Выбрать главу

Nie widziałem jej twarzy. Drżała z wysiłku, nie dała rady trzymać głowy w górze. Jeszcze minuta, a czołem zetknie się z tym, co budziło jej mdłości. Z popękanym, krwistobrązowym członkiem.

– Odwracamy go. Ostrożnie.

Pomogła mi, ale zaraz potem padła na wznak i już sam musiałem profilować legowisko. Z przodu nie był poparzony aż tak bardzo, ale bez morfiny i tych obrażeń wystarczyłoby, by wył z bólu.

– Wolałbyś, żeby umarł?

Udałem, że nie słyszę. Kawałek po kawałku odrywałem gazę od półpłynnej skorupy na pośladkach. Było lepiej, niż myślałem. Poharatała mu paznokciami głównie zdrowe kawałki skóry. Inna sprawa, że prawie nie było tu bąbli: niemal wyłącznie zwęglona skorupa.

– Możesz już iść – powiedziałem, nie patrząc w stronę Gabrieli. Usiadła, ale pozostała pod brezentową wiatą, będącą oddziałem poparzeń mojego szpitala. Umieściłem Juszczyka osobno. Nawet zdrowi nie powinni go oglądać.

– Chcesz, żebym sobie poszła?

Miała szarą, znękaną twarz, z której nie ocierała potu. Zabroniłem jej: nie stać nas było na powtórne mycie rąk.

Na górze zaterkotał karabin maszynowy. Podarowano nam krótką przerwę, która chyba właśnie dobiegała końca.

– Mogę o coś zapytać? – Zniżyła głos. Ranni powiększali okop, hałasowali, ale nie byli daleko. Kiwnąłem głową. – Jak zaniosłam Joli ubranie, próbowałam namówić ją, by tu przyszła. Prawie w ogóle się do mnie nie odzywała, ale… Może źle ją zrozumiałam. Rozkleiła się.

– Co ci powiedziała? – zapytałem miękko.

– Coś w tym guście, że po co go ratować, jeśli jest taki poparzony, bo ty i tak go…

Utknęła. Chyba nawet przegapiła pierwszą basową eksplozję. Męczyła się. Inaczej niż podczas reanimacji Juszczyka, ale też mocno.

– Cztery dni temu objeżdżaliśmy podstołeczne placówki UNIFE, a przy okazji etiopskie wioski. Badania profilaktyczne i takie tam. Autobus dla urlopowiczów, sanitarka, dwa wozy ochrony. No i śmigłowiec. Asekurował nas Mi-24. Wracaliśmy już, kiedy napatoczył się etiopski patrol policyjny. Dostali wiadomość, że w jednej wiosce doszło do potyczki przy rozdziale żywności. Podobno z udziałem białych cywilów, może dziennikarzy, a może ludzi od pomocy humanitarnej… diabli wiedzą. W każdym razie było trochę rannych, a lokalna milicja przywróciła spokój, więc pojechaliśmy tam w trzy wozy: sanitarka, pancerka z trzema brazylijskimi żołnierzami, no i Lesik.

– Lesik?

– Za coś przecież bierze pensję. Był wkurzony, bo przydybał na placówce karton z pornosami, a dowodzący kapral na propozycję spalenia tych świństw zaproponował mu pocałowanie się w dupę. Kontrakt mu się kończy – wyjaśniłem, widząc uniesione brwi Gabrieli. – Ja też coś tam mruczałem o wolności prasy i sumienia… Nieważne. I bez tego… Nigdy za sobą nie przepadaliśmy. Kompletna rozbieżność światopoglądów. No więc dojechaliśmy do tej wsi. Europejczyków już nie było: zdążyli zwiać. Opatrzyłem parę skaleczeń; jedyny poległy zabił się, spadając z dachu. Mieli garnizon, a ci tak zwani partyzanci przyszli po mąkę z maczetami i paroma strzelbami. Zresztą tacy z nich partyzanci, jak ze mnie… Po prostu ludzie z pobliskiej wsi. Ta nasza przechwytywała dostawy pomocy humanitarnej, bo leżała bliżej drogi, więc w końcu sąsiadom puściły nerwy.

Zrobiłem sobie przerwę. W oddali huknął następny granat. Artylerzyści Sabaha rozkręcali się wyjątkowo powoli.

– Po ludziach z pomocy humanitarnej została ciężarówka. Stary trup; pewnie po prostu nie chciał zapalić, więc go zostawili. Komendant milicji postanowił ją poświęcić dla utrwalenia porządku. Kazał zdjąć opony, wpakował w każdą trzech wziętych do niewoli szabrowników…

– Trzech? – Chwyciła się pierwszego lepszego słowa. W oczach miała już mrok i byłem pewien, że domyśla się dalszego ciągu. Chyba żałowała, że w ogóle zaczęła tę rozmowę.

– Akurat się mieścili. W tamtych stronach nie ma grubych ludzi. Wolne miejsca poupychali słomą, na to wszystko trochę benzyny i zapałka. Kiedy wjechaliśmy, dopalała się ostatnia trójka. Tak że prawie mieliśmy szczęście. Prawie, bo został jeden z grubsza siedemnastolatek, podobno dowódca. Nie mógł stać, miał przestrzelone podudzie. Podparli go z kilku stron kijami, jak tamtych przed nim. Podobno egzekucja jest spartolona, jeśli ofiara za szybko upadnie, więc paru mężczyzn otacza skazańca z żerdziami i…

– Proszę cię…

Nozdrza mieliśmy pełne zapachu przypalonego mięsa. Tu i teraz jej prośba miała swą wagę.

– Przepraszam. No więc próbowałem to powstrzymać. Ale tam było pół tysiąca ludzi, połowa z jakimś żelastwem, a wszyscy głodni i wściekli. Etiopscy gliniarze od razu się zmyli. Posłałem Lesika do samochodu, do radiostacji. Miał wezwać śmigłowiec. Gdyby zjawił się nasz Mi-24, nikt by mi nie podskoczył. Mogliśmy zdążyć. Tyle że ten palant nie dotarł do radia. Potem mówił, że tłum go zatrzymał. Nie wiem. Wiem, że nie próbował strzelać w powietrze, nie wrócił, nie powiedział. Myślałem, że lada chwila… Czekaliśmy. Ja się darłem, Brazylijczycy stali z palcami w zawleczkach granatów i myśleli tylko o tym, by w razie czego nie dać się wziąć żywcem. Naoglądali się tu niejednego, trudno mieć żal… Zresztą to oni mnie wyciągnęli z tłumu… potem.

– Kiedy… – musiała odchrząknąć – kiedy to zrobiłeś?

– Kiedy zastrzeliłem tego chłopaka? – Musiałem nazwać rzecz po imieniu. – A ty? Długo byś czekała?

– Ja… nie jestem lekarzem. – To chyba nie był wykręt, tylko przypomnienie, że coś nas różni.

– Ale człowiekiem jesteś, prawda? No to powiedz, ile twoim zdaniem powinien czekać człowiek? Aż tamten przestanie wyć? Do wypalenia włosów? Oczu? Strzelić, jak się zlitują i pozwolą mu upaść? Kiedy się przestanie ruszać? Gdzie przebiega ta granica człowieczeństwa? A może w ogóle nie wolno…

– Zamknij się! – krzyknęła. Zaskoczyła mnie. Oczywiście zamknąłem się natychmiast. – Kiedy strzeliłeś?

– Jak go podpalali. – Wyczułem, że żąda krótkich odpowiedzi. – Może ułamek sekundy przed, może po. Nie jestem pewien.

– Dobrze zrobiłeś.

Tak po prostu: „Dobrze zrobiłeś”; koniec, kropka.

Czekałem na więcej.

– Strzelają. – Odległy grzmot podkreślił słuszność jej uwagi. – Nie mamy nic ważniejszego do roboty?

Pomyślałem, że mogą nas niedługo zabić. I że nie jest takie ważne, czy umrze z pytaniem, którego nie odważyła się zadać, a na które ja sam, bez wyraźnej zachęty, nie miałem odwagi odpowiedzieć. Czy może z pytaniami: bo było i to drugie, istotniejsze.

– Płytki ten okop – uśmiechnąłem się blado.

Dziury w ziemi bywają ważniejsze od tych w duszach. Podniosła się i sięgnęła po łopatkę.

*

Drugi poranny atak nie przypominał pierwszego. Przede wszystkim trwał długo. Piechota, którą widać, nie porusza się szybko. Ludzie Sabaha z rzadka tylko biegli w naszą stronę – głównie się czołgali. Ze wszystkich stron, co od razu przysporzyło kłopotów obsługom PKM-ów. Karabiny maszynowe znakomicie sobie radzą z ostrzeliwaniem wąskich sektorów, ale żaden kaem nie zatrzyma atakujących, jeśli przyjdzie mu bronić wycinka szerokości 180 stopni. A tyle właśnie przypadło na każdy z dwóch pozostałych w plutonie karabinów maszynowych.

Wszystko dlatego, że nasze wozy bojowe poniosły porażkę.

Miały być trzonem systemu obrony. Były odporne na ogień karabinowy i odłamki, widziały daleko, strzelały celnie. Starcie piechoty z odległą o setki metrów gromadą pojazdów wydawało się przedsięwzięciem samobójczym dla atakujących pieszo partyzantów. Tyle że nie takie starcie zaplanował sobie na to przedpołudnie pułkownik Sabah.