Выбрать главу

– Wywalą was do kraju jednym samolotem, nieroby.

– Załamanie nerwowe – wzruszyła ramionami. W nozdrza uderzył mnie zapach perfum. Uderzył całkiem dosłownie: nie pożałowała ich sobie. Chyba nie panowałem nad mięśniami twarzy, bo roześmiała się cicho. – Przesadziłam? Cóż, z braku wody… Przy okazji: nie namówiłby pan swojej Gabrysi na zamianę? Trochę wody za pół takiego flakonu – pociągnęła lekko za przód koszuli, wydmuchując dodatkową porcję kwiatowego zapachu. Kojarzył mi się z nieco sztywną elegancją, kobietami po trzydziestce, ubranymi i uczesanymi za ciężkie pieniądze. Właściwie pasowała do swych perfum, tyle że nie teraz.

– Nie da rady. – Zastanawiałem się, czy tego żałuję. Gabriela zupełnie nie kojarzyła mi się z takim zapachem, ale z drugiej strony…

– Nie w jej typie? No tak, o ile pamiętam, woli jabłka.

– Jabłka?

– Zielone jabłuszko. Jak byłam w liceum, też używałam. Wtedy były na topie. Teraz już nie. Przynajmniej w naszej grupie wiekowej.

Musiałbym całe lata nosić stanik i spódnicę, by zgadnąć, co miała na myśli. Kobiety potrafią wbijać szpilki tak zręcznie, że sama ofiara nie wie, czy powinna odczuwać ból. Na szczęście ta, której dotyczyła ewentualna złośliwość, kiwała się sennie po drugiej stronie wąwozu, odganiając muchy od Juszczyka.

– Mam po pół szklanki na rannego – powiedziałem. – To będzie ich ostatni mokry posiłek. Jest też maleńka rezerwa na obmywanie nowych ran i ewentualną kroplówkę.

– Aż tak źle? – Chyba nie wiedziała, do jakiego stopnia leżymy na łopatkach. – Niewiele pan może dla nich zrobić.

– Niewiele – przyznałem. – Już dawno powinni być w szpitalu. Zaręba pokazowo dał dupy.

– Nie przepada pan za nim – uśmiechnęła się.

– Można to tak ująć.

– To, że pana wsadził, nie ma oczywiście nic do rzeczy?

– Wsadził mnie, bo już przedtem nie bardzo się lubiliśmy.

– A myślałam, że za zabicie jakiegoś Etiopczyka.

– Musiałbym rzucić atomówkę na Addis Abebę, żeby wstrząsnąć Zarębą. Jego tubylcy nie interesują.

– Niezależnie od płci?

– Proszę?

– Nie, nic. Tak mi się powiedziało. On, zdaje się, lubi kobiety.

– I co z tego?

– Więc pan też o tym słyszał? – podchwyciła.

– O czym?

– Proszę nie udawać. To podobno niesamowity babiarz.

– Nie obchodzi mnie prywatne życie generała Zaręby – poinformowałem ją. – Jeśli chce pani zapytać, czy leczyłem go z trypra, to z przykrością muszę…

– Nie chcę sprawiać panu przykrości – powiedziała szybko, nie gubiąc przy tym uśmiechu. – Może nawet wyświadczę przysługę, kto wie? – Ona najwyraźniej nie wiedziała, bo zastanawiała się jakiś czas, poważniejąc aż do marszczenia brwi włącznie. – Pamięta pan naszą pierwszą rozmowę?

Uświadomiłem sobie, jak strasznie dawno to było.

– Mniej więcej.

– Wspomniał pan o jego sekretarce… pamięta pan?

– O sekretarce?

– Zapamiętałam to. – Wpatrywała się we mnie, dając milcząco do zrozumienia, że nie da się wodzić za nos. – Żartował pan, że pomieszała coś w papierach i dlatego…

– A tak, faktycznie. No i co z tą sekretarką?

– W tym sęk, że nie ma żadnej sekretarki.

– I? – Niespecjalnie mną to wstrząsnęło.

– A pan twierdził, że jest. Przegapiłam to wtedy, bo o czym innym rozmawialiśmy, ale pamiętam, że się pan przy tym upierał.

Poczułem chłód. Po raz pierwszy od bardzo dawna, wbrew prawom fizyki, biologii i zdrowego rozsądku. Głęboko, w samym środku.

– Panie Jacku?

Za długo milczałem. Albo po prostu szła za ciosem.

Dźwignąłem się i ignorując zdziwioną Agnieszkę przeszedłem na drugą stronę wąwozu. Coś szczególnego musiało być w tym marszu, bo rzucone w roztargnieniu spojrzenie Gabrieli przykleiło się do mnie na dobre.

Wyczuła, że nie jest dobrze. Znieruchomiała, tylko oczy unosiły się coraz wyżej w miarę, jak się zbliżałem.

Złapałem ją za nadgarstek i jednym szarpnięciem postawiłem na nogi. Bez trudu. Była wbrew pozorom szczuplutka, a we mnie wszystko wrzało.

Nie mogłem mówić; jeszcze nie teraz. I chyba nie chciałem, choć potrzeba zachowania dyskrecji była ostatnią z tych, które odczuwałem. O wiele silniejsza, a przecież też nie pierwszorzędna, była pokusa wymazania tej wystraszonej, brązowej twarzy ze swego życia, odrzucenia jej na koniec wszechświata potężnym ciosem pięści.

Zamiast tego powlokłem ją wzdłuż wąwozu jak przerażone dziecko, które zrobiło coś złego i teraz drobi w pośpiechu za rozwścieczonym ojcem. O nic nie pytała. To milczenie roznosiło w strzępy resztki nadziei.

Poniosło mnie aż pod spalony wrak cysterny. Niemal rzuciłem dziewczyną o bok szoferki. Zadudniło, sypnęło sadzą. Potem staliśmy naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. Rozcierała zgniecioną rękę, ale wciąż się nie odzywała. W jej oczach skrucha i lęk walczyły o prymat z wyzwaniem i gniewem.

Nigdy jeszcze nie była tak piękna.

– Kim ty właściwie jesteś? – Całe lata świetlne dzieliły mnie od spokoju, ale wyładowałem się na tyle, by panować nad głosem.

– To bolało – powiedziała cicho.

– Bolało?! Dopiero może cię boleć! – Cofnęła się, trafiając plecami na wrak. – Ten telefon z gabinetu Zaręby to jedno wielkie gówno. Zaręba nie ma sekretarki. Skopałaś sprawę. Bo to oczywiście ty się pod nią podszyłaś, prawda? – Wpatrywała się we mnie bez drgnienia, tylko oczy sprawiały wrażenie wilgotniejszych. – Swoją drogą to cholernie proste. Tu wystarczy bezbłędna polszczyzna i nikt nawet nie pomyśli… Tak to zrobiłaś? – Leciutko skinęła głową. – Ale z nas kretyni… Ten papier z podpisem generała to też lipa?

– Nnnie… to znaczy… trochę.

– Dobrze się bawiłaś, co? Trafił się kretyn doktorek, rycerzyk z bożej łaski…

– Nie – potrząsnęła głową. – Nic nie rozumiesz…

– To chyba normalne, nie? Takie prostoduszne głupki dlatego właśnie są użyteczne: bo nie rozumieją. Durny Szczebielewicz jadł ci z ręki i jeszcze warczał na każdego, kto rzucił krzywe spojrzenie. Piątka z manipulacji. To szkolenie czy wrodzony talent?

Jeszcze raz potrząsnęła głową w geście rozpaczliwego zaprzeczenia. Zauważyłem, że patrzy gdzieś za moje plecy, ale guzik mnie obchodziło, ile usłyszy redaktor Wielogórska i co zrobi z tą wiedzą.

– Albo wyśpiewasz, o co w tym wszystkim chodzi – wycedziłem – albo sam cię poprowadzę pod najbliższe drzewo. To wojna, a na wojnie szpiegów się rozwala. Nawet gdyby Filipiak miał opory, to pozostają jeszcze inni. A tu cię nikt nie lubi.

Nie umiałem rozszyfrować wyrazu jej twarzy. Nieważne. Miałem jej dość, nie chciałem oglądać. Gdyby nie poczucie solidarności ze wszystkimi, którzy już umarli, umierali bądź mieli wkrótce umrzeć, pewnie w ogóle dałbym sobie spokój z Gabrielą Asmare.

– Nie okłamywałam cię. – Płaczliwa nuta zadrżała w jej głosie.

– No pewnie – zaśmiałem się szyderczo.

– Wiem, jak to wygląda… Ale musisz mi uwierzyć, że nikomu…

– Muszę?! Nic nie muszę! Przyjmij to łaskawie do wiadomości i zakoduj w tej cwanej główce: już nikt nie musi ci wierzyć!

To coś w jej oczach, czego nie potrafiłem dotąd nazwać, to był wyrzut. Tak głęboki, że aż wstrząsający. Nie rozumiałem tego.

– O co mnie właściwie podejrzewasz? – zapytała cicho.

– O wszystko. O wszystkie te trupy – zatoczyłem krąg dłonią. – Może z wyjątkiem Urbańskiego. A może i nie.

– Kto to jest Urbański?

– Już zapomniałaś? Jeden w tę, jeden w tę, niewielka różnica, co? Po niego przylecieliśmy. Tylko że już wtedy nie żył. Kurewsko spóźniona akcja ratownicza. Rekord świata. To też twoja zasługa?