Выбрать главу

Rezultaty były mizerne.

– Wstyd powiedzieć – machnąłem lśniącym opakowaniem. – Ostatnia.

– Niektórzy by się chwalili – wyszczerzył zęby.

– Cud, że w ogóle się tu zabłąkały. To zestaw ratunkowy, do nagłych wypadków i wylotu śmigłowcem.

– Będziemy jej używać z należytym szacunkiem – obiecał.

– Brazylijczycy mają tego na pęczki. Niezłe zabezpieczenie broni przed zapiaszczeniem… bez głupich śmiechów, mówię serio.

– Wiem, wiem… przepraszam. A my co: mamy lepsze karabiny?

– Więcej Lesików w szeregach. No, to obejrzyjmy to ramię…

Kończyłem zmianę opatrunku, kiedy pojawił się Morawski. Miał na sobie zakrwawioną kamizelkę założoną na nagi tors, góra kombinezonu wisiała z tyłu jak ogon bobra, o boki obijało się oporządzenie.

– Wyglądasz w końcu jak człowiek – przywitał go Olszan. – Niedbale i łajzowato. Jeszcze trochę, a zgodzę się z tobą latać.

– Nie ma komu dawać dobrego przykładu. Zostało szesnastu żołnierzy na chodzie.

– Szesnastu? – Straciłem rachubę przy Grabowskim. – Jezu.

– Nie widziałem, by kogoś grzebali – zmarszczył brwi Olszan. – Lesik wie?

– A co mnie obchodzi Lesik? Jak zobaczę lecącego po niebie białego faceta z harfą, to go zawołam, ale póki co… Macie coś do picia?

– Czekaj no – pociągnąłem nosem. – Czy ty aby…?

– Aby, aby – machnął lekceważąco ręką. – Wołynow miał kropelkę.

– Chyba zdurniałeś – zniżyłem głos.

– Celna diagnoza. – Miał dość rozumu, by cofnąć się na tyły honkera. Tu w zastępstwie rannych mogła nas podsłuchać Gabriela, ale demoralizowanie cywilów można oficerowi od biedy wybaczyć. – To wszystko jest tak durne, że musiałem się napić.

– Powinien urządzić im pogrzeb – mruknął Olszan.

– Co jest durne? – zignorowałem go.

– Ta rzeź. Dwudziestu dwóch zabitych. Nie można było tego inaczej załatwić?

Patrzyłem mu w oczy i myślałem o tym, jak trudno poznać człowieka.

– Chodzi ci o to – powiedziałem wolno – że powinniśmy ją oddać?

– W ogóle nie powinniśmy jej brać. Do piachu i… – urwał nagle. – O czym ty właściwie…? – znów urwał, tym razem na dobre.

– A wracając do pogrzebu… – Olszan przerwał chwilę niezręcznego milczenia. – Mógłbyś wziąć Lesika do galopu. Siedzi nam na głowie i przynudza, nie da swobodnie pogadać. A ciała w tym upale…

Twarz Morawskiego wróciła do normy. Tej po paru głębszych.

– Swobodna wymiana? Myśli, tak? Rozumiem, kolego pilocie. Dobra.

Gabriela pojawiła się obok z dyskrecją brązowego ducha, co tylko po części tłumaczyły bose stopy.

– Możecie na chwilę przestać? – dotknęła ramienia majora. – Chyba coś słyszę.

Zrobiło się cicho. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak straszną martwotą tchnie to miejsce, gdy nikt nie strzela. Dziewczyna stała przez chwilę nieruchomo, po czym uniosła rękę, wskazując jakiś punkt na horyzoncie. Morawski nie miał problemów z nakierowaniem lornetki.

– Samolot. – Olszan nie potrzebował szkieł, by to stwierdzić.

– Tak. – Nie odrywając lornetki od oczu, Morawski wdusił przycisk radiostacji. – Uwaga, panowie, mamy gościa. Jedna maszyna w namiarze dziesięć. Szyszkowski, przygotuj się.

Usłyszałem gwizdek, lufa działka obróciła się energicznie.

– Ciekawe – mruknął Morawski. Mój żołądek zrobił się cięższy.

– Wypluj to – rzuciłem ponuro. – Jak ostatni raz tak mówiłeś… Niech to będzie nieciekawy mirage. Cokolwiek, byle nie następny mig.

Już widziałem samolot. Olszan widział więcej.

– Ty, co on ma pod skrzydłami? – zdziwił się. – Zbiorniki?

– Mam dwie wiadomości – oznajmił zamyślonym głosem major. Jęknąłem. – Dobra, że to nie mig. Wygląda jak Ił-28. Silniki, nie zbiorniki.

– To jest ta zła? – upewniła się Gabriela. Pewnie nie ona jedna miała wątpliwości. W Afryce nawet w czasach zimnowojennych marka samolotu niewiele mówiła. – Co to za samolot?

– Autentyczny, staromodny bombowiec. Rocznik 48, pierwszy radziecki napędzany silnikami odrzutowymi. Trzy osoby załogi, trzy tony udźwigu, wieżyczka strzelecka w ogonie i dwa działka z przodu.

– Wszystkiego po trzy – podsumowałem. – A czyja jest ta cholerna trójka? Bo przecież nie rosyjska.

– Ruscy już zapomnieli, że takie mieli. Dobre pytanie. Nie wiem.

Rocznik 48, jak na klasyczny bombowiec przystało, przesuwał się po niebie majestatycznie i niespiesznie. Pewnie dlatego nikt nie nurkował w okopie.

– I to jest całe wojsko – splunął Olszan. – On nie wie.

– To znaczy, że mają je i Etiopczycy, i Somalijczycy? – Nie zamierzałem bronić honoru armii, tylko nazwać rzeczy po imieniu.

– W tym sęk, że ani ci, ani ci. Egipt miał w miarę niedawno parę rozpoznawczych… ale to daleko. No i chyba Jemen.

– Co by tu robił jemeński bombowiec? – wyraził wątpliwość Olszan. Po czym sam sobie odpowiedział: – Rzucał bomby?

Zauważyłem, że głos mu wyraźnie stwardniał.

– Rozproszyć się i ukryć – zaskrzeczało radio głosem Filipiaka.

Pchnąłem Gabrielę, wskazując beerdeema. Zrobiła krok i się zatrzymała. Wyglądała jak jedno wielkie niezdecydowanie.

– No już, biegnij.

– Zostanę… – zawahała się – z wami.

Pchnąłem ją ponownie, ale tak, że trzy kroki musiała przebiec. Znów się obejrzała, lecz rozsądek wziął górę. Znikła pod pancerzem. Olszan też się wyniósł. Morawski został.

Dopiero teraz zauważyłem, że ił leci nie tyle wolno, co kursem, który bynajmniej nie przebiegał nad nami. To znaczy: pierwotnie. Bo w pewnym momencie zaczął zawracać.

Mimo wszystko wlókł się po niebie. Nie tak pilotuje się maszynę, która podchodzi do ataku.

– Słuchaj… może to jednak zrzut? Nisko zszedł, wolno leci…

Morawski nie odpowiedział. To on miał wydać rozkaz otwarcia ognia. Musiał się zastanowić. Bombowiec jest nawet lepszy od samolotu transportowego, jeśli trzeba zrzucić względnie niewielki ładunek w precyzyjnie wyznaczony punkt i nie dać się przy tym zestrzelić.

– Szyszkowski – w głosie majora trudno było rozróżnić emocje – on ma etiopskie oznakowanie. Uważaj, chłopie. Spokojnie.

Nie zazdrościłem im. Gdyby zestrzelili iła, a potem okazałoby się, że to była sojusznicza maszyna z jakichś świeżych dostaw… Nie mówiąc o tym, że przy okazji mogli zabić nas wszystkich. Zaręba miałby pewnie wielkie problemy z wyżebraniem następnego bombowca.

– Podchodzi do zrzutu.

Bał się. Czułem ten strach wyraźniej niż własny.

Samolot otworzył komorę bombową. Leciał nisko i powoli, jak w starym dowcipie o matce pilota, choć oba te pojęcia były względne, bo oznaczały pułap tysiąca metrów i szybkość myśliwca z ostatniej wojny światowej. Był poza zasięgiem karabinów – tylko i aż tyle. Półcalowe wukaemy mogły go dosięgnąć, ale w rękach kiepsko wyszkolonych partyzantów i w ilości jednego czy dwóch na większy oddział nie stanowiły śmiertelnego zagrożenia. Szczególnie jeśli leciało się dwusilnikową maszyną, zaprojektowaną właśnie w epoce działek i kaemów.

Szansa wywinięcia się naszej zenitówce była znacznie mniejsza. Nie mówiąc o gromie. Pilot iła musiał to wiedzieć, a my wiedzieliśmy, że on wie, i to prawdopodobnie przeważyło szalę.

Nie otworzyliśmy ognia do sunącego nad wąwozem samolotu.

Rakieta, która go trafiła, nadleciała z głębi sawanny.

Była nieduża, widoczna tylko dzięki warkoczowi dymu. Typowy pocisk ręcznej wyrzutni, standard w każdej szanującej się armii, ale bardzo rzadko spotykany na frontach etiopskiej wojny domowej. Pilot musiał być zdziwiony, kiedy wystrzelona przez obdartego koczownika rakieta rozwaliła mu prawy silnik. Chyba nie zauważył jej wcześniej: aż do momentu wybuchu bombowiec leciał jak po sznurku, szykując się do zrzutu.