To, co wziąłem za wstęp do kanonady moździerzowej, było początkiem polowania na stalowe olbrzymy strzegące wąwozu. Przeciw technice użyto nie mięsa armatniego, a innej techniki. Starej, ale wciąż skutecznej w rękach dobrego dowódcy. A Sabah okazał się dobry.
Zza wzgórz otworzyły ogień działa bezodrzutowe i ciężkie granatniki, prawdopodobnie radzieckie SPG-9. Strzelały z daleka, z nikłą szansą trafienia nawet stojącego nieruchomo wozu, ale same też stanowiły mały cel, porównywalny z sylwetką przyczajonego piechura. Armaty, łącznie z tą najlepszą, czołgową, nie były dostatecznie precyzyjne, a kaemy, które brak precyzji nadrabiają gęstością ognia, nie potrafiły poważnie zaszkodzić ukazującym się sporadycznie kanonierom. Obsługa znikała po każdym strzale, zwykle razem z umieszczoną na trójnogu rurą. W przypadku cięższych dział, sprytnie rozlokowanych za wniesieniami – odjeżdżała skrytym na przeciwstoku łazikiem, by jakiś czas potem pojawić się za innym pagórkiem i powtórzyć całą operację. Oczywiście podobna taktyka urągała zasadom współczesnej sztuki wojennej, opartej na doświadczeniach Blitzkriegu – stanowiska należało uprzednio starannie wybierać i przygotowywać, a sama gra w chowanego zabierała atakującym mnóstwo czasu – lecz Sabah najwyraźniej nie zaprzątał sobie głowy tempem działań. Jeden moździerz po naszej stronie pokrzyżowałby mu pewnie plany, ale nie mieliśmy moździerza i pozostawało nam mało efektywne strzelanie na wprost.
Filipiak uznał się prawdopodobnie za prowokowanego do ataku – i oczywiście nie spuścił ze smyczy ani jednego wozu. Zapewne miał rację: aż się prosiło, by gdzieś między wąwozem a pozycjami tej pchlej artylerii umieścić w zasadzce strzelców z granatnikami. Ale, na nasze nieszczęście, ewentualną szarżę pancerną i wprowadzenie czołgu czy bewupa pod okrężny ostrzał Somalijczycy potraktowali jedynie jako ekstra premię. Okazali się dostatecznie silni, by wygrać uczciwie także walkę na dystans. Popukali z dział bezodrzutowych, chcąc sprawdzić, czy nie uda się odciągnąć któregoś z pojazdów od wąwozu, a kiedy stwierdzili, że jednak nie, wzięli się do roboty na serio.
Najpierw dwa wielkokalibrowe karabiny, też chyba zamontowane na samochodach, zaczęły obrabiać beerdeema i słabiej opancerzone boki bewupów. Potem z głębi buszu nadleciały rakiety. Trzy naraz, z trzech różnych stron.
Były powolne, jeden z operatorów wpakował swoją na drzewo, a załogi naszych wozów uważały. W porę odpalono ładunki dymne, kierowcy wykonali gwałtowny manewr, szczęście uśmiechnęło się do nich – i oba pepeki minęły się z niewidocznymi celami, wybuchając gdzieś po drugiej stronie dymnego obłoku. Ale nikogo nie zdziwiła gwałtowna, ocierająca się o paniczną, rejterada całej czwórki ku zjazdom do wąwozu.
Ciężar obrony dość nieoczekiwanie spadł na barki czterech ludzi, obsługujących karabiny maszynowe, oraz Tymoszuka, snajpera plutonu.
O dziwo, udało im się zatrzymać atak. Po dwóch godzinach od jego rozpoczęcia karabinki naszych strzelców nadal milczały, a czołówki partyzantów, z sobie wiadomych powodów, zaległy w odległości pięciuset metrów i nie próbowały pchać się dalej.
Było jasne, że knują coś paskudnego i nie dziwił mnie widok czołgu, który wraz z gromadką ściągniętych z linii żołnierzy w pośpiechu rył przy krawędzi wąwozu stanowiska dla wozów bojowych. Mogliśmy nie zdążyć i zmarnotrawić mnóstwo energii tych kilku przeraźliwie zmęczonych chłopców, wspomagających saperkami czołgowy lemiesz, ale tylko w ten sposób można było użyć broni pancernej, nie wystawiając jej na nadmierne ryzyko. Przez cały czas byliśmy pod obstrzałem, a choć pociski starych znajomych – moździerza i granatnika automatycznego – nie nadlatywały częściej niż co kilkadziesiąt sekund, było tego dostatecznie dużo, by zszargać człowiekowi nerwy.
Potem przyleciały samoloty.
Początkowo wyglądało to jak kopia pierwszego nalotu: wysoki pułap, bomby dymne, po cztery sztuki na maszynę. Prowadzący celował w wąwóz, skrzydłowy o kilkaset metrów dalej, z wyraźnym zamiarem oślepienia piechoty okopanej na południe od niego. Trudno ocenić podkomendnego, ale dowódca chybił: bomby wybuchły na północ od wąwozu, w dodatku chyba za blisko, bo zamykający wschodnie skrzydło karabin maszynowy praktycznie nic nie stracił na skuteczności i szybko przydusił do ziemi podrywające się tyraliery. Sam wąwóz powoli napełniał się dymem, ale miało się to nijak do poprzedniej nocy za dnia i widać było, że nie grozi nam kolejna strzelanina na oślep.
Z braku lepszego zajęcia przez cały czas ryłem w ziemi. Spośród pięciu rannych, przebywających aktualnie pod moją opieką – Giełzę oddałem Olszanowi – trzech z grubsza nadawało się do prowadzenia walki obronnej. Zdobyłem pistolet maszynowy glauberyt dla postrzelonego w nadgarstek szeregowego Kozłowskiego – była to idealna broń dla jednorękiego, choć o ogniu seryjnym kazałem mu zapomnieć – ściągnąłem karabiny dla Szewczyka i Świergockiego, wyłudziłem amunicję i tuzin granatów od Ciołkosza, a na koniec przespacerowałem się i obdarłem parę ciemnoskórych trupów ze wszystkiego, co mogło służyć do zabijania.
Przy okazji, skandalicznie późno jak na lekarza, odkryłem, że po napastnikach nie został ani jeden ranny. Chyba nie dlatego, że cofając się, zabrali znaczącą ich część ze sobą: wdarli się za głęboko i tylko stuprocentowo sprawni mieli szansę wycofać się na pozycje wyjściowe. Po prostu oczyszczając teren, nasi żołnierze nie myśleli ani o oszczędzaniu amunicji, ani o prawach człowieka: najpierw strzelali parę razy w każdy kształt, przypominający Somalijczyka. Inna sprawa, że większość już przedtem nie żyła, bo przy walkach na krótki dystans, strzelając do głów i opróżniając w bojowym szale magazynek za magazynkiem, znacznie częściej zabija się przeciwnika, niż go rani.
Wracałem z łupem, kiedy nadleciała druga para myśliwców.
Przemknęły nad nami ze wschodu na zachód i był to pierwszy punkt dla oficera planującego atak. Minęły się ze specami od zadymiania o kilkanaście sekund – punkt drugi. Leciały nisko, kilkadziesiąt metrów nad sawanną – punkt trzeci. Czwartego nie dało się przyznać, choć zawinił nie tylko planista. Gdyby prowadzący pierwszej pary spisał się lepiej i trafił w wąwóz, nawet przy termicznym celowniku zenitówki zaskoczenie byłoby pełne. Inna sprawa, że w krytycznym momencie szczuplutka obsada ZU-23, ogłuszona porykiwaniem czołgu, patrzyła w inną stronę i kamera termowizyjna nie na wiele by się zdała.
Mogło nas to kosztować przeraźliwie słono. Gdyby nie porucznik Filipiak i starszy szeregowy Szyszkowski.
Pierwszy miał dość zimnej krwi, by mimo straszliwego deficytu siły bojowej zrezygnować z jednego strzelca więcej i pozostawić Szyszkowskiego na tyłach, przy jego bezużytecznej jak dotąd rurze. Drugi zimną krwią się nie popisał i wbrew wszelkim zasadom wygarnął do nadlatujących myśliwców, gdy tylko je zobaczył.
Kąt był fatalny, samoloty sypały na boki iskrami pułapek termicznych, a pilot zdążył odnotować start rakiety i rozpocząć unik. Flary i unik prawdopodobnie nie miały znaczenia, ale zbyt mała odległość już tak: grom po prostu nie miał szans skręcić tak ostro, wobec czego poszybował stromo w niebo, zubożając skarb państwa o równowartość porządnej limuzyny.
Nie były to jednak pieniądze wyrzucone w błoto. Unik prowadzącego miał fatalne skutki, i to nie tylko dla skuteczności ataku. Wykonując go, pilot nie zrezygnował mianowicie ze swego pierwotnego celu i zwolnił bomby. Archaiczny, pamiętający epokę wojny koreańskiej mig przenosił tylko dwie ćwierćtonówki, ale przy prawidłowym zrzucie, gdyby wybuchły w wąwozie, te dwa tępo zakończone cylindry z twardej stali prawdopodobnie dokonałyby przeraźliwych spustoszeń. Odłamki ciężkich bomb przebijają pancerze każdego pojazdu mniej masywnego niż czołg, i to w promieniu kilkudziesięciu metrów.