Выбрать главу

– Biegiem? – skrzywiłem się sceptycznie.

– Wąwóz był pusty. – Domyśliła się, w czym rzecz. – Każdy, kto nie poszedł na pogrzeb, siedział na górze, w okopie, i pilnował frontu. Zresztą ten drań mógł pobiec górą. Jak łącznicy czy ci z amunicją. Nikogo by to nie zastanowiło. W dzień chłopcy poruszają się tam wyłącznie na brzuchu, ale nocą właśnie tak: sprintem.

– Ale ty masz alibi?

Chyba nagrodziła uśmiechem mój niepokój. Słabo ją widziałem.

– Poprawiałam Szewczykowi opatrunek. Też mu coś zawdzięczam.

– Całe szczęście – odetchnąłem.

– Najbardziej owocna randka w życiu. – Teraz już uśmiechała się bez wątpienia. – Może to znak? Myślisz, że powinniśmy to pociągnąć?

– Za młody dla ciebie.

Mniejsza o alibi. Mogła nie pójść na pogrzeb. Właściwie to cud, że znalazła w sobie dość odwagi. Gdyby przeprowadzić szybki sondaż wśród żałobników, na liście winowajców odpowiedzialnych za wypełnienie zbiorowej mogiły dwudziestką znajomych trupów znalazłaby się na honorowym drugim miejscu, tuż za Sabahem, a o parę długości przed Zarębą czy Filipiakiem. Mogła nie pójść na pogrzeb. Mogła siedzieć w jednym okopie ze Świergockim i Wenclorzem. Więcej niż mogła: powinna. Skoro ja byłem tu, z Juszczykiem i Jolą, jeśli nie poczucie obowiązku, to takt i duma posłałyby ją na drugi koniec szpitalika. Wprost pod granaty.

Przeżyła, choć nie powinna. W końcu to do mnie dotarło i pewnie dlatego pozwoliłem sobie na tę uwagę.

– Dzięki za szczerość. – Raczej ją rozbawiłem niż uraziłem. – Jak już tak otwarcie rozmawiamy… Zaświtała ci myśl, że to ja? Powiedz, nie obrażę się.

– Za to też cię lubię. Niełatwo cię urazić.

– To komplement? Trochę ryzykowny.

– Może – zgodziłem się. – A co do świtania… Owszem.

Chyba mimo wszystko nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Ja też. Ciosy w głowę robią dziwne rzeczy z jej zawartością. Cieszyłem się, że przeżyła, cieszyłem się, że zajmowała się nogą Szewczyka i budowała swe alibi, zamiast podrzucać rannym granaty pod nosze. I równocześnie z beztroską idioty kopałem grób, w którym złoży naszą przyjaźń. Czy jakkolwiek to zwać.

– Przepraszam – powiedziała cicho. – Niepotrzebnie poszłam na ten pogrzeb. Już byś wiedział, że to ja zabijam.

Pomyślałem, że dobrze byłoby móc ją objąć. Chociaż na chwilę.

– Powiedziałem, że ci nie wierzę. Nie mówiłem, że sprawia mi to przyjemność. Nie myl tych dwóch rzeczy. To cholerna różnica.

Powtarzałem sobie w duchu, że dobrze robię. Logika była po mojej stronie. Jeśli ktoś ma logikę w pogardzie, jest idiotą, a z idiotą nie ma sensu się wiązać. Długie nogi i zgrabny tyłek to nie wszystko. Żeby w ogóle przebrnęła przez pierwsze sito, musi udowodnić, że potrafi rozsądnie myśleć.

Powtarzanie w duchu skutkowało. Udało mi się powstrzymać odruch padania na kolana i odszczekiwania wszystkiego, co powiedziałem. Inna sprawa, że nie przetrzymała mnie długo.

– Cholerna? – zapytała cichutko.

– Cholernie cholerna. Albo jeszcze bardziej.

Siedziała z opuszczoną głową, w roztargnieniu masując podrapane kolano.

– Dlaczego mi to mówisz? – Nie patrzyła na mnie, utkwiła wzrok w szachownicy naszych butów. Ciasno tam było, ale żaden kamasz piaskowej barwy nie stykał się z żadnym poszarzałym adidasem.

– Chciałaś szczerej rozmowy.

– I to ci wystarcza? Ktoś mówi: pogadajmy szczerze, a ty zaczynasz uczciwą spowiedź? Nie rozśmieszaj mnie.

– Nie wyglądasz na rozśmieszoną. – Nie skomentowała. – Możemy w każdej chwili skończyć. Zmień po prostu temat. Powiedz coś… bo ja wiem?… o pogodzie.

Rozważyła tę propozycję.

– Dzięki, ale nie. Klimat Ogadenu jest do dupy. Szkoda słów.

– Uważaj – mruknąłem. – Sporo ryzykujesz.

– A ty nie? – Na sekundę uniosła twarz. – Taki kryształowy jesteś?

Daleko zaszliśmy. Ale pakowaliśmy się w to oboje. Ona też.

– Filipiak niespecjalnie się spieszy – zagrałem na czas.

– Szykuje się do bitwy życia. I chyba nie czuje się pewny jako detektyw. – Uśmiechnęła się. – To było a propos pogody?

No dobrze. Sama chciała.

– Podobno zgłosiłaś się na ochotnika.

Filipiak nie ujął tego w ten sposób, ale nie protestowała.

– Uznałam, że tak będzie lepiej. Słyszałeś, co mówił Grochulski.

– Boisz się kuli w plecy? – Nie odpowiedziała. Pytanie było trudne, a ja nie dałem jej czasu. – Bardziej niż tego, co ci zrobi Sabah?

Rzuciła mi długie, chyba badawcze spojrzenie.

– Filipiak ci powiedział?

– Co?

– Nic – ucięła. Zrozumiała, że porucznik utrzymał język za zębami, i chyba trochę jej ulżyło. – O coś jeszcze chcesz zapytać?

– Wszystko, co o sobie mówiłaś, to prawda? – Ująłem byka za rogi.

– Prawie.

Nie spodobała mi się ta odpowiedź. Za bardzo pasowała do schematu: „Uważaj z pytaniami, bo powiem prawdę i już nigdy mnie nie przelecisz”. Atrakcyjne i bystre kobiety, o ile trafią na odpowiedniego śledczego, stosują czasem tego typu chwyt. W filmach wprawdzie, ale co raz wymyślił scenarzysta, wcześniej czy później ktoś wprowadzi w życie.

– Ale… szpiegiem nie jesteś? – zebrałem się na odwagę. Wolno, zamaszyście i bardzo stanowczo pokręciła głową. – I wplątałaś się w tę awanturę, bo pojechałaś do Addis Abeby po leki dla zwierząt?

– Nie. Dlatego, że zachciało mi się szybko wracać.

Nuta goryczy w jej głosie brzmiała wiarygodnie.

– Nie wiesz, kto zniszczył śmigłowiec i zabił Pawlikiewicza?

– Nie wiem.

– Naprawdę przespałaś tamtą noc?

– Naprawdę.

– Nie miałaś nic wspólnego ze śmiercią Giełzy?

– Nie.

Odpowiadała posłusznie, patrzyła mi w oczy i nie komentowała, co chyba nie leżało w jej naturze.

– To w którym miejscu kłamałaś?

Zawahała się.

– Kłamałam? – Przeżuwała przez chwilę znaczenie tego słowa. – No… Właściwie to bez znaczenia… Z tymi rozkazami od Zaręby.

Właśnie wtedy skojarzyłem ze sobą dwie różne informacje. Bez radości: albo kogoś źle zrozumiałem, albo jedna była dezinformacją.

– Tak?

– To się nie wiąże, ale skoro rozmawiamy uczciwie… Zgodę na przelot trochę… no, jest podrobiona. Ale leki dostałam uczciwie.

– Chyba na odwrót – poprawiłem ją, starając się, by zabrzmiało to neutralnie. Wiedziałem, że kręciła w tej sprawie, wciąż jednak świtała mi nadzieja, że dotyczy to przeszłości.

– Nie, dlaczego? – zdziwiła się. – Lista leków jest bez zarzutu. Zaręba mi dał. To według niej podrobiłam podpis. Blankiety i pieczątkę trzyma na biurku. Wyszedł na chwilę, łatwo było…

– A śmigłowcem nie pozwolił ci lecieć? – upewniłem się.

– Gdyby pozwolił, nie bawiłabym się w fałszerza.

– Ale dlaczego? Dodatkowy pasażer to zerowy wydatek. A leki kosztują. Wycyganiłaś pieniądze, a nie udało ci się wyprosić darmochy?

– Skończyły mi się argumenty – uśmiechnęła się niezbyt radośnie.

– Argumenty?

– Zaręba to nie Święty Mikołaj. Trzeba się zdrowo namęczyć, by go namówić. Trzy dni się dobijałam. W końcu zgodził się wysłać żywność do Kasali. Filipiaka właśnie. I tak mieli rozwozić pomoc po okolicy, ale co się nażebrałam… A leków nie chciał dać. Może jednak trzeba było się wybrać do Addis Abeby w garsonce. Jak cię widzą, tak ci idą na rękę. Zabrałam trochę forsy na buty i coś czystego, ale mi ukradli. Nie było jak doprowadzić się do porządku. Na bramie najpierw w ogóle nie chcieli ze mną mówić: bosa Murzynka prosto z buszu. Weszłam dopiero, jak trafiła się polska zmiana wartowników. W końcu wydębiłam od generała i leki. Ale zabrakło mi już daru przekonywania na ten drugi papier.