Выбрать главу

– Skąd wiedziałaś, że lecimy?

– Myślałam, że Zaręba pośle to ziarno z Addis Abeby. – Milczała przez chwilę. – Nie chciałam go już o nic prosić, więc poszłam do szefa transportu. Powiedziałam, że szukam okazji do Ogadenu i to generał mnie przysłał. I żeby dzwonił do hotelu, jak się trafi jakaś okazja.

– Hotelu?

– Spałam na ulicy, ale pogadałam z recepcjonistą. Obiecał, że mnie zawoła, jeśli zadzwonią. No i zadzwonili. Oddzwoniłam. „Jest śmigłowiec, ale do jakiejś dziury, Kasali się nazywa. Pasuje pani?” Mało się nie posikałam z radości. Mówię, że może być i żeby nie zawracał głowy generałowi, bo sama załatwię papiery.

– Nie prościej było pójść i poprosić Zarębę?

Przez chwilę szukała dobrej odpowiedzi. I znalazła.

– A osioł? W życiu by się nie zgodził.

Logiczne. Szkoda tylko, że tak mało spontaniczne.

– Od razu pognałam do obozu – dokończyła pewniejszym już głosem. – Zadzwoniłam do oficera dyżurnego. Siostra Bauer ze szpitala wojskowego: mamy przesyłkę do Ogadenu, leki, a podobno jest jakiś transport. Powiedział, żeby załatwiać z doktorem Szczebielewiczem, bo to dysponent lotu. No więc poszłam do ciebie. Żeby wszystko zaklepać.

– To było po południu? Dzień przed wylotem?

– No. Trafiłam na Jaskólskiego. Wygadał się, że właśnie przyleciał z kraju. Pomyślałam, że ktoś taki nie orientuje się w tutejszych układach i wpadłam na ten pomysł z telefonem od sekretarki Zaręby. Bo przedtem chciałam po prostu wybłagać zgodę na przewóz osła. U ciebie, może u pilota. To znaczy… najpierw to był tylko sam pomysł, ale potem napatoczyli się Koziej z Koliszewskim, no i…

Siedziałem przez jakiś czas, wpatrzony w swoje buty. Czułem pustkę w głowie. Natura nie znosi próżni, więc w miarę, jak rozumiałem coraz mniej, w zwolnione miejsce zamiast odpowiedzi wlewał się ból.

– Ja też mogę? – Dźwięk jej głosu uświadomił mi, jak bardzo przedłużyła się ta chwila ciszy. Kiwnąłem głową. – Co z tobą będzie?

Czułem się rozbity, i fizycznie, i psychicznie. Człowieka w takim stanie niełatwo czymś poruszyć. Jej się udało.

– Co masz na myśli?

– Wsadzą cię? Wywalą z wojska? Stracisz dyplom? – Miażdżyła mnie tymi pytaniami bez pośpiechu, choć raczej bez satysfakcji. – Czym się to wszystko skończy?

Zastanawiałem się. Głównie nad tym, dlaczego pyta.

– Więzienie raczej odpada – mruknąłem.

– Lesik widział, co robiłeś. I cię nienawidzi.

– Dlatego z mundurem już zacząłem się żegnać.

– Tylko z mundurem? Zastrzeliłeś człowieka.

– Wiesz, jak było.

– Ale sąd to nie ja. Ich niespecjalnie obchodzą twoje poglądy na eutanazję. Jeśli liczysz na wyrozumiałość naszych sądów…

– Nie jestem idiotą – uśmiechnąłem się smętnie. – Ty wiesz, jak było. Ty. Moja wersja oficjalna mówi o próbie interwencji, szarpaninie z tłumem i przypadkowym strzale.

– Sprytnie.

– Gdybym był sprytny, stanąłbym wtedy obok Lesika i klepnął parę paciorków w intencji żywcem palonych. Macie chyba coś odpowiedniego? Po paru wiekach praktyki…

– My? – zjeżyła się.

– Mniejsza z tym. W każdym razie Zaręba nie wezwał jak dotąd prokuratora, a nas tu mogą zabić. Pewnie dlatego nie śni mi się po nocach proces i cela.

– A co ci się śni? – zapytała prawie miękko.

– Śni? – rzuciłem jej zdziwione spojrzenie. – Pytasz poważnie?

– Żona? Dzieci? Basen z zimną wodą?

Brzmiało żartobliwie, ale…

– Masz na myśli… moją?

– Twoją, cudzą… – Uśmiechała się. – Zależy, którą kochasz.

– Kto ci powiedział, że jestem żonaty?

– Nikt – wzruszyła ramionami. – Niby kiedy? Poza tobą z nikim tu nie rozmawiam.

Fakt. Parę razy ktoś ją o coś zapytał, to wszystko. Z rannymi też się nie nagadała: zbyt poważnie traktowała dyżury przy najcięższych przypadkach. Teoretycznie miała święte prawo…

– Myślałaś, że mam żonę?

– A nie masz? – Doskonała beznamiętność. Zbyt doskonała. Podniosłem dłoń, rozcapierzyłem palce. Uśmiechnęła się pod nosem. – Obrączkę nosi się na prawej. – Podniosłem drugą. – A z dala od domu najlepiej wcale.

Kpina, w dodatku dość bezczelna. Pomyślałem, że w życiu nie nadążę za zmianami jej nastrojów.

– Masz brudne myśli. – Złagodziłem tę krytykę uśmiechem.

– Tym razem w związku z twoją garderobą, nie moją. – Chyba przedobrzyłem ze środkiem łagodzącym: zupełnie nie okazywała skruchy.

– Obrączka to nie garderoba.

– Tak ci się tylko wydaje. Facet, kiedy się chce zabawić, zdejmuje ją i idzie do baru. Dziewczyna ściąga bieliznę. W obu przypadkach nie o wygodę chodzi, a o demonstrację gotowości.

– Chwilowo mnie to nie dotyczy. Nie mam czego zdejmować.

– Chwilowo? A jak wrócisz do Polski?

– Mówiliśmy o tym – przypomniałem. – Ściągnę, ale mundur.

– Na Okęciu będzie czekał ktoś, kogo to zmartwi?

– Może taksówkarz. Bezrobotni nie dają napiwków.

– Nikogo nie masz? W tej chwili? – dodała trochę ciszej. Chyba w końcu do niej dotarło, że takie pytania potrafią boleć.

– Dobrze się składa, prawda? Nikomu nie muszę mówić: „Kochanie, nasze plany właśnie legły w gruzach, straciliśmy dom, szansę na prywatną praktykę, a może i parę lat ze wspólnego życiorysu, bo mogą mnie wsadzić”. Chyba trudno być bezrobotną głową rodziny.

– Znam ten ból – westchnęła. – Zęby zjadłam na zasiłkach. To dlatego tu jestem. Ale żona mogłaby cię utrzymać. Niektóre pracują i zarabiają. Nawet nieźle.

– Przed następną misją ożenię się bogato. Dzięki za radę.

– O ile wrócisz z tej.

– O ile wrócę z tej.

Nie bardzo się na to zanosiło. Coś zdenerwowało artylerzystów Sabaha. Znów zaczęli strzelać. Na szczęście nie w nasz rejon.

– Filipiak już raczej nie przyjdzie.

– Jakby był mądry – uśmiechnęła się – toby nas zapomniał zabrać.

– Nas?

– Ilekroć dorobisz się ciężej rannych, coś ich raz-dwa dobija.

Nie wstrząsnęła mną: sugestia była żartobliwa, a sytuacja wręcz wymuszała podejrzewanie wszystkich o wszystko.

– Nie chcę cię martwić, ale to ty miałaś motyw. Ja dostałem rozkaz, by jechać z wojskiem. To ty byś się męczyła z rannymi. Niby po dobroci, ale to Filipiak przyszedł do ciebie z propozycją, nie ty do niego. Jak ktoś nie odmawia, to jeszcze nie znaczy, że aż się rwie.

– Fakt. A ty miałbyś z głowy ich i mnie – nadal się uśmiechała. – Chyba faktycznie trzeba cię wykreślić z grona podejrzanych. Teraz nadal musisz wlec kulę u nogi.

– Na trzymetrowym łańcuchu? – upewniłem się. – Cóż, tym chyba Filipiaka nie przekonam. Próbowałem wybić mu z głowy ten pomysł. Teraz wie, że kula nie bardzo mi przeszkadza.

– Jesteś bardzo rycerski.

– Praktyczny. Potrzebuję kogoś do pomocy. Że nie wspomnę o obstawie – pomacałem tył głowy. – Gdyby łańcuch pozostał trzymetrowy, nie miałbym guza. I miałbym pacjentów.

– Może. – Spoważniała. – Jak myślisz: dlaczego ktoś ich zabił?

Taka długa rozmowa, a dopiero teraz do tego doszliśmy. Ciekawe.

– Któryś mógł coś zobaczyć, o czymś wiedzieć. Klasyczna eliminacja świadka. Porachunki raczej wykluczam. Okazje były wcześniej, a przede wszystkim z zemsty nie wykańcza się Bogu ducha winnych chłopaków tylko dlatego, że leżą obok.