Выбрать главу

Nie kopnęła mnie. Może szkoda jej było delikatnych sandałów, może palców o wypielęgnowanych paznokciach, a może po prostu kariery.

– Zoofil – rzuciła mi w twarz, po czym odwróciła się i powoli, z godnością, odeszła w głąb wąwozu. Spoglądałem za nią nawet, gdy na dobre znikła w mroku nocy. Zastanawiałem się, co właściwie straciłem.

Nim doszedłem do jakichkolwiek wniosków, straciłem przytomność.

*

Świat falował. Ten pode mną, ten w wypełnionej bólem głowie, no i oczywiście ten otoczony ściankami żołądka.

– Zamelduję porucznikowi – powiedział ktoś, kto unosił się wysoko w górze i jakimś cudem potrafił oddalić się stamtąd tupiąc ciężkimi buciorami. Może zresztą stał obok i tylko moje wyczucie pionu szwankowało bardziej, niż przypuszczałem.

Leżałem na brzuchu, przed oczami miałem piach, a czoło do niedawna podpierała torba maski przeciwgazowej. Teraz zastąpiła ją para rąk. Próbowały mnie podnieść, posadzić albo przewrócić na plecy i nie udało im się złamać mi karku tylko dlatego, że zawyłem wcześniej, niż zrobiłby to zdrowy facet, podnoszony chwytem za głowę i tylko głowę.

Ktoś tu się bardzo spieszył. I gwałtownie przestał.

– Nic ci… jak się czujesz?

To dziwne, że poznałem ją po zapachu. Trochę pomógł mi dotyk gołej skóry uda, wpychanego pod moją brodę i obojczyk. Kobieta, jedna z trzech, a dwie pozostałe nawet zakatarzony wyczuwał na milę. No i mdłości zawsze wyostrzały mi zmysł powonienia. Mimo wszystko zaskoczyło mnie to. Pomijając odzież, miała na sobie tylko to, czego pozbył się jej organizm i co radośnie przetworzyły różne mikroskopijne żyjątka, a więc kompozycję łatwo rozpoznawalną dla psa, lecz przecież nie człowieka. Wyglądało na to, że w odniesieniu do tej jedynej na świecie osoby udało mi się zejść na psy.

– Ale nas nastraszyłeś… Bałam się, że to… Masz chyba wstrząs mózgu. Przed chwilą strasznie zwracałeś. Właściwie to próbowałeś, bo nie bardzo jest czym… Dobrze się czujesz?

Udało nam się wspólnymi siłami posadzić mnie pionowo. Świat uczcił ten wyczyn radosnym pląsem.

– Mam jeszcze ciut wody. – Odpięła manierkę, wciąż przytrzymując mnie jedną ręką, pomyślała chwilę i dość nieoczekiwanie, z niewyraźnym uśmiechem oplotła mi szyję ramionami. Zanim sobie uświadomiłem, że po prostu odkręca pokrywkę, musiałem mieć wyjątkowo głupią minę, ale na szczęście nikomu nie dane było jej oglądać. Byliśmy sami. – Masz. Tylko powoli. I ten… przepłucz usta.

No tak, ona też nie nosiła nosa wyłącznie do ozdoby.

– Co się stało? – zapytałem po doprowadzeniu oddechu do porządku.

– Nie wiesz? – Bezmyślnie pokręciłem głową. Drogo mnie to kosztowało, choć udało mi się nie zwymiotować. – Ostrożnie, co ty wyprawiasz?! Oddychaj głęboko… Ktoś cię chyba uderzył. Myśleliśmy, że to odłamek albo kamień, ale raczej nie. Nie widać krwi. To musiało być ciężkie, ale miękkie.

– Coś mnie uderzyło? W głowę?

– Może lepiej się połóż. – Sięgnęła mi do czoła matczynym, względnie pielęgniarskim gestem.

– Nic mi… to znaczy… To zaraz przejdzie. – Nie chciałem, by się martwiła, choć oczywiście zamieniłbym jej zamartwianie się na głowę, która nie boli. – Może to worek? Silny wybuch mógł…

– Pamiętasz huk? Widziałeś może, co się stało?

– Nic nie pamiętam. – Patrzyłem z bliska w jej szeroko rozwarte oczy, prosząc w myślach, by nie zabierała ręki. – To znaczy nie, żebym miał amnezję… Po prostu film mi się urwał. Rozmawiałem z Jolą… – utknąłem. Przyszło mi na myśl, że lekka amnezja nie byłaby taka zła.

– Była tutaj? – Od razu zwietrzyła pismo nosem. – Czego chciała?

– Kto? Jola? – Nawet bez jej miażdżącego spojrzenia czułem, iż tak żałosna gra na czas nie ma racji bytu. – No… była. Przyszła… na chwilę. Rozmawialiśmy, a potem poszła. Nic poza tym.

– Nic?

Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wie wszystko i bawi się mną jak kot myszą. Gdyby nie łupanie pod czaszką, byłoby mi z tym fatalnie. Coś się jednak zdarzyło i fatalnie było mi przede wszystkim z łupaniem.

– O co ci właściwie…? – Nie dokończyłem, porażony poniewczasie jej słowami. – Zaraz… Powiedziałaś: „Ktoś”? Ktoś mnie uderzył?!

Litościwie, a może dla własnej wygody, odczekała chwilę.

– W końcu dotarło? – mruknęła średnio złośliwie. – Pytam, bo inni też będą pytać. Pewnie ostro. Lepiej, żebyś się na to przygotował.

Gdybym miał czym, zacząłbym się intensywnie pocić.

– O czym ty mówisz?

Zabrała rękę z mego karku. Dopiero teraz.

– Nikogo tu z tobą nie było? Albo w pobliżu?

– Myślisz, że to nie moździerz? – zapytałem cicho. Nie odpowiedziała. O całe wieki za późno rozejrzałem się po okopie. – Gdzie Juszczyk? Przenieśliście go? – Tym razem przytaknęła. – Dlaczego?

– Bo nie żył.

To była połowa odpowiedzi. Wcale nie starała się tego kryć. Wpatrywała się we mnie i czekała. Na to, co sobie przypomnę – lecz nie tylko. Także na wyznania.

– Nie zmarł sam? – bardziej stwierdziłem, niż zapytałem. Lekko poruszyła głową. – Aha… chyba rozumiem. Po tym wszystkim… Myślisz, że to ja go…

– Nie – powiedziała z prawie pełnym przekonaniem.

– Ale dopuszczasz taką myśl.

– Robię, co mogę, by nie dopuszczać.

– Dzięki za szczerość.

– Obraziłeś się – skonstatowała z lekką goryczą.

– Głowa mnie boli – przypomniałem. Pomyślałem chwilę i dodałem: – A ty masz święte prawo myśleć to, co myślisz. Za to cię zresztą lubię.

– Że cię posądzam o… – Miała dość taktu, by nie kończyć. I radość w oczach. Ludzie lubią być lubiani. Nawet przez morderców.

– Za myślenie. – Spróbowałem, czy z obolałą papką zamiast mózgu można się uśmiechnąć, i chyba się udało. – Większość woli tego unikać.

Gdzieś w oddali zastukał karabin maszynowy. Dopiero teraz przebiło się do mej świadomości ciche powarkiwanie silników. Pracowały na jałowych biegach, przytępiając uwagę nasłuchujących w ciemnościach ludzi, stwarzając nadzieję, że kiedy przyjdzie co do czego, przynajmniej niektórzy dadzą się zaskoczyć.

– Czego od ciebie chciała?

Nie od razu skojarzyłem. Ktoś lub coś wykonało kawał dobrej roboty przy pomocy worka z piaskiem. Refleks miałem jak szachista.

– Jola? – Pamięć działała lepiej, więc utknąłem w tym miejscu.

– Albo jesteś fenomenalnym aktorem – mało delikatnie wskazała plamę obok posłania – albo coś ci zdrowo przywaliło w głowę. Mówisz, że tu była. Jesteś pewien, że to nie ona?

– Jola? – zdziwiłem się. – Dlaczego by miała mnie walić?

– Nie wiem. Ciebie pytam. Może cię nie lubi, może próbowałeś ją zgwałcić… Różne są możliwości.

– Ja ją? – parsknąłem gorzkim śmiechem. Ale naprawdę gorzko zrobiło mi się sekundę później, na widok zwężających się oczu Gabrieli.

Mogła jeszcze uratować sytuację zadając pytanie – jakiekolwiek. Milczeniem rozłożyła mnie na łopatki.

– Nie musisz mówić. – Wieki minęły, nim to powiedziała.

Pozbierałem do kupy całą odwagę, odwróciłem twarz w bok, gdzie mogłem podziwiać piękny kawałek mroku, i wyrzuciłem to z siebie:

– Chyba tak jakby mi się oświadczyła.

Nawet nie patrząc, wiedziałem, że opada jej szczęka.

– Oświadczyła ci się?!

– No, nie dosłownie…