– Dla większości też jestem czarnuchem? – zapytała bez urazy. – To pan chciał powiedzieć? Uważają, że to nie ich sprawa?
– W kraju połowa z nich nie myślałaby w taki sposób. – On też zachował spokój. – Ale tutaj zobaczyli czarnych ludzi żyjących niewiele lepiej niż neandertalczycy. Brudnych, śmierdzących, półnagich. Całkiem obcych. To nie Eddie Murphy czy Whitney Houston. Tamci żyją w naszym świecie, a to tutaj… To po prostu nie nasz świat.
– Rozumiem.
– Zresztą to tylko pretekst. Gdyby pani miała blond warkocze i Piast na nazwisko, też nie chcieliby za panią ginąć. Tylko trudniej byłoby się z tego tłumaczyć. A tak…
– Myśli pan, że ktoś strzeli mi w plecy? – zapytała rzeczowo.
– Pewnie nie. Ale na pani miejscu nie zdejmowałbym tego – trącił butem kamizelkę. – Jeszcze trochę nas zostało. A w gromadzie zawsze się może znaleźć czarna owca.
Blask lampy naftowej nie sięgał tak wysoko i właściciela zatrzymujących się na przedpiersiu butów poznałem dopiero po głosie.
– Za chwilę pogrzeb. – Ciołkosz postarał się, by go usłyszano od razu we wszystkich trzech dołach szpitala. Być może pokrzykiwał z nawyku: od dłuższego czasu wąwóz trząsł się od łomotu wszystkich silników, jakie udało się uruchomić. Pojazdy przemieszczały się to tu, to tam, badając możliwości wyjazdu czy w ogóle poruszania się o własnych siłach. Przy okazji przyzwyczajano Somalijczyków do hałasu.
– Pogrzeb? – Próbowałem odpędzić wizję następnego trupa, wleczonego za nogi przez otępiałych z wyczerpania kolegów. – Trafili kogoś?
Z rowu łączącego wynurzyła się sylwetka Gabrieli. Przebywając w okopach szpitala nie traktowaliśmy zbyt dosłownie ustanowionej przez Filipiaka reguły trzech metrów, ale chyba wolała dmuchać na zimne.
– Nie, ale niedługo odjeżdżamy. Ksiądz kapelan zarządził uroczystość pożegnania z poległymi. Coś im jesteśmy winni.
– Uroczystość – powtórzyłem sceptycznie.
– Obecność obowiązkowa.
– Pewnie, ostatecznie to ciągle Wojsko Polskie… A co na to Filipiak? – Machnąłem ręką w stronę niewidocznych żołnierzy, ryjących saperkami w północnym stoku. – Chyba mu się spieszy.
– Ludzie i tak muszą odetchnąć. Odpoczną przy modlitwie.
Fakt. Cokolwiek Lesik planował, z pewnością było mniej męczące od przerzucania gliny krótką łopatką.
– Kozłowski dojdzie sam, ale Szewczykowi, o ile zechce iść, ktoś…
– Żadne „zechce” – przerwał mi. – To rozkaz.
– Proszę?
– Ja mu pomogę – uprzedziła go Gabriela. – I tak się wybierałam.
Nie widziałem twarzy Ciołkosza, wyczułem jednak, że jest niemile zaskoczony.
– Pani? – Odpowiedziała dyplomatycznym milczeniem. – Niby po co? – Nadal milczała, choć teraz z innych powodów. – Miałem na myśli doktora.
– Doktor jest słaby w modlitwach – poinformowałem go. – Poza tym mam robotę przy żywych. Ona zresztą też.
– Lepiej by było – powiedział powoli – gdyby pan poszedł.
– Nie chciałem tego mówić, ale takie szopki były dobre przy oblężeniu Jasnej Góry. Dziś jeden granat moździerzowy może was wszystkich, za jednym zamachem… Nas w to proszę nie wciągać.
– Lekceważy pan rozkaz dowódcy?
– Ja idę. – Gabriela nie dopuściła mnie do głosu. Potem, równie szybko jak mówiła, nasadziła hełm na głowę i wydostała się z okopu.
Juszczyk zaczął jęczeć i zgodnie z tym, co oświadczyłem wcześniej, musiałem zabrać się do roboty.
Tym razem nie miałem problemów z rozpoznaniem nóg, które wychynęły z otaczającej okop ciemności. Były gołe, jasne, zgrabne i szczupłe. Tylko jedna taka para krążyła po okolicy. Wyglądały interesująco, oglądane z mojej perspektywy; pewnie dlatego dostrzegłem błysk szkła między polakierowanymi paznokciami dopiero, gdy Jola przykucnęła i wyciągnęła rękę.
– Napije się pan?
– Ccc… słucham? To pani? – Patrzyłem z niedowierzaniem na dwustugramową piersiówkę, podsuwaną mi pod nos.
Uśmiechnęła się szerzej. To właśnie było najbardziej niesamowite: że wynurzyła się z mroku już z tym uśmiechem na twarzy. Rozhisteryzowana Jola, ofiara szoku, dawno spisana na straty.
– Od tego trzeba było zacząć – potrząsnęła butelką. Trochę z niej ubyło, ale nie zdążyłem ocenić, ile: zbyt energiczny ruch zakłócił równowagę dziewczyny i Jola, chroniąc się przed upadkiem głową w dół, chwyciła znienacka moją szyję.
Przez chwilę – raczej długą – miałem twarz wtłoczoną między jej piersi. W przeciwieństwie do reszty naszych pań nosiła stanik, więc nie rozjechały się na boki i miałem okazję przekonać się, że natura obdarzyła ją naprawdę szczodrze.
Pomogłem jej wrócić do poprzedniej pozycji – alternatywą był odskok i nowy pacjent, tym razem z urazem kręgosłupa, względnie pchnięcie, jej lądowanie na plecach, cały kręgosłup, lecz zdruzgotana godność. Tak to sobie tłumaczyłem potem, gdy znów siedziała na piętach, opierając się o mój bark końcami palców i przesłaniając połowę świata wewnętrznymi częściami rozchylonych ud.
– Chyba się ciut wstawiłam. – Pachniała tak, że na jej tle Wielogórska mogła uchodzić za perfumowe skąpiradło, ale parsknięcie śmiechem przeniosło przez tę zaporę alkoholowy chuch.
Piła, ale nie była pijana. Odrobinę brakowało jej luzu.
– To dobrze, że jest już pani na chodzie.
– A pan? – przechyliła zalotnie głowę. – Też na chodzie?
– Ja? No… – Jeśli dobrze ją rozumiałem, to tak, o dziwo, byłem. Po głowie łaziła mi Gabriela i to jej brązowe uda wolałbym teraz oglądać, zastanawiając się, jak by to było, gdyby nagle zacisnęły mi się na uszach, ale nie wpadłem aż tak, by całkowicie zobojętnieć na dziewczęce nogi odmiennego koloru. Pocieszające. I pewnie z tej potrzeby szukania pociechy gapiłem się wprost przed siebie, zamiast w dół, pod nogi, albo w górę, na twarz. Obiektywnie biorąc buzię miała wcale nie gorszą niż resztę, ale mnie nie stać było na obiektywizm i do wmawiania sobie, że świat nadal pełen jest atrakcyjnych kobiet, wolałem wykorzystać Jolę od szyi w dół. – Nie idzie pani na pogrzeb?
Cholera. Widocznie od szyi w dół też nie była dość dobra. Chociaż to raczej nie stronnictwo Gabrieli w moim mózgu spłodziło owo pytanie-unik. Chyba zwyczajnie się przestraszyłem.
– To może być nasza ostatnia noc. – Jeżeli coś udawała, to z pewnością nie lęk, że może mieć rację w tej kwestii. – Szkoda ją tracić na cudze pogrzeby. Napije się pan ze mną? Proszę…
Ładnie prosiła. Inna sprawa, że w tej chwili dałbym się namówić choćby garbatej staruszce. Przed bitwą suszy każdego.
– Jasne, że się napiję.
Błąd. Zdałem sobie z tego sprawę, patrząc, jak otwiera butelkę. Miała jedną wolną rękę, ale każdy gest można wykonać co najmniej na dwa sposoby. Ona wybrała ten drugi.
Otuliła nakrętkę ustami powolnym, zmysłowym ruchem, znanym być może szczęśliwym posiadaczom namiętnych i śmiałych kochanek, ale raczej nie przeciętnym korkom od butelek. Musiałbym być ślepy i opóźniony w rozwoju, by zinterpretować to jako otwieranie naczynia.
Przypomniała mi się wczorajsza jazda sanitarką i dziwnie podobna scena z udziałem innej dziewczyny i innej butelki. Coś szczególnego musiało się kryć w atmosferze Ogadenu.
– Dziękuję – wziąłem od niej piersiówkę, zastanawiając się, co począć z nadmiarem wolnych rąk. Moich, ale i jej. Czułem, że teraz, gdy pozbyła się naczynia, może posłać prawą śladem lewej. Bardziej by temu zapobiec, niż w pogoni za relaksem, łyknąłem zamaszyście.