– Przesadzasz. – Starałem się, by brzmiało to przekonująco, więc wypadło przeraźliwie nieszczerze.
– Zgłoś się do laryngologa. Chyba ci węch odstrzelili.
– Przestań się nad sobą użalać, szczęściaro w szortach. Co ma powiedzieć regulaminowo umundurowany żołnierz?
– Ale ja się właśnie nad tobą użalam. Siebie każdy jakoś znosi. A ty przywykłeś pewnie do czyściutkich, wyperfumowanych… auu… pacjentek. Po co ci ta pęseta?
– Jesteś za brudna, by cię dotykać ręką. Teraz zaboli.
– Auuuć!
– Trzeba to było umyć i zabandażować. Masz tu jakieś paprochy.
– Nie ma wody. A to tylko zadrapanie.
– Na mózgu masz chyba zadrapanie, wiesz? To głębsze niż myślałem. Czym się tak…?
– Chyba bagnetem, jak zrywałam siatkę. – Zassała powietrze przez zaciskane zęby. – Kurczę… to naprawdę boli. Musisz w tym grzebać?
– Dałbym ci miejscowe znieczulenie, ale… A zresztą, niech tam.
Zacząłem się odwracać w stronę walizki. Złapała mnie za ramię. Dopiero teraz byliśmy naprawdę blisko siebie. Czułem wyraźnie jej zapach – i resztę. Prawdę mówiąc: głównie tę resztę.
– Zostaw. – Była trochę skrępowana. – Nie mi nie będzie.
– Niedługo przylecą samoloty i zrzucą, czego dusza zapragnie.
– A jak nie przylecą?
– Muszą.
– Minęło południe. I nic. Więc lepiej oszczędzaj leki. Mogą się dzisiaj w ogóle nie pokazać.
– Jesteś już dużą dziewczynką. – Odsunęła się trochę, wciąż jednak czułem dotyk jej kolana na piersi. – Chyba mogę ci to powiedzieć: jak nas nie wyciągną z tego gówna, to utoniemy. Najdalej w nocy. Więc daj sobie zrobić ten zastrzyk.
– Lekarz powinien bardziej tryskać optymizmem.
– Tryskam. Inaczej nie męczyłbym cię teraz. Do wieczora na pewno nie umrzesz na gangrenę.
– Nie rób mi zastrzyku – powiedziała miękko. – Boję się zastrzyków.
– A ja cię miałem za dużą dziewczynkę…
Uśmiechnęła się i odchyliła tułów do tyłu, podpierając się rękami daleko za pośladkami. Pewnie po to, by zrobić mi więcej miejsca i bym jej nie zahaczył igłą. Nie wierzę, by kierowała się czymkolwiek innym. To, co jej sutki zrobiły z napiętą koszulką, nie było zaplanowane.
Ja też niczego nie planowałem. Na pewno nie całowania jej nogi. Dopiero odrywając usta od rozciętego uda i zaglądając w zastygłą z wrażenia twarz Gabrieli, wykrzesałem z mózgu odrobinę myśli.
– Teraz już nie boli – powiedziałem lekko ochrypłym głosem. – Małym dziewczynkom to zawsze pomaga.
– Żyje pan, doktorze?
Dźwignąłem się niechętnie ze swego miejsca przed chłodnicą honkera. Lejący się z nieba żar i mniej permanentne, ale powtarzające się co parę minut puknięcia granatnika wykluczały wizyty o czysto towarzyskim charakterze. Olszan miał zresztą o dwa powody więcej, by takowych nie składać: ranę i Agnieszkę. Czegoś pewnie chciał.
– Nie wiem. Smażone białko nie powinno. – Przesunąłem się, robiąc mu miejsce i pozwalając kucnąć w skrawku cienia. – Co się urodziło?
– Jeszcze nic – uśmiechnął się z domieszką bólu. – Ale dobrze, że mi pan przypomniał. Dalej szerzy pan higienę i oświatę seksualną?
– Ma pan na myśli…? – Nie dokończyłem, widząc łobuzerski, choć i trochę zmieszany uśmiech. – Nie… nie wierzę. Teraz?!
– A co nam pozostało? To pana gorszy?
– Nnnnie… Od gorszenia mamy polowe duszpasterstwo. Tylko trochę mnie pan zaskoczył. W tym piekarniku… no, no.
– Jakby pan zgadł: w samuraju. Podrasowali go dla turystów: rozkładane fotele, zasłonki… W razie czego służę wolną chatą.
– Dzięki – mruknąłem. – Ale chyba nie będę miał okazji.
– E tam… Po mojemu może pan mieć aż dwie: czarną i białą. Obie na pana lecą. Ja osobiście – skorzystał z faktu, że mnie zatkało – wybrałbym białą. Mówię panu: tylko Jola. Do łóżka trzeba brać panienki ładniutkie i niezbyt bystre. Broń Boże delikatne i mądre, chyba że trafi się amatorka wolnej miłości i sama zaproponuje seks bez zobowiązań. Ale to rzadkość. Najwięcej jest prostodusznych dziewczyn, które wprawdzie pieprzą się z ochotą, ale przy okazji sprawdzają, ile facet ma na koncie i czym jeździ. Oczywiście upraszczam – zakończył łaskawie.
– Skąd panu przyszło do głowy, że Jola…?
– Addis Abeba to mała mieścina. Przyjechała do Afryki na safari. Ceclass="underline" zaobrączkować faceta w mundurze. Macie stałą, pewną robotę, mieszkanie, wcześniejszą emeryturę. W dzisiejszych czasach łakome z was kąski. A gdyby się jeszcze trafił lekarz… Zresztą to tradycja, prawda? Lekarz i pielęgniarka. Mnóstwo dziewczyn nakłada czepek tylko po to, by jakiś sławny chirurg zdjął im majtki, a założył obrączkę. No i dobrze. Lepiej szukać miłości w pracy, zamiast po knajpach.
– Nie jestem sławnym chirurgiem.
– A ona nie jest królową pielęgniarek. Ma akurat tyle rozumu, by to sobie uświadomić. A tak w ogóle, to ostatnia, z którą bym się żenił.
– I pcha mi ją pan do łóżka? Naraziłem się czymś?
Posłał mi swój łobuzerski, chłopięcy uśmiech.
– Dokładnie na odwrót. Równy z pana gość, więc udzielam życzliwej rady. Nie chcę, żeby komplikował pan sobie życie. Jolę łatwo zaciągnąć do samuraja i równie łatwo potem spławić. Porzuca talerzami, rozpowie, komu się da, że ma pan małego, i raz-dwa wyląduje w łóżku z innym. Lepiej ustawionym. Nie ma się kaca po rozstaniu z kimś takim.
– Psycholog z pana – mruknąłem.
– Sporo czytam i ładnie wyglądam. – Znów ten zabójczy, zniewalający uśmiech. – Baby na mnie lecą, mam trochę doświadczenia. Aż dziwne…
Czekałem, patrząc, jak odpływa myślami gdzieś daleko.
– Dziwne? – upomniałem się wreszcie.
– Co? A… tak. Myślałem właśnie, jakie to życie durne. Tyle lat nic, a teraz, na końcu świata, akurat jak się wszystko tak popierdoliło… Myśli pan, że to dlatego? Ze strachu?
– Agnieszka? – zapytałem cicho. Ktoś chrapał w okopie; wielka, znużona upałem mucha wlokła się po podpierającym siatkę palu.
– Podobno frontowe przyjaźnie są naj… no, są naj. Pod każdym względem. Może z miłością jest tak samo?
– Miłością? – powtórzyłem z niedowierzaniem.
– Tak sobie teoretyzuję. – Nie silił się, by mnie o tym przekonać. – Co na to medycyna? Może być tak, że nie będę mógł nawet patrzeć na Wielogórską, jak się zrobi normalnie?
– Aż tak to nie. To atrakcyjna… – zawahałem się – dziewczyna.
– Kobieta – powiedział z nieco smętnym uśmiechem. – Nie bójmy się tego słowa. Jest starsza ode mnie i ma Michałka.
– Dziecko? – Zbił mnie z tropu. – A…?
– Męża nie. Kto by się żenił z taką kosą. Trzeba być kompletnie pozbawionym kompleksu niższości. W dodatku wcale nie jest ładna.
– Nie? – Doktor Szczebielewicz zbity z tropu po raz drugi.
– I to mnie zastanawia. Trochę lepiej niż brzydula, zarozumiała, obracająca się w wyższych sferach, z dzieckiem, z Warszawy…
– I to pana zastanawia? – upewniłem się. – No to faktycznie problem. Bo to wszystko może martwić tylko w jednym przypadku.
– No właśnie.
Jakiś czas siedzieliśmy pogrążeni w myślach. Każdy w swoich, ale były chyba podobne.
– Tak naprawdę kazała mi zmienić opatrunek – uśmiechnął się w końcu. – To drugie ewentualnie przy okazji. Tak powiedziała.
– Miłe – odpowiedziałem uśmiechem. Wyobraziłem sobie Gabrielę, udzielającą mi podobnego instruktażu. – Zobaczę, co się da zrobić.
Przeszukałem nawet zestaw potrzebny przy opiece nad Juszczykiem, co kosztowało mnie konieczność zignorowania sennego pytania dziewczyny. Moja odpowiedź pewnie błyskawicznie wybiłaby ją z odrętwienia.