Było nas dwóch i ten drugi, zupełnie niepoczytalny wariat, najpierw podniósł rękę na najważniejszą kobietę mego życia, a teraz tak po prostu oświadczył, że umrze wraz z nią. I mówił to śmiertelnie serio – to dlatego tak wstrząsnął i mną, i Gabrielą.
– Ale z ciebie drań – szepnęła. Po czym szybko, lecz nie na tyle, bym przegapił łzy, wbiła karabin w ziemię i uciekła za wrak ciężarówki.
Ktoś trącił mnie w ramię.
– Pani redaktor czegoś od ciebie chce.
Otworzyłem oczy. Gabriela. Wróciła. I nawet wyglądała normalnie. Ale coś się zmieniło. Zrobiła, co trzeba, i odeszła do swego oddziału poparzeń tak szybko, jak pozwalały jej długie nogi i zmęczenie.
Była tu jednak, wróciła. Starałem się tak o tym myśleć.
Dotarłem do węzła łączności prawie równo z Filipiakiem: poprzedzony pukaniem karabinów przetoczył się przez krawędź wąwozu i niemal wylądował mi na grzbiecie.
– Jest Zaręba! – rozradowana Agnieszka omal nie wyskoczyła nam na spotkanie. – Krzysiek złapał Addis Abebę!
Olszan wręczył porucznikowi wolny kask. Oparłem się o ścianę i bez uśmiechu słuchałem raportu. Dwudziestu dwóch zabitych, siedmiu rannych, amunicja na wykończeniu, uszkodzony bewup, samochody prawdopodobnie niezdatne do szybkiej i dalekiej jazdy, brak wody, brak lekarstw…
– Chcę z nim pomówić – powiedziałem, kiedy Filipiak zwolnił przycisk i sam zaczął słuchać. – To ważne.
Zbył mnie machnięciem dłoni. Słuchał. Obaj słuchali: odbiór był chyba dobry i Olszan ani razu nie próbował sięgać do najeżonego klawiszami i pokrętłami pulpitu. Chociaż, z drugiej strony, nie wyglądał na kogoś, czyje uszy pełne są słodko brzmiących dźwięków. Odniosłem wrażenie, że coś mu się nie podoba.
– Z tego, co wiem, w bardzo złym. Przynajmniej dwaj – odezwał się po dłuższej chwili Filipiak. Potem przyszła moja kolej. Olszan zawahał się, ale ponaglany jednoznacznym gestem, oddał mi swój kask.
– Kapitan Szczebielewicz – zameldowałem się.
– Porucznik zaznajomi pana z sytuacją. – W głosie Zaręby trudno było doszukać się wyraźniejszych emocji. – Co do rannych, w najbliższym czasie nie ma szans na ich ewakuację bezpośrednio od was. Dlatego chcę, by przygotował ich pan do drogi i posłał samochodami do Werder.
– Co?! – Z wrażenia zapomniałem o wduszeniu przycisku nadawania. Może i dobrze się stało. Miałem czas poprawić ton. – Nie rozumiem.
– Odjadą do najbliższego etiopskiego garnizonu. Na dowódcę grupy wyznaczam majora Lesika. Za stronę medyczną odpowiadać będzie siostra Nowicka. Oddacie im wszystkie zbędne bagaże i resztę wody; chcę mieć do dyspozycji pancerną grupę uderzeniową, a nie cygański tabor. W nocy wyjdziecie z okrążenia i… to zresztą wyjaśniłem Filipiakowi. Pańskim zadaniem jest przygotowanie rannych do jazdy, a następnie zabezpieczenie medyczne głównych sił. Zrozumiał pan?
– Mam porzucić rannych na polu walki? – Fakt, że nie tymi słowami to ujął, ale tak to odebrałem. – Obawiam się, że nie do końca zdaje pan sobie sprawę z tutejszych realiów.
– Ciągle jest pan w wojsku i obowiązuje pana dyscyplina. – Trzeba przyznać, że zareagował dość wstrzemięźliwie jak na generała, którego poucza byle kapitan, w dodatku nie będący oficerem liniowym. – Zrobi pan, co powiedziałem, albo już teraz odda broń i pas Filipiakowi. Nawiasem mówiąc mamy już w depozycie jeden pański pistolet. Radzę nie przeciągać struny, Szczebielewicz. Nie zdecydowałem jeszcze, co zrobię z tamtą sprawą.
Potrzebowałem tylko paru sekund, by się otrząsnąć – oto co znaczy właściwe nastawienie. Nie oczekiwałem niczego dobrego od Zaręby.
– Jeszcze jedno – powiedziałem bez zapału. – Jest tu pani Asmare z etiopskiego Ministerstwa Rolnictwa. Ma papier z pana podpisem.
– No i?
Nie miałem odwagi wierzyć. Jeszcze nie. Ale widziałem zdziwioną minę Filipiaka i to podsycało nadzieję.
– To… to autentyczny dokument? Pan zatwierdził jej przelot?
– Nie znam jej, ale skoro odlatywaliście w tę samą stronę… Nic nas to nie kosztowało.
– Wygląda na to, że to ona jest przyczyną naszych kłopotów – nie wytrzymał Filipiak. – Ten cały Sabah mocno się o nią upomina.
– Tak, słyszałem, pan Olszan zdążył… – generał urwał tak nagle, że przez chwilę podejrzewałem awarię. Może słusznie, bo następna kwestia nie całkiem nawiązywała do poprzedniej. – Polski paszport to polski paszport, nie kawałek papieru toaletowego. Niech pan o tym pamięta, poruczniku. A o przyczynie waszych kłopotów…
Tym razem zamilkł na dobre. Przez kilka następnych minut Olszan zmagał się z nadajnikiem. Bez powodzenia.
– Za pół godziny odprawa – Filipiak popatrzył mi w oczy. – Niech pan się zastanowi nad stanem rannych. Słyszał pan rozkazy.
– Jest źle. – Jakby na potwierdzenie tego wstępu, gdzieś blisko eksplodował pocisk, a o burtę bewupa zabrzęczały co najmniej dwa odłamki. Artyleria Sabaha przypominała o sobie, tym razem waląc z dział bezodrzutowych. – W nocy doszło do serii buntów w armii rządowej. Zaatakowano też w skoordynowany sposób liczne obiekty o znaczeniu strategicznym. Co gorsze, ostrzeliwane są też posterunki UNIFE, choć wygląda to raczej na blokadę niż atak. W stolicy trwają walki uliczne. Dire Dawa padła, kilkudziesięciu Hindusów dostało się do niewoli, jeszcze nie wiadomo, czyjej. Ale nie to jest najgorsze…
– Rany boskie – powiedział ponuro Morawski – niech pan nie mówi, że Sejm znowu grzebie w emeryturach mundurowych.
Może zdołałby nas rozśmieszyć, gdyby następny pocisk nie sypnął o pancerz całą garścią odłamków. I gdyby to, co właśnie obwieścił Filipiak, nie brzmiało tak zaskakująco. Fakty są faktami, ale po minach większości zebranych widziałem, że trudno im się z nimi pogodzić.
– Ktoś ostrzelał francuską bazę lotniczą w Dżibuti. Nie tylko my, ale cały kontyngent został bez parasola powietrznego. Przez najbliższą dobę nie możemy liczyć na żadne samoloty.
Przez chwilę panowała wymowna cisza.
– Komuś całkiem odbiło – mruknął Olszan ponurym tonem. Chyba nie ja jeden oburącz podpisałbym się pod tym komentarzem. Nic dodać, nic ująć.
– A co na to Somalia? – zapytał Morawski.
– Somalia jako państwo w praktyce nie istnieje, ale to dobre pytanie. De Sousa nawiązał kontakt z niejakim Farahem Abgalem. To głowa jednego z klanów rządzących na północy kraju. Facet ma dobre układy z Zachodem. Otóż ten Abgal ma pod kontrolą całe pogranicze na północ od nas. Zgodził się, byśmy przeczekali najgorsze w którejś z jego baz. Tyle że swoich rannych leczy przy pomocy szamanów, więc musimy przedtem rozdzielić siły i odesłać rannych.
– Nie bardzo jest co dzielić – zauważył Ciołkosz. Wydawał mi się bardziej żwawy i spocony od pozostałych, ale kiedy człowiek wie, że patrzy na kwatermistrza, trudno o obiektywizm.
– Właśnie dlatego. Mamy ściągnąć na siebie uwagę przeciwnika, a rannych wyprawić bezpieczną trasą. W dowództwie starannie wszystko przeanalizowali. Mają dokładne mapy terenu.
– My też mamy – zauważyłem. – Sabah ma. Wszyscy mają. I co z tego?
– Te, o których mówił generał, są o parę klas lepsze. – Filipiak zawiesił głos i daję głowę, że było to wierne naśladownictwo Zaręby. – Dostał od rosyjskiego attache wojskowego w Abebie stare opracowania taktyczne z czasów wojny ogadeńskiej.
Postarał się, by zrobić wrażenie na słuchaczach. I zrobił.
– Ma pan na myśli tę z lat siedemdziesiątych? – upewnił się Olszan. – To ładnie ze strony Ruskich, że powierzyli nam cenny zabytek. Ale co Zaręba chce z tym zrobić? Przekazać w geście dobrej woli Muzeum Armii Somalijskiej?