Выбрать главу

– Nie twoja wina. – Delikatnie, jakby to jeszcze miało znaczenie, wyjąłem igłę z ciała Grabowskiego. – Dobrze założyliście opaskę. Po prostu mocno oberwał.

– Jak wystrzelił ostatni granat, to się położył na plecach i tak jakoś uśmiechnął, aż mnie ciarki przeszły. Pyta: „Kapelana nie widać?”, no to ja: „A po co ci kapelan?”, patrzę, a on nieprzytomny. Ale nie mogłem go zabrać na tyły, bo te cholerne… bo tamci znów leźli.

Powoli wracał do siebie: udało mu się nie obrazić Gabrieli. Wytarłem dłonie o spodnie, przykryłem twarz zmarłego kawałkiem gazy. Wstając, dostrzegłem nadchodzącego środkiem wąwozu Ciołkosza.

– Porucznik chce was widzieć. – Twarz miał jak z kamienia, a i ton nie był tym, jakiego używają sierżanci w stosunku do kapitanów. Ale ostatecznie wszyscy nałykaliśmy się kurzu.

– Nas?

– Pana i ją. – Połączenia słów i gestu, którym wskazał Gabrielę, nie umiałbym nazwać inaczej niż chamskim, ale nadal się łudziłem. Zabijanie ludzi jest z definicji przejawem daleko posuniętego chamstwa; miał prawo trochę się spóźniać z przerzuceniem zwrotnicy na cywilizowane tory. Strzały umilkły raptem kilka minut temu.

– Cały personel za jednym zamachem?

– Nie wiem, czy cały. Czeka na pana i Murzynkę.

To już brzmiało jednoznacznie. Filipiak chciał widzieć Gabrielę, a Ciołkosz – obrazić ją. Co mu się udało.

Porucznik czekał przed okopem kryjącym radiostację, z karabinem na plecach i hełmem przy pasku. Nie wyglądał dobrze. Wyszedł z bitwy bez szwanku, ale odniosłem wrażenie, że dotyczy to jedynie ciała.

– Zejdźmy na dół – mruknął po chwili lustrowania dziewczyny dziwnie beznamiętnym spojrzeniem. – Po co sterczeć na widoku?

Nie spodobał mi się widok zebranych. Olszan, Agnieszka i Lesik mieli prawo konferować z porucznikiem, choć nie wiem, na jaki temat, lecz ich miny nie wróżyły niczego dobrego.

– Można? – Dopiero wyciągnięta dłoń Filipiaka uświadomiła mi, że Gabriela przyszła tu z karabinem przewieszonym przez ramię.

Zawahała się, ale oddała broń. Wskazał jej niszę, mogącą służyć jako fotel, usiadł na worku i powąchał wylot lufy.

– Postrzelała sobie pani – zauważył.

– O co chodzi? – zapytałem. Wzruszył ramionami, odstawił beryla.

– Moment, doktorze. Poczekajmy na Ciołkosza.

Trzeba przyznać sierżantowi, że zjawił się szybko.

– Dziesięć – rzucił radośnie.

Czekaliśmy. Dość długo: porucznik przeciągał sprawę, chcąc wycisnąć z Gabrieli parę kropel potu więcej. Bo o nią chodziło – tyle już wiedziałem. Gapiła się na nią cała piątka.

– O co chodzi? – Wołałbym się nie wtrącać, ale to trwało za długo.

– Giełza nie żyje – oznajmił ponuro Lesik. – Ktoś go zabił.

Zerknąłem na ciemnoskóry profil z lekko zadartym nosem. Po nosie spływała kropla mętniejącej od kurzu cieczy. Rozumiała.

– Myślę… – zaczął niepewnie Olszan. – On chyba sam…

– Był dobrym katolikiem – zgromił go kapelan. – Niech pan nie opowiada takich rzeczy. On i Bóg znają prawdę, ale rodzina, koledzy… Rozmawialiśmy. Nie mógł aż tak zgrzeszyć.

– Co się stało? – zapytałem. Filipiak wzruszył ramionami, wymownie spojrzał na pilota. – Panie Krzyśku?

Potrzebował nieco czasu, by zacząć mówić.

– Nie wiem. Zachowywał się normalnie. Kombinowaliśmy z różnymi ustawieniami anteny, ja biegałem na górę, on sprawdzał odbiór…

– Rozmawialiście?

– Pewnie. Fakt, że nie o babach, tylko o elektronice, ale mówił rozsądnie, jeśli o to panu chodzi. Chyba nawet wymyślił, jak się za tego gruchota zabrać – rzucił wrogie spojrzenie nadajnikowi. – Tylko nie zdążyliśmy. Chłopaki cholernie gęsto strzelali, a my tu mieliśmy broń pod ręką. No więc w końcu skoczyłem na górę, żeby pomóc. Janek Kos to ja nie jestem, zwłaszcza z tą ręką, ale oczy mam dobre i przynajmniej jednego faceta położyłem na mur-beton.

– Giełza został sam? – upewniłem się.

– Nic mu nie groziło. – Na zasadzie stołu i nożyc odezwał się Lesik. – A tam umierali nasi żołnierze. Może i popełniłem błąd; ludzką rzeczą jest błądzić. Ale wtedy uważałem, że na pierwszej linii będę bardziej potrzebny.

– I co? – uśmiechnąłem się krzywo. – Strzelał ksiądz?

– Nie jest rolą kapłana strzelać. Tyle powinien pan wiedzieć.

– Faktycznie – zgodziłem się. – Choćby z własnych doświadczeń.

– Do rzeczy – uciął Filipiak. – Giełza został tu sam, a potem zginął od wybuchu granatu ręcznego. Naszego. Zaczepnego.

– Skąd pan wie, że akurat…?

– Mają wewnątrz kilkaset odcinków drutu. W nowoczesnych granatach prefabrykowane odłamki to prawie reguła, ale Afrykańczycy rzadko walczą nowoczesnymi.

– Niech pan to w końcu powie – usłyszałem bezbarwny głos Gabrieli.

– Co?

– Że to ja go zamordowałam. Do tego to wszystko zmierza, prawda?

– Zmierza do ustalenia prawdy – uprzedziła Filipiaka redaktor Wielogórska. Właśnie tak: redaktor W., nie żadna Agnieszka. Odezwał się w niej instynkt łowcy.

– Prawdy? Nie zabiłam go. Niby po co?

– Zacznijmy od sposobu. Sierżant twierdzi, że zostawił wam dwanaście granatów. Jednego typu. A teraz jest dziesięć.

Więc to dlatego Ciołkosz zgubił się nam po drodze. Sprawdzał.

– Mieliśmy bitwę, jeśli pani nie zauważyła – przypomniałem.

– Tak się składa, że też byłam na pierwszej linii – uśmiechnęła się nieznacznie. – Wie pan: zdjęcia. Pewnie nie wyjdą, ale co nieco obejrzałam. I nie wydaje mi się, by partyzanci gdziekolwiek podeszli tak blisko, by w nich rzucać granatami.

Miała cholerną rację. A ja, wbrew temu, co mi się wydawało, miałem jeszcze duże nadwyżki potu.

– To jakaś bzdura. Pani Asmare przez cały czas…

– Pani Asmare? Myślałam, że jesteście po imieniu. – Nie potrafiłem tego skomentować. – Więc byliście razem? Bez chwili przerwy?

Miałem ochotę potwierdzić i uciąć przesłuchanie, ale zdołałem się powstrzymać. Kłamstwo jest dobre, jeśli jest skuteczne. Te z krótkimi nogami lepiej zastąpić prawdą.

– Kwestia definicji – wzruszyłem ramionami. – Była tuż obok. Pilnowała Juszczyka, a ja Wenclorza i pozostałych.

– Kto wpadł na pomysł, by go kłaść osobno? – zapytał Lesik.

– A kto tam jest od myślenia? – Tym razem mogłem śmiało łgać: przedyskutowaliśmy to w cztery oczy. – Ja.

– Trochę dziwny pomysł: kłaść najciężej rannego z dala od lekarza.

– Gdyby lekarz OIOM-u miał do pacjenta tyle, co ja do Juszczyka, musiałby sikać do kaczki. Bo nie wyszedłby z sali.

– Nie odchodziła pani od rannego? – przejął pałeczkę Filipiak.

– Po bombardowaniu weszłam na górę. Żeby strzelać.

– Dokładnie znad honkera? – Podniósł się, wyjrzał z okopu. – Może pani pokazać to miejsce?

– Tam leży worek – wyprzedziłem dziewczynę. – Zza niego strzelała. Długo. Do niej też strzelali, jeśli już o tym mowa.

– Z okopu niewiele pan widział – zauważyła Agnieszka.

– Nosiłem jej dwa razy magazynki. I nie jestem głuchy.

– To była długa bitwa. A od was do węzła łączności jest raptem parę sekund biegiem.

– Zostawmy to – zaproponował Filipiak. – Jak pan wyjaśni kwestię granatów?

– Dajcie spokój – chwyciłem się ostatniej szansy. – Nikt tego nie liczył; sierżant sypnął na oko ze skrzynki…