– Ten zestrzelony pilot… Ktoś go zabił. Chyba nożem.
W miarę wydłużania się oblężenia punkt opatrunkowy rozrósł się, przybierając kształt podkowy. Większość stanowiły płytkie rowy łącznikowe, ale były też trzy przyzwoite dziury, zdolne pomieścić co najmniej jednego leżącego i dwuosobowy zespół, udzielający mu pomocy. W takim właśnie, najnowszym z gniazd rannych, umieściłem ukraińskiego pilota.
Filipiak, powołując się na brak miejsca, rozgonił większość uczestników odprawy. Obdukcji dokonałem w obecności dwojga tylko świadków: jego i Gabrieli.
– Niech pan nie pyta o czas – powiedziałem, okrywając kocem twarz zmarłego. – Niedawno, ale może przed naszym zebraniem, a może w trakcie. Teoretycznie nikogo pan nie może skreślić. Praktycznie sugerowałbym skreślenie mnie i jej – skinąłem w stronę kucającej za jego plecami dziewczyny. – Mogliśmy go zabić dyskretniej.
– Może właśnie dlatego… – Nie dokończył, patrząc za to wymownie na wielką plamę krwi.
– Przesadna perfidia. Umierał. Gdyby znaleziono go martwego, do głowy by panu nie przyszło, że ktoś mu pomógł. Swoją drogą, aż nie chce mi się wierzyć, że ktoś to zrobił tak bezmyślnie.
Filipiakowi, sądząc z miny, też coś nie pasowało.
– Bezmyślnie to za mocno powiedziane – odezwała się cicho Gabriela. Widać było, że ten incydent dał jej solidnie w kość.
– Trzy ciosy – wzruszyłem ramionami. – Połamał żebra, okropnie to wygląda, ale dopiero trzeci trafił jak trzeba, w serce. Gdyby ten biedak był przytomny, narobiłby takiego krzyku… Partactwo.
Zniosła dobrze mój wzrok. Chyba trochę badawczy. Nie podejrzewałem jej, nie była aż tak głupia, by robić to w taki sposób. Ale gdyby jednak… Idealizowałem ją, więc łatwo wpasowała się w rolę mordercy zbyt delikatnego, by na zimno, porządnie wbijać nóż.
– Jak go znalazłam, koc leżał inaczej. Masz to pod kolanem.
Cofnąłem się i przez chwilę oglądałem zakrwawioną tkaninę. Teraz, gdy już wiedziałem, czego szukać, reszta poszła łatwo. Już tylko dla formalności przykryłem brzegiem martwego pilota.
– Masz rację. Zadźgano go przez koc. Chyba możemy darować sobie oglądanie wszystkich po kolei i szukanie świeżych plam.
– Czyli jednak profesjonalna robota – powiedział cicho Filipiak. Musiał mówić cicho: alternatywą był tylko ryk zwierzęcej, bezrozumnej i bezsilnej wściekłości. Miał dość.
– Na pewno nie. Zawodowiec wybrałby gardło. Czysto, cicho. Naprawdę tego nie rozumiem.
Nie skomentował. Brał się w garść.
– A ja chyba tak. – Obaj popatrzyliśmy na Gabrielę. – Może źle do tego podchodzicie. Szukacie zimnego, bezdusznego sukinsyna. A to mógł zrobić ktoś… normalny. Gdybym to ja chciała go… to właśnie tak. Zamknąć oczy i… – zademonstrowała cios z góry. – Ale to nie ja.
Filipiak odwrócił się bez słowa i przez chwilę patrzył mi w oczy.
– Dawno powinienem to zrobić; moja wina. – Zaczerpnął głęboko powietrza. – Koniec z Wersalem. Od tej pory macie być cały czas razem, pan i ona. Jeśli oddali się na więcej niż trzy metry, osobiście ją zastrzelę.
– Żartuje pan. – Jeszcze nigdy nie wypowiedziałem żadnego słowa z mniejszym przekonaniem.
– To dotyczy was wszystkich. Z Addis Abeby przyleciał ktoś, kto próbuje nas pozabijać, a ja mam dość zabijania moich ludzi. Koniec. Każdy zachowujący się podejrzanie, łażący samopas i nie stosujący się do rozkazów zarobi kulę w łeb. Widzę, że coś się między wami dzieje. – Nie wykonał najmniejszego gestu, by wskazać, kogo ma na myśli, ale i ja, i klęcząca z tyłu Gabriela nie mieliśmy wątpliwości. – Zrobię dla pana wyjątek: da mi pan słowo, że zastrzeli bez wahania każdego, kogo uzna za zdrajcę, a ja się zgodzę, by w jej przypadku był to strzał w rękę czy nogę.
– A jeśli nie? – Postarałem się, by nie zabrzmiało to wyzywająco.
– Nie pozwolę wam nawet zbliżyć się do broni. I poinstruuję swoich ludzi. Nie tych wybranych. Wszystkich.
Zrozumiałem.
– W porządku. Ma pan moje słowo.
Skinął głową jak ktoś odnotowujący oczywistą odpowiedź.
– Trzy metry – przypomniał. Przecisnął się obok mnie i zakrzywionym rowem łącznikowym ruszył ku głównej części naszego szpitala.
– Nieodpowiednio się pan ubiera, panie kapitanie – Grochulski zwalił kamizelkę i hełm na blaszaną podłogę honkera. – W miarę czyste, przetarłem piachem.
– Dzięki. – Myśl o założeniu na siebie dodatkowych paru kilogramów izolacji termicznej odebrała całą spontaniczność tym podziękowaniom. Zmrok zapadł niedawno, upał jeszcze nie zelżał. – Ale teraz zmykaj do okopu. Nie potrzebuję nowych pacjentów.
Od minuty nic w pobliżu nie wybuchło. Lada moment chłopcy Sabaha powinni nadrobić te zaległości.
– Pomóc? – Nie ruszył się z miejsca.
– Właśnie skończyłem. Ambulans gotów do drogi. – Szarpnąłem na próbę noszami, po czym zeskoczyłem niezgrabnie z samochodu. – Miejmy nadzieję, że ruszy.
Kwadrans wcześniej obrażony na cały świat Andrusiak uruchomił na chwilę silnik, ale potem rozerwały się w pobliżu trzy pociski. Zresztą samochód to nie tylko silnik: do jazdy potrzeba jeszcze paru innych sprawnych podzespołów.
– Ma pan tym jechać? – Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że cały czas mówi za cicho. Pokręciłem głową. – A… pani Gabriela?
– Dlaczego pytasz?
– Nie, nic… Aha, porucznik kazał oddać. – Zakołysał czymś podłużnym, zwisającym na pasku z ramienia, i zeskoczył do rowu łączącego studzienki okopów. Nim się zorientowałem, był już obok siedzącej przy Juszczyku dziewczyny.
Chcąc nie chcąc, dołączyłem do nich.
– Dla pani. Załadowany, a tu – dorzucił chlebak do drugiego kompletu kamizelka-hełm – zapasowe magazynki i trochę naboi luzem.
Nie było jeszcze na tyle ciemno, bym nie wypatrzył paru szczegółów podawanej Gabrieli broni.
– Pepesza? – Byłem bardziej zdziwiony niż dziewczyna i pewnie dlatego dość bezceremonialnie wyłuskałem jej z rąk masywny automat z drewnianą kolbą, ażurową osłoną lufy i magazynkiem w kształcie bębna. – Boże, prawdziwa żywa pepesza! Skąd to…?
– Zdobycz. Ale fakt, chyba i u nich unikat. Tylko jedna taka wpadła nam w ręce. – Grochulski zamilkł na chwilę.
– Porucznik przekopał cały arsenał, żeby coś takiego znaleźć.
– Powiedział panu, dlaczego? – Coś w jej tonie uświadomiło mi, że zdążyła przejrzeć intencje Filipiaka. Szybko. Trochę za szybko jak na przeciętną, porządną polską kobietę. Ale cóż, całkiem przeciętna nigdy nie była.
– Nawet kazał wyjaśnić. – Dało się wyczuć, że ten rozkaz nie przypadł Grochulskiemu do gustu. – Mam powtórzyć, że takich pocisków nie ma żadna inna broń. I że łatwo będzie poznać, tu, na miejscu, do czego pani strzelała. Więc ma pani uważać.
Oddałem Gabrieli automat i popatrzyłem na rudzielca.
– Powiedział wam, o co chodzi?
– Właściwie nie musiał. Nie jesteśmy ślepi. Chłopaki plotkują w każdej wolnej chwili. – Zawahał się i dodał: – Delikatnie mówiąc.
– To znaczy? – Wyraźnie czekał na zachętę.
– Trochę… no, odstaję. Miałem studiować, tylko z forsą było krucho. Dla chłopaków nie jestem stuprocentowo swój. Wiem, na co narzekają, ale jeśli coś by miało z tego wyniknąć, to mogą mi nie powiedzieć.
– Wyniknąć?
– Gdyby coś się pani stało – zwrócił się bezpośrednio do Gabrieli – wystarczyłoby odesłać partyzantom zwłoki i byłoby po kłopocie. Taka panuje opinia. Na razie słyszałem najwyżej ciche narzekania, że czarnuchy tak źle celują, ale…