– Co tam jest? – W głosie Morawskiego było ciut więcej szacunku.
– Wszystko. Każda przejezdna trasa z podanymi czasami, optymalną szybkością w zależności od pory doby i roku, strefy ostrzału, martwe pola… Eksperymentowali z wykorzystaniem rozpoznania satelitarnego i nowoczesnej topografii do taniego Blitzkriegu w warunkach afrykańskich. Wie pan: wymanewrować małymi siłami przeciwnika, ogłupić, rozwalić po kawałku. Zresztą nie wiem, może po prostu chodziło o spektakularne zwycięstwo Etiopczyków. W każdym razie zaznaczono tam szlaki wiodące przez miejsca, które według normalnych map są nieprzejezdne. Miejsca, gdzie nie zostają ślady. Na rejon podziału naszej kolumny wybrali taką właśnie dolinę. Jeśli Sabah pośle za nami swoje łaziki, łatwo je przyblokujemy przy wjeździe. Wozy z rannymi odbiją na zachód i nawet najbystrzejszy z tych sukinsynów nie zorientuje się, co się stało. Zakładając, że w ogóle zaryzykują nocny pościg w bezpośredniej styczności. W nocy są prawie ślepi. No i jeszcze jeden plus: z ich punktu widzenia wchodzimy coraz głębiej w terytorium Sabaha, więc im później zaatakują, tym gorzej dla nas. Będą jechać daleko z tyłu i czekać, aż się rozwidni.
– Brzmi nieźle – wyraził swą opinię Ciołkosz.
– A może byśmy wszyscy razem zrobili ten skok w bok? – Sądząc po minie Olszana, plan nie bardzo go przekonał, a w propozycji było więcej przekąsu niż uczciwego proponowania. – Jak to taka bezpieczna trasa, to po kiego pchać się do tego Abdula czy jak mu tam…
– Trasa będzie bezpieczna, jeśli Sabah uwierzy, że całością sił zwiewamy do granicy. Gdyby zgubił całą kolumnę, szukałby na południu i zachodzie. Czyli tam, gdzie nie powinien.
– Cokolwiek zrobimy, będzie ryzykowne – westchnął Morawski. – Więc może po prostu róbmy, co każą.
– Nie podoba mi się odsyłanie rannych bez eskorty – oświadczyłem. – I czym właściwie mogliby jechać?
– Obie terenówki i mój star są na chodzie – wyjaśnił Ciołkosz. – Ciężarówkę trzeba brać na pych, łaty na dętkach wiele nie zniosą, ale nocą, powolutku, jakoś się ten złom dotoczy do Werder. Nawet gdyby któryś wóz zdechł, to raczej nie star. A na stara wejdą wszyscy.
– To znaczy?
– Na pewno kapelan i siostra Jola – mruknął Filipiak.
– Trzy wozy – zaczął liczyć Morawski. – Trzech kierowców, Lesik, siostra, pięciu ciężej rannych, tych ze szpitala… Kto jeszcze? Ten połamaniec – skinął w stronę Olszana. – Wielogórska też?
– Ani ja, ani ona – oznajmił twardo połamaniec. Po czym, już łagodniej, z lekko kpiącym uśmieszkiem, dodał: – Marny ze mnie patriota, ale jakoś bardziej wierzę w ruski pancerz niż w genialne plany polskiego generała. Niech je Zaręba sprawdza na innych. Na szczurach najlepiej.
– Potrzebujemy radiotelegrafisty – uprzedził majora Filipiak. – Ale prawdę mówiąc, liczę na Wielogórską w charakterze szofera. Rozmawiałem z nią – tym razem uprzedził drugiego z pilotów. – Lesik poprowadziłby honkera, a Andrusiak ciężarówkę.
Następna bliska eksplozja – czyli taka, która uraczyła burtę odłamkiem – trochę zatarła wymowę jego słów. Ale nie do końca. Olszan, przykładowo, chyba w ogóle nie zauważył, że coś wybuchło.
– Nie przesadza pan? – mruknął Morawski. – W takim składzie mogą nigdzie nie dojechać. To jednak bezdroże, poharatane samochody, noc… Kto ma walczyć, jak natkną się na patrol? Siostra Jola?
– Nie ja to wymyśliłem.
– Ale pan ustala szczegóły – przejąłem pałeczkę po paru sekundach bezskutecznego wyczekiwania na reakcję Olszana. Wyglądał na lekko znokautowanego i chyba musiał przemyśleć sobie co nieco. – Paru sprawnych chłopaków może uratować tę bandę połamańców. I ten wóz – stuknąłem obcasem w podłogę. – Powinni go dostać.
– Wozy bojowe mają iść ku granicy.
– Sprawne. Ten jest uszkodzony. Będzie opóźniał marsz.
– Musimy się przebić, potem wiązać pościg walką. Możemy stracić któryś z pojazdów. A pan żąda, bym lekką ręką pozbywał się…
– Tylko proszę – powiedziałem cicho.
– Stawiamy wszystko na jedną kartę. – W głosie Filipiaka nie było gniewu; tłumaczył mi, jak dziecku, bolesną prawdę. – Jeśli plan nie wypali i kolumna sanitarna natknie się na nieprzyjaciela, paru ludzi z karabinami niczego nie uratuje. Wiem, że trudno to zaakceptować, ale czasem większą szansę mają bezbronni. Takich nie zabija się z marszu.
– Niech pan to powie Giełzie – rzuciłem z goryczą.
– Nie mówię, że będą bezpieczni. Po prostu ryzykują trochę mniej.
– Powinienem z nimi jechać. – Nie paliłem się do tego, ale musiałem wypowiedzieć te kilka słów.
– Zna pan rozkazy.
– To rannym potrzebny jest lekarz.
– Czego pan właściwie chce? – zapytał z rezygnacją.
– Pojechać z rannymi w stronę Werder. Powoli i w asyście wozów bojowych. Zatrzymując się, gdy tylko ich stan zacznie się pogarszać.
– Krótko mówiąc: powtórka z wczoraj?
– Właśnie – zdobyłem się na smętny uśmiech. – Nierealne, co?
– Mam rozkaz do wykonania.
– A zdaje pan sobie sprawę, że mielibyśmy szansę się przebić?
– Rozkaz to rozkaz. Bez urazy.
Było mu przykro, czułem to.
– Tak przy okazji – przerwał niezręczną ciszę Olszan. – Zakładając, że już są w szpitalu… Wszyscy przeżyją?
– O Świergockiego już się nie martwię. Ci z ranami rąk i nóg nie gorączkują, nie powinno być komplikacji. Ale Juszczyk i Wenclorz… To przypadki dla Lesika, nie dla mnie.
Znów pomilczeliśmy sobie smętnie przez chwilę.
– Czyli nikogo nie uratują – powiedział nie wiadomo do kogo Olszan. – A jak będą mieli pecha, trafią tym rzeźnikom pod nóż. Piękny plan, szkoda gadać.
– Mam rozkazy – przypomniał sucho Filipiak. – I jeszcze jedno. Asmare pojedzie z rannymi.
Zrobił wrażenie na wszystkich. Zauważyłem też, że ci wszyscy, mniej lub bardziej otwarcie, zaczęli zerkać w moją stronę.
– To też rozkaz generała? – Nie zawiodłem ich.
– Mój. Ale mówiłem z nią o tym, tak jak i z Wielogórską. – Przyglądałem mu się z mieszaniną niedowierzania i wściekłości. – Podobnie oceniamy sytuację. Zgodziła się jechać, bo muzułmanie mają jeden miły zwyczaj: olewają kobiety do tego stopnia, że aż nie wypada im ich zabijać. Wymordowanie rannych to też żaden powód do chwały. Gdyby coś nie wyszło, jest spora szansa, że Sabah nie zabije jeńców.
Ciołkosz pokiwał głową na znak poparcia dla dowódcy. Chętnie urwałbym mu ją i cisnął nią w Filipiaka. Chociaż trochę chętniej posłużyłbym się w tym celu głową Gabrieli.
– Ciekawe – rzuciłem przez zęby. – Zebrało się nas tu pięciu facetów, którzy mają jechać szybko i pod pancerzem. Tych powolnych i nieopancerzonych jakoś nie widzę.
– To było wredne – powiedział spokojnie Filipiak. – Tak się składa, że jesteście moim sztabem. Zaopatrzenie, łączność itede.
– A Wołynow? Ma największe z nas doświadczenie bojowe.
– Nie wysyłam go z rannymi. Zrobi, co zechce. Ale cokolwiek postanowi, nie powierzę mu stanowiska wyższego niż celowniczy kaemu. Nie ufam mu, i tyle.
Znów zrobił wrażenie na zebranych.
– Bez przesady – zaprotestował Morawski. – Bądź co bądź strzelał z tego kaemu pół dnia. I nie przepuścił tamtych. A ze swego stanowiska mógł łatwo zwiać do Sabaha. To bez sensu.
– Przy założeniu, że pracuje dla Sabaha – odparował Filipiak.
– Przecież to pan właśnie sugeruje.
– Problem właśnie w tym, że nie. Dopuszczam myśl, że Asmare mówi prawdę, a Sabah to faktycznie tylko prozaiczny rogacz.