Выбрать главу

– Chciała, żebyś się z nią ożenił?! – Zdrowo nią to wstrząsnęło. – Tak… po prostu? – Zastanawiała się gorączkowo przez chwilę. – Czekaj no… To „Panie doktorze”, „Siostro” to lipa, tak? Jesteście ze sobą?

– Zgłupiałaś?!

– Ja? Chcesz mi wmówić, że dziewczyna, z którą nawet nie jesteś na „ty”, nagle przychodzi i żąda ślubu?

– Źle zacząłem… Jasne, że nie wpadała tu z pierścionkiem. To raczej… no, moje podejrzenia. Tak to odebrałem.

– To co w końcu mówiła? – warknęła. Dostałem tak, że łeb omal nie odleciał razem z płucami, ale któż by sobie tym zawracał głowę. Czułem, że naprawdę to dostanę teraz: jeśli odmówię zeznań.

– No… tak jakby… zaproponowała wspólny spacer.

– Spacer – powtórzyła tępo. Słowo „Oświadczyny” zbyt głęboko utkwiło w jej świadomości. Albo po prostu padałem ofiarą zimnej ironii.

– No wiesz: idzie się razem w jakieś ustronne, romantyczne miejsce… i tak dalej.

Zerknąłem w ciemną plamę jej twarzy. Strata czasu: wczytywanie się w myśli afrykańskich dziewczyn lepiej przełożyć na dzień.

– A… taki spacer – powiedziała powoli. Z głosu też niewiele dało się wyczytać. – No, no. Kto by pomyślał. I co: znaleźliście?

– Proszę?

– No, to romantyczne i ustronne.

– Nabijasz się ze mnie. – Oskarżenie wypadło blado, bo wprawdzie kpiła, lecz z roztargnieniem. Myślami błądziła w innych rejonach. A już na pewno nie było w tym radości.

– Przepraszam. Wasze łóżkowe sprawy to nie mój…

– Wasze?! – posłałem jej pełne wyrzutu spojrzenie. – Łóżkowe?! Czy ja coś mówiłem o łóżku? Myślisz, że ja i ona…? To śmieszne!

Patrzyła mi w twarz wystarczająco długo, bym zdążył ochłonąć.

– Śmieszne? Po prostu ludzkie. Tacy jesteśmy. Lubimy się kochać, bo to przyjemne. Czasem nawet piękne. Każdy ma prawo… Nie nosicie obrączek, nikogo nie krzywdzicie. Cóż w tym złego?

Potrafiłbym jej być może odpowiedzieć – gdybym był telepatą. I rozumiał, o co jej chodzi. Bo raczej nie o udzielanie błogosławieństwa moim przyjemnym, a może i pięknym chwilom z siostrą Jolą.

– Nie poszliśmy na ten spacer. Chyba nie jest w moim typie.

– To nie moja sprawa – powiedziała łagodnie. – Nie tłumacz się.

– Po prostu cię informuję.

Oswajała się jakiś czas ze świeżo uzyskaną informacją.

– Krótko mówiąc – podsumowała – powiedziałeś, że ze ślubu nici.

– Nie było mowy o małżeństwie – przyznałem zbolałym głosem. – Moja wina, źle się wyraziłem. Po prostu jak ładna dziewczyna przychodzi i ni z gruszki, ni z pietruszki proponuje seks, to często ma w tym jakiś cichy interes. Na przykład upolowanie męża.

– I dlatego ją spławiłeś – dokończyła za mnie.

Bolała mnie głowa, byłem zmęczony, chciało mi się pić. Bałem się. I miałem dość tej idiotycznej rozmowy.

– Zgadza się.

Przez chwilę myślałem, że zamknęliśmy wątek Joli.

– Za wysoka cena? – Nie od razu zrozumiałem. – A gdyby naprawdę chodziło tylko o ten tak zwany spacer? Nie pomyślałeś o tym?

– Wtedy jeszcze byłem zdolny do myślenia. – Delikatnie zwróciłem jej uwagę, że dręczy ofiarę ciosu w głowę. – Zresztą sama powiedziała, że nie leci na męża.

– Tyle że nie uwierzyłeś – pokiwała głową. – Wszystkie tak mówią. A potem zjawiają się z radosną nowiną: „Będziesz tatusiem”.

– Wczuwasz się w mój tok rozumowania? – upewniłem się.

– Próbuję ustalić, co tu zaszło. Ty nie chciałbyś wiedzieć?

– Ja wiem. Dałem kosza Joli, ona odeszła, mnie urwał się film, a Juszczyk zmarł. Nie jestem pewien, co się stało z moją głową, ale to na pewno nie robota Joli. Kiedy straciłem przytomność, była w połowie drogi do cmentarza. Musiałaby umieć latać, i to szybko, żeby zaraz potem znaleźć się za mną i ogłuszyć.

– Jesteś pewien? Ciemno jest.

– Ale ona jest jasna. Była daleko, potem znikła, a w chwilę później oberwałem po głowie. Na pewno nie od niej. – Dałem jej trochę czasu na oswojenie się z tą myślą. – Skąd wiesz, że Juszczyk po prostu nie umarł? Niewiele mu brakowało.

– Znalazłam go z foliowym workiem na głowie. Takim od śmieci.

– Znalazłaś?

– Przybiegłam pierwsza.

– Przybiegłaś? – Parsknęła cichutko przez nos. Udało mi się ją zirytować tą zabawą w echo. – Przepraszam. Dlaczego biegłaś?

– Zobaczyłam wybuch.

– Wy…? – zdążyłem ugryźć się w język. – Rozumiem. I co to było?

– Chyba dwa granaty. Prawie równocześnie.

Nic nie rozumiałem. Może nie chciałem.

– Cały czas coś wybucha. Czymś się różniły od reszty? – To akurat udało mi się odgadnąć.

– Wybuchły tutaj – schłodziła głos. – Z mojego punktu widzenia dokładnie w miejscu, gdzie paliła się lampa. Chciałam… sprawdzić.

Dla sprawdzenia nie trzeba biegać. Nie wytknąłem jej tego. Aż tak pewny siebie w tej kwestii nie byłem.

– Nie rób tego więcej – pouczyłem ją. – Nie biegaj. Zapomniałaś? Jesteś na czarnej liście. Masz robić wszystko powoli i wyraźnie. No tak… I wtedy nas znalazłaś.

– Nie. To znaczy… z bliska było widać, że to nie ten okop. Lampa się paliła, żadnego kurzu, więc pobiegłam do tamtych.

Nagle zrozumiałem. Późno. Ale przynajmniej wstawać zacząłem mniej ślamazarnie: musiała łapać za pas, nie ramię.

– To nie ma sensu – powiedziała szybko. – Ich też już zabrali.

Pozwoliłem się posadzić na jakimś plecaku. Przed oczami miałem twarz Świergockiego.

– Ilu ich tam…?

– Dwaj. Gdyby nie pogrzeb… Uratowałam Szewczykowi życie. – W jej głosie nie było dumy czy zadowolenia. – Sam by nie doszedł. Zresztą… chyba nie miał ochoty. Grzebanie kolegów to średnia przyjemność. Myślę, że po prostu skorzystał z okazji, by się poprzytulać do dziewczyny.

Z tego też nie była dumna. Opowiadała po prostu, co i jak. Może zbyt szczerze, ale ostatecznie, pomijając łóżko, otoczony dziesiątkami trupów okop to chyba najlepsze miejsce do prowadzenia szczerych rozmów. Jeśli nie tam, to gdzie?

– Jesteś pewna, że to nie seria z granatnika?

– Było cicho. A granatnik ponoć nigdy nie trafi dwoma kolejnymi pociskami w jeden punkt. Gdyby nie ty i Juszczyk, to pewnie tak by to sobie wszyscy wyjaśniali, no ale…

– Jasne.

Milczeliśmy. Próbowałem myśleć. Gabriela próbowała zmusić plaster do podtrzymywania opatrunku na udzie. Obojgu nam szło marnie.

– Widziałaś dwa wybuchy?

– Właściwie to jeden. Ale oglądaliśmy zwłoki. Filipiak mówi, że Wenclorz… wiesz, on leżał pośrodku… że dostał z obu stron.

– Oglądaliście?

– Przy tobie zdążyłam się oswoić. – Trudno powiedzieć, czy był to wyrzut, czy podziękowanie. – Myślę, że ma rację. I jeszcze coś: nie znaleźliśmy łyżek. Wiesz, tych dźwigienek bezpieczników.

Mimo wszystko wolałbym rozmawiać z nią o Joli. O morderstwach fajnie się czyta, leżąc z kryminałem na kanapie.

– Ktoś chciał zatrzeć ślady – mruknąłem. – Z łyżki dałoby się zdjąć odciski palców. W ogóle zapobiegliwy z niego gość. Dwa granaty dają stuprocentową pewność. Ale trzeba je wrzucić właśnie tak: osobno. Na filmie takie jajo rozwala budynek albo podrzuca ciężarówką, ale tak naprawdę, pomijając odłamki, to trochę groźniejsza petarda. No i jeden granat Świergocki mógł zdążyć odrzucić.

– I jaki stąd wniosek?

– Ba, gdybym wiedział… – uśmiechnąłem się słabo. – Dobrze, że cię tu nie było. Przynajmniej pogrzebowicze oczyścili się z podejrzeń. Dużo was tam…?

– To się stało już po pogrzebie – zgasiła mnie. – Na dobrą sprawę wszyscy się rozeszli. W dodatku zrobiło się zamieszanie i teoretycznie prawie każdy mógł… Wiesz, na czas ceremonii Filipiak pozwolił włączyć światło. Potem od razu wyłączyli i zanim oczy przywykły, wszyscy byli trochę ślepi. Ciężko będzie ustalić… Biegiem to kilkanaście sekund.