Mężczyzna był siny, oddychał płytko i szybko, oprócz rany w brzuchu miał jeszcze dwie inne, w łydce i udzie – trudno było odmówić Filipiakowi racji. Zanim jeszcze skończyłem ciąć kombinezon, wiedziałem, że nie mam tu wiele do roboty. Zewnętrzne krwawienie praktycznie ustało, a z wewnętrznym i tak nie mógłbym nic zrobić.
– To ten z miga? – na pół stwierdził, na pół zapytał Morawski. – Ależ twardy sukinsyn… Tyle czasu z takimi ranami.
– Wezwałem pana – powiedział cicho Filipiak – bo facet ma przy sobie zestaw sanitarny z lekami. Jeśli jest szansa, że oprzytomnieje, to mu je podamy. A jak nie, to nie.
– Po co panu przytomny somalijski pilot? Chce mu pan podziękować, że spudłował?
– Taki z niego Somalijczyk, jak ze mnie Eskimos. A tak do końca to nie spudłował.
– Jak to? – Morawski odruchowo sięgnął po podaną mu kartkę, ale patrzył nie na nią, a na podającego. – Przecież to ten od napalmu.
– W nas chybił. Ale skrzydłowy kaem… Wołynow i Zanetti.
– Co pan opowiada?! Wołynowa widziałem nie dalej jak…
– Gdzie? – przerwał mu Filipiak.
– Nieśli z Olszanem i Lesikiem jakieś skrzynki. Chyba naboje.
– O co właściwie chodzi? – zapytałem, sięgając po zamocowany pod pachą rannego pakiet ratunkowy. Dostrzegłem tam małą manierkę.
– Znaleźliśmy nadpalone zwłoki Zanettiego. Stanowisko kaemu to trzy okopy. Najbliższy jest przy samym wąwozie, tak by można go stamtąd skutecznie ryglować. Teraz nie jest obsadzony. Jeśli wierzyć Wołynowowi, to on został przy karabinie, a Zanetti gdzieś poszedł. Ładnych parę minut przed nalotem. Nie wrócił, ale Wołynow nie szukał go. Mówi, że nie mógł zostawić karabinu, no i myślał, że tamten jest z nami.
Morawski chciał coś powiedzieć, ale nie znalazł odpowiednich słów.
– To nie wszystko? – zerknąłem na Filipiaka, po czym odrzuciłem manierkę. Była pusta.
– Mocno się palił, ale nie od tego umarł. Zabiła go kula z pistoletu. Tu – dotknął skroni. – Pistolet leżał obok. Beretta Zanettiego.
Zestaw ratunkowy zawierał opatrunek. Rozciąłem opakowanie i zamknąłem ranę – dla spokoju sumienia.
– Zaraz – Morawski otrząsnął się z pierwszego wrażenia. – Dobrze rozumiem? Sugeruje pan, że to Wołynow go…?
– Nie wiem. To niedaleko, ale była bitwa, hałas jak cholera. Zanetti mógł się palić i strzelić sobie w łeb, a Wołynow miał prawo tego nie słyszeć piętnaście metrów dalej. W okopie jest tyle łusek, że łopatą by można… Ale całe godziny minęły, nim się dowiedziałem, że Wołynow jest tam sam. I to nie od niego, a od swoich żołnierzy. Nikt nie wie, co robił Wołynow przez ten czas. Był w okopie – uprzedził pytanie majora. – Strzelał, raz i drugi odpowiadał na zawołania. Ale gdyby chciał się jakoś skomunikować z Sabahem, bez świadków…
– Naciągane – pokręcił głową Morawski. – Tu już nie ma roboty dla szpiega. Co miałby im zdradzać?
– Niby tak – zgodził się Filipiak. – Ale przy Zanettim znalazłem jeszcze jeden pistolet. Leżał na ziemi obok zwłok. Nie wiem, może zdobyczny. Tyle że dziwny. Kaliber pięć z kawałkiem, amerykańska dwudziestkadwójka. Koniec lufy ma nagwintowany.
Zapadła krótka cisza. Przyglądał się nam, próbując ocenić, czy jego słowa wywarły odpowiednie wrażenie.
– Tłumik? – Morawski pierwszy dorósł do jego oczekiwań. – Chce pan powiedzieć…? Mogę zobaczyć tę broń?
– Schowałem – porucznik popatrzył mu trochę wyzywająco w oczy. – Teraz to gówno pomoże, ale jeśli przeżyjemy, może da się zdjąć odciski palców. Nie palił się. Beretta jest przypalona, Zanetti też, a temu maluchowi się udało. No i leżał na wierzchu. Ni w pięć, ni w dziewięć, nie wiadomo dlaczego. Tłumika nie znaleźliśmy – przyznał – ale po tej historii z Pawlikiewiczem tylko idiota trzymałby go przy sobie.
– Jakiej znowu historii? – zirytował się major.
– Podcięli mu gardło, ale dostał też kulę w tył głowy – mruknąłem.
– I teraz mi to mówisz?! Wielkie dzięki za zaufanie!
– Teoretycznie pistolet też powinien wyrzucić – myślał na głos Filipiak. – Tyle że nawet bez tłumika to cicha, dyskretna broń. No i nie przypisana do konkretnej osoby. Nie wiem, w co gra albo grał ten facet, ale chyba nie liczy na to, że wszyscy tu wyginiemy. Czyli musi brać pod uwagę śledztwo, i to cholernie szczegółowe.
– Wołynow – powiedział Morawski z krzywym uśmiechem – ma własny pistolet, naszego beryla, karabin maszynowy, granaty, nóż, kamienie, pałki i ręce na koniec. A dam głowę, że potrafi zabić człowieka gołymi rękami. Byłby idiotą, nosząc przy sobie taki trefny pistolet. – Przeniósł na mnie pozbawione entuzjazmu, ale też wolne od wahań spojrzenie. – Już prędzej stawiałbym na twoją pupilkę. Służbowej broni nie ma, a gołymi rękami mogłaby sobie nie poradzić w nagłej potrzebie. Pozostawiłem to bez komentarza.
– Niech pan to obejrzy – porucznik trącił wręczoną Morawskiemu kartkę. – Głównie liczby, ale te skróty obok… Cyrylica. To Rusek.
Obracałem w palcach znalezioną w rzeczach pilota strzykawkę. Zastanawiałem się, czy jest sens używać jej właśnie teraz.
– Kiepsko zarabiał – mruknął Morawski, wodząc wzrokiem po chaotycznych zapiskach. – Za te pieniądze nie rzucałbym napalmu. A skoro mowa o Wołynowie, to tym bardziej nie podstawiałbym łba pod napalm.
– Ruscy najemnicy są tani – wzruszył ramionami Filipiak, patrząc na jasnowłosego pilota. – O ile to najemnik.
– A niby kto? – zapytałem bez zapału.
– Mógł rzucać to gówno ku chwale mateczki Rosji.
– Może. – Morawski oddał porucznikowi papier. – Ale mateczkę bym skreślił. To nie jest po rosyjsku. – Filipiakowi wydłużyła się mina. – Pierwszy rzut oka bywa mylący. Widzi się cyrylicę i od razu człowiekowi staje przed oczami sierp, młot i pijany Borys w rubaszce. A to akurat przedstawiciel bratniego narodu ukraińskiego.
Filipiak przykleił się spojrzeniem do kartki. Potem złożył ją i wepchnął gniewnie w kieszeń.
– Tak czy siak, chcę z nim pogadać – mruknął. – Najlepiej teraz. Bez urazy, ale nie wierzę, by go pan długo utrzymał przy życiu.
– Jak w filmie o gestapo. – Lekkim uśmiechem Morawski złagodził wymowę słów. – Teraz lekarz powinien powiedzieć: ale to go zabije.
– Z ust mi wyjąłeś – przyznałem.
– Ten facet wie, co jest grane – przypomniał ponuro Filipiak.
– A co ma być? – wzruszył ramionami Morawski. – Sprzątnęliśmy narzeczoną lokalnemu szejkowi, więc uruchomił wszystkie znajomości. Odrywa Ogaden od Etiopii, więc ma je pewnie spore.
– Bombowiec miał etiopskie znaki.
– Fortel wojenny. Jak chciał nas załatwić na cacy jedną celną salwą, musiał zejść nisko. I prawie mu się udało.
– No właśnie: prawie. Na szczęście Sabah zagrał fair i zestrzelił go w ostatniej chwili. To miłe, ale za cholerę tego nie rozumiem.
Dźwignąłem się z ziemi.
– Pójdę po nosze.
Poruszała się boso, jak Gabriela, ale widać było, że nie ma w tym wielkiej praktyki.
– Żyje pan? – uśmiech miała równie blady jak stopy. Na jej miejscu po powrocie od kraju położyłbym je Michnikowi na biurko i zażądał podwyżki: były żywym dowodem, że pani redaktor spaliła resztę ciała na brąz pracując, a nie zbijając bąki na plaży.
– Ale co to za życie – machnąłem ręką. Siedziałem na północnym stoku, skąd przez wypalone w siatce dziury widać było cały mój szpitalik, ale gdzie dało się odpocząć od smrodu, jęków i poczucia bezsilności. Nie było tu też goręcej: słońce zeszło na tyle nisko, że wąwóz znalazł się w cieniu.
– Klapnę obok, dobrze? – Nie czekając na zgodę, usiadła na podwiniętej nodze. – Siostra dalej strajkuje?