– Chyba oszalałeś…
– Dlaczego tak ostro? To się całkiem logicznie układa: spada śmigłowiec, trzeba szybko posprzątać, a agentki nie ma pod ręką. Więc co robimy? Opóźniamy odlot. Mogliśmy wylecieć dzień wcześniej, prawda? I ten chłopak mógł przeżyć. – Kręciła głową, zaprzeczając każdemu kolejnemu zdaniu. – Ale nie dało się tak szybko zmontować twoich papierów, wuja Asmare w Kasali…
– Człowieku, o czym ty mówisz?!
– Masz nerwy jak postronki, to trzeba przyznać. Kto by pomyślał, że ta miła panienka, narażająca życie raz po raz, prująca do partyzantów jak do kaczek, to ich własna wtyczka? Swoją drogą…
– Dasz mi coś powiedzieć? – warknęła. To mnie otrzeźwiło. Jak się kogoś przesłuchuje, dobrze jest dopuścić go czasem do głosu.
– No, słucham – rzuciłem opryskliwie.
– Buchnęłam Zarębie formularz i podrobiłam jego podpis. Zadzwoniłam do oficera dyżurnego, żeby załatwić z osłem… Gdybym nie zadzwoniła, to on na pewno sprawdzałby u generała, czy to nie jakiś kawał… I to wszystko. Cała lista moich łajdactw.
– Gówno prawda – powiedziałem z przekonaniem.
– Nie jestem żadną agentką! Pojechałam do stolicy, bo padało nam bydło! Chciałam załatwić paszę i leki, to wszystko!
– Fajna bajka. Możesz ją opowiadać małym Murzyniątkom przy wypasie kóz.
Pociemniała na twarzy; gniew i uraza wygrywały ze strachem.
– Wyłazi z ciebie biały gnojek… – Zrobiłem krok w jej stronę, ale zdołałem się opanować. Chyba niepotrzebnie. – To cię boli, prawda? Że jakaś czarna małpa z gównem pod paznokciami zamiast posikać się z radości i szybko dać dupy wielkiemu panu doktorowi, zrobiła pana doktora w pokazowego…
Uderzyłem wierzchem dłoni. Za szybko, by choć zbliżyć się do nokautu, ale dostatecznie mocno, by głowa odskoczyła z plaśnięciem, a dziewczynę zarzuciło w prześwit między szoferką a zbiornikiem.
– Zaszli dalej niż my – usłyszałem głos Olszana. – Leją się jak stare małżeństwo. A ja myślałem, że to mnie trafiła się najszybsza dziewczyna.
Nie wiem, po co się odwróciłem: by nie oglądać Gabrieli, czy może chcąc podziękować za wybijanie mnie z roli damskiego boksera. W każdym razie głupio zrobiłem.
Tylko przez chwilę wpatrywali się we mnie oboje z wyrazem zakłopotania na twarzach. Niemal od razu przenieśli spojrzenia na coś, co miałem za plecami. Wykonałem kolejne „w tył zwrot” i zastygłem.
Somalijskich trupów nikt nie pogrzebał, poprzesuwano je tylko, byle dalej od okopów. Jeden z nich, okopcony, lecz wciąż boleśnie znajomy, leżał tuż obok, wepchnięty pod przedni zderzak cysterny. Jego karabin nie zainteresował już sprzątających, podobnie jak nóż, którym omal nie podciął mi gardła. Może dlatego, że oba zdrowo nadgryzł ogień.
Okopcone łoże i nadpalona kolba sprawiały, że tkwiący bagnetem w ziemi SKS przypominał wyjętą z ogniska gałąź, ale czułem, że pod warstewką popiołu kryje się wystarczająco dużo zdrowego drewna, by drżący bagnet, zawieszony ćwierć metra od mego pępka, gładko i bezproblemowo wjechał aż po kręgosłup.
– Nie ruszaj się. – Mogła sobie darować tę oklepaną formułę, z drugiej jednak strony dobrze zrobiła. Zaoszczędziła mi zbędnych pytań. Nie żartowała. I nie oszalała. Co oczywiście nie znaczyło, bym doszukał się głębszego sensu w jej postępowaniu.
– Nie ruszam się – powiedziałem łagodnym tonem. Cała złość nagle wyparowała. Jesteś kobietą, bije cię mąż, twój facet obija tobą tynk ze ścian? Nie dzwoń po policję, spraw sobie starego Simonowa z porządnym bagnetem. Skutek murowany. – Spokojnie.
Prosiłem o zbyt wiele. Była opanowana, ale na pewno nie spokojna. Oznaczało to, że potrafi wprawdzie zrobić z karabinem – a więc i ze mną – co zechce, lecz do skutecznego użycia broni popchnie ją raczej impuls niż chłodna kalkulacja. Trudno sobie wyobrazić gorszą mieszankę kompetencji i niepoczytalności.
– Oszalała pani? – dobiegł z tyłu pełen niedowierzania, ale i lęku głos Agnieszki. Olszan jeszcze raz wyświadczył mi przysługę i milczał.
– Nic się nie stało – rzuciłem w przestrzeń, kładąc fundamenty pod blady uśmiech. Nie bardzo mi szło. Musiałem patrzyć w oczy Gabrieli. – Drobna sprzeczka. Nie mieszajcie się do tego.
– I stójcie, gdzie stoicie. – Ćwierć kroku w bok i wymowny ruch końcem lufy. Nie zdziwiła mnie głucha cisza z tyłu.
– Zanim zrobisz coś głupiego, dwa razy pomyśl – powiedziałem.
– Nad czym tu myśleć? Jestem szpiegiem, zdemaskowałeś mnie, więc chyba muszę uciekać.
Wygłosiła tę kwestię głosem jak z komputera. I przeraziła mnie. Zdałem sobie sprawę, że może kogoś zabić wcale nie pod wpływem emocji, a dlatego, że jest to po prostu logiczne.
– Panie Olszan! Uruchomi pan samochód i wjedzie tam. – Wskazała północny brzeg wąwozu. – Tylko bez żadnych sztuczek.
Nie mówiła nic o rzucaniu broni, więc widocznie nie nosił niczego za paskiem. Ale poza tym sprawy przedstawiały się fatalnie. Ktoś mógł nas zobaczyć, a tworzyliśmy dość jednoznaczny w wymowie obrazek. Nie wiedziałem już, czego bardziej się boję: że nabije mnie na bagnet czy ratunku ze strony jakiegoś żołnierza, który położy ją jednym strzałem.
– Zostawcie nas. – Pozwoliłem sobie na ćwierć obrotu głowy. – Nic się nie dzieje, to zwykła kłótnia zakochanych.
– Zamknij się – powiedziała cicho.
– Gabriela ma wypaczone poczucie humoru – ciągnąłem z uśmiechem, który, miałem nadzieję, da do myślenia ewentualnemu snajperowi. – Ale nikogo nie zastrzeli. Ten karabin nie jest załadowany.
Nie zdołała się powstrzymać przed szybkim spojrzeniem w dół, na broń, która być może wcale bronią nie była. Z jej perspektywy. Z mojej sam bagnet czynił z niej osobę uzbrojoną ponad miarę.
– Oklepany numer – rzuciła z pogardą. – Słuchajcie go, a wylądujecie w piachu z kulą w brzuchu.
– Daj spokój. Co chcesz zrobić? Powiedzmy, że Filipiak cię wypuści. Co dalej? Przeprosiny z narzeczonym?
– Zapomniałeś? Jestem tajną agentką – zakpiła gorzko. – Czekają na mnie z medalem i mnóstwem srebrników.
Nagle zdałem sobie sprawę, że to za długo trwa. Banalne odkrycie, które jednak stawiało świat na głowie.
– Nikt na ciebie nie czeka. – Może nie byłem tego taki pewny, ale chciałem wierzyć sam sobie i to podnosiło rangę moich słów. – Uciekniesz do Sabaha, a on cię zabije. Tylko dlatego, że mnie też poniosły nerwy i cię uderzyłem. – Trzy pary oczu wpatrywały się we mnie, usiłując odgadnąć, do czego zmierzam. – Przepraszam. Nigdy więcej tego nie zrobię.
Jej twarz nie zdradzała myśli. Ciało już trochę tak. Nadal mogła mnie przebić, ale wyczułem, że nie zamierza atakować jako pierwsza.
– Nie będziesz mnie bił – skinęła głową. – Po prostu pozwolisz… po prostu mnie rozstrzelacie – poprawiła się.
– Nie będzie samosądu – powiedziałem patrząc jej w oczy. – Tylko dochodzenie. Jeśli przeżyjemy. Ale przecież jesteś niewinna, prawda?
– Zależy, o czyją prawdę pytasz. – Wolałbym nigdy nie oglądać jej zimnego, wrogiego uśmieszku. – Każdy ma swoją.
Niczego nie byłem pewien. Poza tym, że nie będzie uciekać. Ktoś, kto postawił na rozpaczliwą ucieczkę, nie bawi się w filozofowanie.
– Nie mogę obiecywać za innych. Mogę ci tylko przyrzec, że nikomu nie pozwolę cię skrzywdzić.
– Dużo mi z tego przyjdzie.
– Mało – zgodziłem się. – Tyle, że cię rozstrzelają w towarzystwie.
Bagnet opadł o dobre pół metra. Wyglądała jak wtedy, gdy ją spoliczkowałem. Dopiero teraz tak naprawdę szarpnął mną ból, spowodowany tamtym ciosem, bo dopiero teraz odczytałem wyraz jej twarzy. Było to zdumienie przemieszane z rozżaleniem tak głębokim, że aż mącącym w głowie.