– Było dwanaście. Pamiętam. – Ciołkosz bardzo pospieszył się z tą deklaracją.
– A teraz jest dziesięć? – Filipiak był zbyt subtelny, by wprost oznajmiać, że ktoś tu robi z niego idiotę, więc uznał za wskazane powtarzać tę liczbę tak długo, aż ustąpimy przed wymową faktów.
– Równa dycha. Trzy razy liczyłem.
Miałem na końcu języka uwagę, że trzy razy to być może za mało, jeśli ktoś liczy dziesięć dużych, ułożonych w rządku przedmiotów, ale nie zdążyłem jej wygłosić. Gabriela sięgnęła do parcianej torby wiszącej przy biodrze, wyjęła dwa zielone cylindry i powoli, jeden po drugim, rzuciła Filipiakowi na kolana. Oba granaty były zabezpieczone, ale i tak miał minę niewiele szczęśliwszą niż faceci, którym spada pod nogi coś takiego, tyle że bez zawleczki.
Przez chwilę nad okopem wisiało ciężkie jak akumulator milczenie. Tylko Olszan uśmiechał się z ulgą. Cała reszta robiła wrażenie skrzywdzonych. W różnym stopniu, ale cała.
– Właściwie… – Ciołkosz otrząsnął się pierwszy. – Doktor ma rację. Faktycznie nie bardzo liczyliśmy. Mogłem się rąbnąć o jedną sztukę… w tę czy tę.
Nawet dobrze to rozegrał, tylko z momentem nie bardzo trafił. Czekałem, by ktoś mu to uświadomił.
– No to się wyjaśniło – wzruszył ramionami Olszan. – Tak jak mówiłem: Giełza sam to zrobił.
Nikt nie patrzył na Gabrielę. Gabriela patrzyła na jeden ze swych butów. Z rozciętego uda znów sączyła się krew.
– Zginął od naszego granatu – mruknął Filipiak. – Leży na górze, w krzakach. A tu nie było granatów. Specjalnie zwracałem uwagę, żeby przy radiu nie było niczego, czym mógłby… Umie ktoś wyjaśnić, jak to zrobił, jeśli zrobił sam?
Nikt się nie zgłaszał. Agnieszka przez chwilę dość intensywnie wpatrywała się w Olszana, ale trudno to uznać za zgłoszenie.
– A motyw? – zapytałem. – Po co ktoś miałby zabijać Giełzę?
– To akurat proste – wskazał radiostację Lesik.
– Pozostaje pan Olszan – przypomniałem. – A zresztą to bez sensu. Nie prościej rozwalić nadajnik?
– Może i ktoś próbował – mruknął ponuro Filipiak. – Tu wszędzie pełno żelastwa, w przedpiersiu też. Możliwe, że granat miał trafić w okop, radio i obu operatorów, ale Olszan poszedł strzelać, a granat trafił w Giełzę. Bo tyle wiemy na pewno: że wybuchł mu tuż przed piersią. Mógł wpaść do okopu, Giełza go wyrzucał i właśnie wtedy…
– I co: morderca dał sobie spokój z niszczeniem radia, za to zawlókł zwłoki na górę? – Olszanowi hipoteza nie trafiła do przekonania. – Po co?
– Może nie miał drugiego granatu.
– Na radio wystarczy kamień.
– Pewnie. Tylko że to byłby już jawny sabotaż. A Giełza rozerwany na przedpiersiu okopu z daleka pachniałby morderstwem. Samobójstwa popełnia się na uboczu. Gdybym to ja go zabił, a chciał upozorować samobójstwo, też zawlókłbym ciało na górę, podrzucił łyżkę i zawleczkę, a nie ruszał radia.
To miało sens. Nie podobało mi się, ale głupie nie było.
– Jest jeszcze coś – powiedziała Agnieszka. – Na ukaefie to radio nadal działa. Nam nie jest to do niczego potrzebne, ale gdyby przyjąć, że ktoś tu gra dla drugiej strony, to pewnie dałby wiele, by pogadać z pracodawcą. Mógł mieć do przekazania ważny meldunek. Na tyle ważny, by ryzykować morderstwo. Bo ryzykował jak diabli.
To też nie było głupie. Jakoś nie miałem szczęścia do idiotów, straszyli mnie sami rozsądni, poważni ludzie.
– Ledwie dyszymy – nazwałem rzeczy po imieniu. – Ten kamikadze prawie przerobił nas na befsztyki. Sabah wali ze wszystkiego, co ma, do wszystkiego, co się rusza. Nigdy nie byłem szpiegiem, ale gdybym był, to dawno dałbym sobie spokój. Przecież jeśli Sabahowi uda się w końcu szturm, dojdzie do takiej jatki, że połowa jego poległych zginie od własnych kul. Cóż dopiero mówić o kimś od nas.
– To ryzykowny zawód – stwierdziła Agnieszka.
– Ale nikt się nie da dobrowolnie obrzucać napalmem.
– Święta prawda – poparł mnie Olszan.
Zasiałem ziarno wątpliwości. Był to krok we właściwą stronę. Zrobiłbym następny, gdyby nie podstawiono mi nogi, i to z najmniej spodziewanej strony.
– A może właśnie o to chodziło? – odezwała się Gabriela. – Może ktoś się przeraził i postanowił za wszelką cenę pogadać z szefem? Wybić mu z głowy wojnę totalną?
– To brzmi logicznie – Lesik posłał jej trochę zdziwione spojrzenie. – Czyli zgadza się pani z naszą tezą? Możemy mieć wśród siebie Judasza?
– Możemy – dobiła mnie gładko. Podniosła się, nie pytając o zgodę sięgnęła po karabin. – To nie ja, ale ktoś taki może istnieć.
Przerzuciła pas nośny przez ramię i odeszła.
– Powinienem ci zaszyć usta.
– Jesteś gorszy od tubylców – powiedziała bez uśmiechu. – Oni przynajmniej ustom dają spokój.
– Co to miało znaczyć?
– Nie słyszałeś? Mamy tu w Afryce stary, uroczy zwyczaj. Otóż w celu ustrzeżenia panieńskiej cnoty, dziewczynie…
– Daruj to sobie – rzuciłem chłodno.
– Lekarza nie powinno to szokować.
– Szokuje mnie twoja głupota. – Pchnąłem ją lekko w stronę worka-fotela. – Siadaj, zszyję ci nogę. Korci mnie, by coś zaszyć.
– Proszę? – Zdziwiła się.
– Nie musisz prosić. – Otworzyłem walizkę, na stałe ustawioną przy posłaniu Juszczyka, wyjąłem nici chirurgiczne. – Starczy, że płacisz.
– Nie mam czym. – Usiadła. – Jestem zupełnie goła.
– No to nie musisz się martwić o rachunek.
– Nie rozumiem – uśmiechnęła się pod nosem.
– Nie? W głębi ducha musisz być blondynką.
– No, no. Może i głupia, ale żeby zaraz blondynka? – Już otwarcie szczerzyła zęby. – Chociaż coś w tym jest. Jak byłam mała, to utleniłam sobie włosy. Naprawdę. Jedna miła sąsiadka powiedziała babce, że tak naprawdę to wcale nie wyglądam aż tak bardzo na dziecko Murzyna i gdyby tak trochę jaśniejsze włosy, to latem, kiedy ludzie są opaleni…
– Nie rób tego więcej. – Nawlokłem nić na najmniejszą ze znalezionych igieł. – Nie ma bardziej idiotycznego widoku niż czarna dziewczyna z białą fryzurą. Ciemny brąz, lekko rudawy… to wszystko, na co możesz sobie pozwolić.
– Bo co? – nastroszyła się, na szczęście żartobliwie.
– Bo ktoś uzna, że nie jesteś ładna albo że jesteś głupia. A to nieprawda. – Przyglądała mi się przez chwilę trochę większymi niż uprzednio oczami. – No, dawaj tę nogę.
Odkręciłem manierkę i zwilżyłem kawałek waty. Oszczędnie. Więcej wody nie mieliśmy.
– Ty nie żartujesz? – Zrobiła ruch, jakby chciała wstać. Pogroziłem jej palcem i pozostała na worku. – Szkoda zachodu. To nawet nie…
– Dostaniesz gangreny, utną ci nogę i nikt się z tobą nie ożeni.
– To Afryka, biały ignorancie. Tu nawet dziewczyna z jedną nogą nie jest bez szans. Na żonę numer trzy nadaje się znakomicie. Może kręcić żarnami, gotować, pilnować dzieci. Mniej je i się nie włóczy.
– Czekaj… kosztuje też mniej?
– Grosze. Muszelki, znaczy – poprawiła się.
Nie wiem, jakim cudem tak mnie zniosło. Z awantury we flirt. Byłem na nią naprawdę zły. Jeszcze przed chwilą.
– Przekonałaś mnie. Co muszę zrobić, żeby zostać muzułmaninem?
– Na początek sprać mnie za chodzenie z gołymi noga… auuua!
– Mówiłaś, że nie boli. – Ostrożnie, wmawiając sobie, że z szacunku dla deficytowej wody, oczyszczałem okolice rany. – Kłamczucha. Cholera, dawno trzeba to było umyć.
– Nic mi nie mów o myciu – jęknęła. – Czuję się jak kupa kompostu.