Выбрать главу

Zabrakło sekund. Lekka głowica nie przerobiła wprawdzie samolotu na tak popularną w filmach kulę ognia, ale silnik, zamiast ciągu, od razu zaczął produkować dym i ogień. Nim pilot skontrował sterami, asymetria napędu zepchnęła maszynę z kursu i wypuszczając spod brzucha pierwszy zasobnik iliuszyn był już spory kawałek poza płaszczyzną wytyczoną przez wąwóz. Jeden po drugim, dziesięć długich cygar wypadło z komory, tworząc łagodny, wznoszący się w miarę oddalania sierp.

– Cholera – zaklął Morawski. – A jednak nasz… Może dociągnie.

Pierwszy rozkwitający na północ od wąwozu spadochron ostatecznie przesądził kwestię przynależności iła. Przywiózł zaopatrzenie, które opadało teraz szybko, choć bez porównania wolniej od bomb, gdzieś na ziemię niczyją.

– Kurwa – zakląłem. – Parę sekund później i byśmy to mieli.

– Dowódca do wszystkich – przemówiło radio. – Brać namiary na miejsca upadku. Spróbujemy ściągnąć chociaż te najbliższe.

Bombowiec, dymiąc, ale wolno nabierając wysokości, odlatywał na północ. Jakiś kaem obsypał go gradem pocisków smugowych i dopiero widok leniwego sznura paciorków, o całe hektary mijającego się z powolną na pozór maszyną, pozwalał człowiekowi zdać sobie sprawę, jak trudnym celem może być odrzutowiec.

Lepiej poszło innemu kaemiście, który wziął na muszkę jeden z bliższych nam zasobników. Ładunkiem zakołysało; jeśli w środku było radio, woda czy paliwo, właśnie straciliśmy dziesięć procent zrzutu. Jeśli amunicja, to jeszcze nie.

– Na górę – rzucił Morawski.

Zdążyliśmy. Żaden z zasobników nie dotarł jeszcze do ziemi. Morawski podrywał lornetkę, gdy pierwszy zawieszony na linkach spadochronu walec rozsypał się na rój mniejszych przedmiotów, odskakujących na boki i na podobieństwo desantowanych grupowo komandosów rozwijających w pośpiechu malutkie czasze spadochroników.

Zanim z wrażenia opadła mi szczęka, nastąpiło rozcalenie kolejnej bomby. Potem drugiej, piątej… Pomijając jedną, opadającą gdzieś w połowie rozciągniętego na pół kilometra łańcucha, cała pozostała dziewiątka wysypała swą zawartość w ciągu najwyżej czterech sekund.

– O, kurwa… – Morawski omal nie rozbił lornetki, opuszczając ją wraz z bezwładnymi rękami. Prawie półtora tysiąca małych spadochroników mknęło ku ziemi, nie tyle opóźniając tempo opadania podwieszonych pod nimi ładunków, co stabilizując je i zmuszając do przyjęcia zbliżonej do pionu pozycji. Oczywiście nigdy w życiu nie policzyłbym tego rozsianego po niebie mrowia – po prostu zgadłem, na co patrzę.

Dziesięć bomb kasetowych, po półtorej setki podpocisków w każdej.

Wiedziałem, do czego zdolny jest ten stalowy deszcz. Totalna zagłada wszystkiego, co żywe i nieopancerzone w miejscu upadku, a zarazem niemal całkowite bezpieczeństwo już kilkanaście kroków dalej – urok maleńkich prefabrykowanych odłamków polega na tym, że jest ich mnóstwo i że już na dystansie kilku metrów tracą mordercze właściwości. Nie chowałem więc głowy. Klęczałem, z mieszaniną fascynacji i zgrozy wpatrując się w przeraźliwą orgię błysków i kurzu, kurzu i błysków, fruwających krzaków i płonącej trawy.

Szeroki na pięćdziesiąt i długi na pięćset metrów pas sawanny eksplodował w setkach miejsc, wypełniając się drobnymi gwiazdkami ognia jak niebo nad świętującą sylwestra metropolią. Eksplozje tysiąca kilkuset bombek, z których każda ważyła trochę ponad kilogram, poderwały do góry kilkuhektarową chmurę kurzu; przynajmniej milion okruchów metalu cięło powietrze i dziurawiło piach.

Byliśmy daleko i mogliśmy patrzeć.

Kiedy zrobiło się cicho, Morawski założył osłonę na szkła lornetki i odszedł bez słowa. Wstrząśnięty, ale chyba trochę bardziej zamyślony.

*

Worek leniwie przesunął się nad wygładzoną belką. Operator wyciągarki przegapił właściwy moment i zaczepiony na końcu liny ładunek sturlał się aż na dno wąwozu, tłukąc w regularnych odstępach wysuniętą z jakiejś dziury ludzką ręką. Kierujący ewakuacją zwłok Hanusik pokręcił głową, ale nie powiedział słowa.

Wszyscy mieliśmy dość. Pragnienie przestało dokuczać – teraz już otwarcie dręczyło. Przy trzydziestu stopniach w cieniu, nie mając tego cienia, prawie nie zdejmując ciężkich kamizelek i hełmów, ryjąc nowe i nowe rowy strzeleckie, zabijając i próbując nie dać się zabić, już dawno wypociliśmy z organizmów nie tylko dzisiejszą rację wody, ale chyba wszystko, co wypiliśmy wczoraj.

Żołnierzy wciąż było stać na walkę. Na organizowanie przyzwoitych pogrzebów – już nie. Dwaj ruszający się jak muchy w smole chłopcy przeciągnęli zwłoki na plandekę, zwalili obok trójki innych, Hanusik machnął ręką i BWP ruszył, ciągnąc za sobą makabryczny ładunek. Nikt nie miał siły wnosić trupów do środka czy na dach. Lesikowi pewnie by się to nie spodobało, ale nie było go tutaj.

– Chcą pić.

Odwróciłem się i przez chwilę przyglądałem się Gabrieli. Miała na sobie tylko szorty i podkoszulek bez rękawów, ale mimo lepszego chłodzenia nie przewyższała energią podwładnych Hanusika.

– A ty? – Nie wiem, po kiego diabła o to pytałem.

– Sprzedam się za szklankę wody – zdobyła się na słaby uśmiech.

Cholera. Żartowała, jasne, ale przez chwilę, całkiem długą, nie pamiętałem, że i ja oddałbym niejedno za łyk czegoś mokrego.

– Nie stać mnie – powiedziałem z marną podróbką udawanego żalu. Pod cienką maską błazenady coś naprawdę we mnie załkało.

– Szkoooda – westchnęła. Miała więcej klasy niż ja i nadal brzmiało to żartobliwie. Ta rozmowa zapewne nie zaprowadziłaby nas donikąd, ale chyba troszeczkę ucieszył mnie widok Morawskiego.

– Porucznik chce nas widzieć – mruknął. – Chodź, to chyba ważne.

*

Zasieki prezentowały się dużo lepiej od tych, które zdążyliśmy – a raczej nie zdążyliśmy – zbudować na drugim końcu obozu. Dużo drutu, co najmniej kilkanaście min kierunkowych, czekających na frajerów, którzy spróbują pchać się wzdłuż wąwozu. Ustawiono je chyba zgodnie z konwencją – na prąd i zdalne odpalanie – ale z przodu było też sporo odciągów i chyba przerobione na pułapki granaty.

– Trafili któregoś kaemistę? – Mój refleks wypłynął wraz z resztkami potu: wpadłem na to dopiero na końcu wytyczonej wbitymi w ziemię zapałkami, bezpiecznej ścieżki. – Cholera, nie wziąłem…

– W porządku. Filipiak nic nie mówił o rannym.

Trzysta metrów dalej znaleźliśmy go klęczącego nad ludzkim ciałem. Trochę dalej tulił się do kamienia któryś z naszych żołnierzy z karabinem wycelowanym w najbliższy zakręt wąwozu.

– Nie żyje? – zapytałem. Filipiak trzymał beryla w jednej, a jakiś papier w drugiej dłoni. Nie wyglądało to na udzielanie pierwszej pomocy. Zwłaszcza że leżący nie miał na sobie plamiaka Wojska Polskiego. Ubrany był w oliwkowy kombinezon przeciwprzeciążeniowy pilota myśliwskiego, brunatny w tej chwili od krwi.

– Jeszcze przed chwilą żył.

Posłałem porucznikowi pełne niedowierzania spojrzenie, a potem szybko klęknąłem po drugiej stronie leżącego. Miał jakieś czterdzieści lat i rzadkie, jasne włosy. Nie musiałem nawet szukać pulsu: przez otwór w brzuchu, mimo samorzutnie utworzonego czopu z materiału, ścianki jelita i kału, nadal sączyła się krew.

– Ma pan tu umierającego człowieka i ani słowem…?

– Już po nim – przerwał mi spokojnie. – Wiele by pan nie zdziałał.