z kevlaru uchroniła część pleców, ale nogi i pośladki wyglądały przed nałożeniem barwnika jak zdjęte z rożna. Po jego nałożeniu wyglądały gorzej. Kazałem Gabrieli robić wszystko, by nie rozbabrać tej upiornej brei – i robiła. Tyle że oznaczało to przeniesienie ciężaru ciała na mniej uszkodzone miejsca, a tych od pasa w dół prawie nie było.
Przez wiele minut nadwerężała grzbiet i mięśnie, ściskając z boków miednicę chłopaka i nie znajdując w sobie dość bezwzględności, by na dłużej niż parę sekund wspomagać się kolanem, wpychanym pod upieczony pośladek. Poprawiała szybko chwyt i cofała nogę. Naprawdę wykonała kawał dobrej roboty, ale nie było mnie stać na szczere gratulacje. Gdyby przywołała mnie odrobinę później…
– Nie krępuj się – mruknąłem. – Byle nie na niego. Choć to i tak…