Выбрать главу

Weszło gładko, ale kosztem oczu, które omal nie wyskoczyły z orbit. Po przełyku rozlał się napalm. Przez chwilę to Jola mnie, nie ja ją, podtrzymywała w stabilnej pozycji.

– Jezu… To ma… ze sto procent!

– Ojej, zapomniałam panu powiedzieć. – Sama zalotność, zero skruchy. – A tak w ogóle… pan, pani… Może skorzystamy z ostatniej okazji i… brudzia? Co, panie Jacku?

– No…

– Moja kolej. – Wyłuskała mi piersiówkę, rekompensując to klapsem wymierzonym piersią w policzek. Nogi rwały mi się w obie strony naraz: do ucieczki i do niej. – Zdrówko.

Była to najszybsza kolejka, jaką widziałem. Niemal od razu opadła na kolana i prawdopodobnie poleciałaby na lampę i opatulonego gazą Juszczyka, gdyby nie wyhamowała ustami o moje usta. Udało mi się ją złapać, ale w kwestii pocałunku niczego już nie dało się zrobić.

Chyba za mało się starałem.

Była śliczna, młoda, była miękka, ciepła i pachniała światem, w którym są kwiaty, delikatny blask majowego słońca, radość i śmiech, nadzieja i spokój – czymś nieskończenie odległym od tej wyżarzonej, plugawej dziury w wyklętym przez Boga pustkowiu, pełnej smrodu spalenizny, zgnilizny i strachu. Była ucieczką, błogosławieństwem zapomnienia. I ostatnią przyjemnością życia, które prawdopodobnie dobiegało końca.

Nie była też obca. Wpychając język za linie moich zębów, rozbiła mur, którym ludzie odgradzają się od innych ludzi. Mogłem przejść przez wyłom. Jeśli tylko chciałem.

Kłopot w tym, że waląca się ściana odsłoniła nie ten co trzeba skarbiec. Nie za ten mur mnie ciągnęło. Tamten był w innym kolorze.

Moja dłoń cofnęła się z piersi z powrotem na bok, na najbardziej neutralną część kobiecego boku, jednakowo odległą od biodra i pachy. Najwyraźniej nie zrozumiała.

– Nie tutaj – wymruczała. – Znalazłam dobre miejsce. Chodź. Szybko.

Szybko? Byliśmy spóźnieni o siedemdziesiąt pięć godzin. Trzy doby i trzy godziny minęły od chwili, gdy za kratami mojej celi ukazała się odrealniona, spowita w aureolę postać kobiety na osiołku. Mierząc ilością i wagą wydarzeń – całe wieki. A przecież pamiętałem każdy szczegół. Nie tyle na poły sennego obrazu – swoich odczuć.

Po czymś takim nie da się tak po prostu szybko pójść.

– To… zły pomysł.

– Nie bój się. – Owiewała mi twarz ciepłym oddechem. Trochę alkoholu, sporo mięty. Dobrze przygotowana do randki dziewczyna.

– Nie boję się – skłamałem.

– Niczym cię nie zarażę. – W ciemności jej zęby zalśniły zadziwiająco jasną bielą. – Bezpieczny towar. Pod każdym względem.

– Na pewno. – Była wstawiona, odważna wypitym spirytusem, i nie mogłem na sto procent wykluczyć, że właśnie zareklamowała swe dziewictwo. W przypadku statystycznej Polki rzadko ponoć zdarza mu się dociągnąć do matury, ale na statystykę składają się urodzone dziwki i zakonnice. Jej było chyba trochę bliżej do tych drugich.

– Sprawdzałam kalendarz. – Pociągnęła mnie. – Możemy iść na całość.

– Żałowałaby pani… potem.

Myślałem o tym, że Gabriela przyjęłaby podobną kwestię jak siarczysty policzek. Gdybym potrafił ją wypowiedzieć.

– Potem to nas może nie być. – Jola nie sprawiała wrażenia dotkniętej.

– Nie wolno tak myśleć. Wsiądziemy do transporterów i fiuu. Jutro o tej porze nie będziemy pamiętać, że byliśmy na wojnie. – Nie zamierzała się odsuwać, więc użyłem grubszego kalibru: – Nie pasujemy do siebie.

– Skąd wiesz? Mierzyłeś? – Udało jej się rozbawić samą siebie. – Zresztą zawsze się można dopasować. Chęci się liczą. No chodź.

Okop to cudowny wynalazek. Ocalił pewnie więcej istnień niż penicylina, ale i tak nie doceniałem go do tej pory. Nie przyszło mi do głowy, że chroni także przed tego rodzaju atakiem: seksualnym.

Gdyby dopadła mnie na górze, musiałbym ulec. W którymś momencie po prostu zaczęła ciągnąć. Byłem zbyt zaskoczony, by stawiać świadomy opór. Poradziłaby sobie, gdyby nie grawitacja.

– Siostro… Jola, daj spokój. – Nigdy przedtem nie zwracałem się do niej tak łagodnym, a zarazem przestraszonym głosem. – To bez sensu…

O dziwo, przestała ciągnąć.

– Co bez sensu, jakie bez sensu? – Zadyszka dobrze maskowała uczucia; nie byłem pewien, czy w grę wchodzi żądza, gniew czy może chorobliwa potrzeba postawienia na swoim. – Impotent jesteś?

– W tym upale nie powinno się pić. – Dotknąłem jej łokcia w ramach niemych przeprosin za to, co robię. Czy raczej: nie robię. – I bez tego człowiek chodzi ogłupiały… Zapomnijmy to tym po prostu, dobrze?

Znieruchomiała. Uznałem to za początek oswajania się z faktami.

– Nie podobam ci się? – Agresywny wamp przeistoczył się w onieśmieloną dziewczynę. – Ani trochę? W ogóle?

– To nie o to chodzi…

– Przecież nie ciągnę cię do ołtarza, niczego nie chcę. Co ci szkodzi? Zabawimy się, może ostatni raz. Czego się boisz?

– Nie wiesz, co robisz.

– Myślisz, że jestem pijana? No, trochę jestem. W porządku: mam lekki odlot. Ale kojarzę, co i jak. Chcę się z tobą pieprzyć. Teraz. Szybko i mocno, na maksa. Nie bądź ostatnim chamem i wyświadcz mi tę przysługę, co? To nie boli, a nawet bywa miłe.

– Niektórych boli.

Nie wiem, po co to powiedziałem. Nie miałem przecież ochoty wykorzystywać w charakterze psychoterapeuty dziewczyny, której nie potrafiłem wykorzystać w dużo przyjemniejszy sposób.

Oczywiście mogła puścić mimo uszu mój pomruk. Ignorowała dotąd wszystko, co do niej mówiłem. Ale miałem pecha.

– To tu cię gryzie? – Znieruchomiała. – Ale ze mnie idiotka… Ty i ta… Kręciła się wokół ciebie, kręciła i w końcu wkręciła sobie między nogi, co chciała. Że też o tym nie pomyślałam… – Parsknęła nerwowym, gorzkim śmiechem. – Pewnie, kurwa. Dawaj szybko albo wcale.

Rozchyliłem usta, ale wstrzymałem się z protestem. Trafiła. Nie w dziesiątkę – takim szczęściarzem nie byłem – ale w ósemkę na pewno. Gdybym wyjawił jej prawdę, pewnie przyznałaby się do błędu, ale właśnie wtedy nie miałaby racji. Prawda była taka, że Gabriela faktycznie okazała się szybsza. I że Joli istotnie zabrakło refleksu, nie siły przekonywania. Bez czarnej dziewczyny w głowie byłbym dużo lżejszy i biała dziewczyna wyciągnęłaby mnie jakoś z okopu.

Oboje straciliśmy okazję.

Zabrała dłoń. Czekałem, aż podniesie się i odejdzie.

– Dawno? – Nie odchodziła. Co więcej: zdawała się spokojniejsza.

– Proszę?

– Pytam, czy dawno to robiliście.

– O co ci chodzi? – Po raz pierwszy żałowałem, że Juszczyk uciekł w nieświadomość i nie zamierza mnie ratować choćby pojękiwaniem.

– Ile ją znasz: trzy dni? – Jej głos był chłodny, opanowany. Chyba nie była taka wstawiona, za jaką próbowała uchodzić. – Myślałam, że jesteś z tych powolnych, co to bez paru miesięcy wcześniejszego łażenia nawet za rękę nie wezmą, ale jak nie, to nawet lepiej. Chodź. Dla odmiany. Są lepsze rzeczy niż chude dziewuchy od krów. Przekonasz się.

Ładnie pachniała. W ogóle była ładna. Nie umiałbym wskazać żadnego kawałka jej ciała, który budziłby zastrzeżenia. To prawie wszystko, o czym dziewczyna może marzyć. Prawie.

Wyobraziłem sobie nasz powrót stamtąd, zza granicy świateł. Właściwie niepotrzebnie: ta wizja tkwiła we mnie od samego początku, nosiłem ją w podświadomości na długo przed dniem, gdy po raz pierwszy ujrzałem Gabrielę. Ale posłużyłem się nią. Tak było łatwiej.

– Nie przekonam się – powiedziałem odrobinę głośniej. – Nie bierz tego do siebie. I idź, odpocznij przed wyjazdem. Mam robotę.

Nie ma ludzi stuprocentowo impregnowanych na słowo „nie”. Była nad wyraz oporna, ale w końcu i do niej dotarło. Uniosła się i przez chwilę oboje całkiem serio zastanawialiśmy się, co zrobi z cofniętą o pół kroku stopą. Jej lądowanie na mej twarzy nikogo by nie zaskoczyło.