Na szczęście zrzut wypadł fatalnie. Podrywając maszynę, pilot posłał bomby łagodnym łukiem ku górze, co przy szybkości kilkuset kilometrów na godzinę zaowocowało błędem dobrych trzystu metrów. Wszystko, co dało się powiedzieć dobrego o tym ataku, to że do porażenia własnej piechoty odrobinę mu zabrakło.
Pilot drugiej maszyny nie miał tyle szczęścia. Trzymał się ogona prowadzącego, ale nie przesadzał z tym i przy prawidłowo wykonanym zrzucie przemknąłby nad wąwozem bez narażania samolotu na spotkanie z odłamkami bomb prowadzącego. Plany wzięły jednak w łeb i szczęście uśmiechnęło się do nas aż dwa razy.
Po pierwsze: pilot spóźnił się ze zwolnieniem bomb. Miał poprawiać po koledze – a tymczasem nie było ani błysków, ani kurzu, żadnego z zakodowanych w podświadomości sygnałów. Spóźnił się więc i także jego bomby, choć idealnie w osi wąwozu, spadły za daleko na zachód.
Po drugie: nad ziemię niczyją, oddzielającą nasze skrzydło od atakujących wzdłuż wąwozu partyzantów, dotarł dokładnie w tej samej chwili, co mocno spóźnione ćwierćtonówki pierwszego miga.
Łączny efekt obu zdarzeń był nad wyraz spektakularny. Poczynając od manewrującego przy latrynie beerdeema, na przestrzeni dwustu metrów wąwóz wypełniła ogromna chmura ognia. Trochę dalej ogon miga rzygnął gęstym dymem, zaś od skrzydła oderwało się coś dostatecznie dużego, bym zdołał to wypatrzyć mimo ogarniającej mnie grozy i błyskawicznego tempa wydarzeń.
– Jezus Maria…
Nie wiem, który z rannych wydał z siebie ten jęk. Wiem dlaczego. Ognisty walec o średnicy czterdziestu metrów dość szybko zapadł się w sobie, osiadając na dnie i stokach wąwozu niczym powłoka przebitego sterowca, ale zrodzona przezeń rzeka płomieni wciąż miała długość dwóch boisk piłkarskich. Nie wszystko się tam paliło, fakt, paliło się jednak wystarczająco wiele, by myśl o zamkniętych w ogniowej pułapce nieszczęśnikach zwijała człowiekowi żołądek w bolesny węzeł.
Jeśli byli tam jacyś ludzie…
Powtarzałem sobie, że nie powinni być. Sam wąwóz nie był obsadzony, a okopy znajdowały się po kilka, kilkanaście, nawet kilkadziesiąt metrów od krawędzi i płomienie raczej ich nie sięgnęły. Poza tym Filipiak zabrał stamtąd większość ludzi. Być może dostało się prawoskrzydłowemu kaemowi, ale było to niczym w porównaniu z planowaną hekatombą.
Gdyby pilot wycelował prawidłowo, paliłbym się teraz ja, Gabriela i pięciu rannych, a trochę dalej, lecz dostatecznie blisko, by nasze wycia zlewały się w jedno – wszystkie wozy pancerne i sześciu żołnierzy pomagających przy pracach ziemnych. Niektórym pojazdom by to zaszkodziło, innym nie. Drabowicz, wychylony z włazu, pewnie podzieliłby los piechurów, resztę załogi czołgu być może uratowałby system przeciwpożarowy.
Nieco przedwczesny zrzut byłby jeszcze tragiczniejszy w skutkach. Nie miałem pewności co do Agnieszki, ale i bez niej w węźle łączności spłonęłoby dodatkowo trzech ludzi.
Jeden ruch palca mógł skończyć naszą wojnę. Około dwudziestu ofiar. W tym, co gorsze, sporo żywych: Mig miał za mały udźwig, by zrzucić więcej niż pół tony napalmu, a to oznaczało, że nie wszyscy zostaliby błyskawicznie znokautowani pięścią zagęszczonego ognia. Czyli ucieczka, mnóstwo bólu i to najgorsze: bezskuteczne oczekiwanie na pomoc pod palącym słońcem Ogadenu.
Wątpliwe, by Filipiak, mając na karku pół tuzina krzyczących w męce, żywych trupów, potrafił opanować panikę wśród niedobitków i odeprzeć atak. Koniec był tuż-tuż. Ale uniknęliśmy go.
Człowiek, który omal nie wygrał bitwy dla Sabaha, też miał trochę szczęścia w nieszczęściu. I chyba był, mimo wszystko, dobrym pilotem. Nie potrafiłem inaczej wytłumaczyć faktu, iż trwale przechylony na skrzydło, dymiący jak komin samolot nie wyrżnął o ziemię. Mig, prezentując pomalowany w pustynne plamy grzbiet, zatoczył krąg z zachodu na wschód i znikł mi z oczu.
– Piechota ruszyła! – dobiegł z góry okrzyk Gabrieli. – Przynieś worek, szybko!
Z pustką w głowie i trzydziestoma kilogramami czerwonawej ziemi wtłoczonej w jutę wdrapałem się na krawędź sawanny.
– Wracaj na dół – zażądałem poniewczasie. W dodatku układając worek tam, gdzie chciała. Dobrze o niej świadczyło, że w ogóle raczyła odpowiedzieć. Zwłaszcza że nieopodal coś wybuchało.
– Spadaj, Szczebielewicz. Ty musisz żyć, ja tylko powinnam.
Opadła między wysokie suchorosty, opierając beryla o worek. Nim zdobyłem się na protest, posłała pierwszą kulę ku północy. Dwie sekundy celowania – i następny strzał. Przy trzecim dałem za wygraną i zbiegłem na dół.
Zaraz potem nadleciał samolot. Z południa, ale nie sposób było ulec panice i wziąć go za piątą z kolei maszynę. Pilotowi udało się wyrównać i wspiąć wyżej, ale warkocz iskier i znacznie dłuższa wstęga dymu, ciągnąca się za ogonem, stanowiły znakomity znak rozpoznawczy.
Dopiero gdy zawył, przemykając w odległości trzystu metrów, skojarzyłem niedawne wybuchy z jego obecnością. Miał działka i właśnie ich użył.
Ekipa kopaczy minęła biegiem nasz okop, kierując się na wchód. Jakiś czas potem w ich ślady poszedł BWP drugiej drużyny. BRDM pozostał na granicy pożaru: ktoś uwijał się wokół niego z gaśnicą, zbijał płomienie z koła i pokrywy silnika. T-72, przyklejony gąsienicą do krawędzi wąwozu, ostrzeliwał z kaemu północno-zachodni sektor.
Siedziałem na ustawionej na sztorc walizce i czekałem.
– Jakby mi pan kapitan dał coś na ból – odezwał się znienacka Kozłowski – to mógłbym strzelać z dwóch rąk. Bo jedną to się kury maca.
– Odezwał się postrach kulochwytów – błysnął zębami Szewczyk. – Pamiętasz, jak pomacałeś krowę tym pastuchom? I to z leżącej.
– Odwal się. Specjalnie tak strzeliłem. Po co na strzelnicę lazła?
– I akurat w róg mierzyłeś, nie?
– Dałbym ci – wybawiłem z opresji czerwieniejącego chłopaka – ale na prochach byłbyś do niczego.
– On i bez prochów… o, skurczybyk!
Wszyscy zanurkowaliśmy jak najgłębiej w okop. Chyba niepotrzebnie, bo sznur smugowych pocisków przemknął wprawdzie wzdłuż wąwozu, ale pół setki eksplozji wstrząsnęło powietrzem dużo dalej. Ukryta za szańcem worków zenitówka zaczęła obracać się ku migowi, gdy ten już umykał.
Kozłowski poderwał trzymanego w zdrowej ręce glauberyta i wygarnął do poprzedzonej błękitem chmury dymu, która z wyciem i ohydnym trzaskiem kruszonego metalu przewaliła się nad naszymi głowami. Nisko. Na tyle nisko, że kiedy otrząsnąłem się z pierwszej warstwy szoku, zacząłem od spojrzenia w górę i sprawdzenia, czy bydlę nie zahaczyło skrzydłem o Gabrielę.
Zobaczyłem tylko kurz, ale ten kurz połyskiwał raz po raz poświatą karabinowych wystrzałów. Zdziwiłem się, że ich nie słyszę, odwróciłem twarz ku wschodowi i zdążyłem na cudny, od dawna wyczekiwany spektakl.
Coś dużego wyleciało w górę zza dymu i ognistej plamy dopalacza, a w sekundę później ogromny kłąb ognia obwieścił koniec miga.
– No i co, Szewc? Kropnąłem i spadł. Może nie?
Szewczyk nie był w stanie odpowiedzieć. Ja też nie.
Patrzyłem na słup dymu i szukałem odpowiedzi na pytanie, czy naprawdę widzę to, co widzę. To znaczy spadochron, spływający między parasole odległych akacji.
– Nie było jak. – Maciaszek miał łzy w oczach i tylko te dwie niebiesko połyskujące plamy dowodziły, że nie jest świeżo wykopaną mumią. – Jak Boga kocham, nie dało rady…
– W porządku – powiedziała cicho Gabriela, podpierając się czerwoną od krwi ręką i ociężale podnosząc z klęczek. – Zrobiłeś, co mogłeś.
– Mówiłem: daj tę rurę i czołgaj się do doktora. – Nie wyglądało na to, by ją usłyszał. – Żebym wiedział, że aż tak… Ale to tylko noga, skąd mogłem… I nawet go nie bolało. Tak mówił, słowo. Kość cała, mówi, ścisnąć i można biegać. A w tym kurewskim kurzu nie było widać krwi. Tak nas ogniem przydusili, że cały czas, jak deszcz…