– Świergocki był z nami od początku – zauważyła. – Przedtem trudno byłoby go dyskretnie zabić, a potem, kiedy jeden trup w tę czy tę nie robił wrażenia, cały czas leżał w okopie, pod opieką. No i nie umierał. Tamci dwaj trafili tu z pola bitwy, gdzie okazji nie brakuje. I jedną nogą byli w grobie.
– Mądrze mówisz. Tylko co z Juszczykiem? No i ze mną?
– Też od biedy pasuje. – Nie dała się wybić z rytmu. – Żeby dobrze załatwić sprawę, morderca musiał podejść bardzo blisko. Pamiętaj: dwa granaty, a niemalże jeden wybuch. No i nie pogubić łyżek. – Wyciągnęła przed siebie zaciśnięte dłonie. – Rzucasz, o tak. Widzisz? Dźwignie zostają w ręku. Ale właściwie trudno nazwać to rzutem. Daleko i celnie się nie da. No i tylko dwa. Gdyby was też chwiał załatwić, potrzebowałby trzeciej ręki albo czasu. A czasu nie miał.
– Facet lubi komplikować sobie życie – skrzywiłem się. – Ja bym to załatwił trzema szybkimi rzutami. A choćby i z automatu.
– Zakładam, że chciał upozorować wypadek. Zabłąkany pocisk…
– …zabłąkany worek foliowy – wszedłem jej w słowo.
– Nie ma zbrodni doskonałej – powiedziała spokojnie. – Zbrodniarz zwykle popełnia gdzieś błąd. Powiedzmy, że wali cię w głowę. Budzisz się, widzisz rozwalony eksplozją sąsiedni okop i uznajesz, że to wybuch cię ogłuszył. Zresztą sprawdziło się: tak początkowo myślałeś. Dotąd plan działał. I nagle Juszczyk obudził się. Albo tylko poruszył, zajęczał… W każdym razie spłoszył mordercę.
– A worek?
– Miałam tu kilka, a Ciołkosz ma na ciężarówce pewnie setki rolek. Chłopcy owijają nimi broń, używają zamiast tych płóciennych… Mógł go mieć w kieszeni nawet niczego nie planując, mógł wykorzystać nasz… To droga donikąd. Tak czy tak, gdyby nie zapomniał zabrać go z głowy Juszczyka, nie mielibyśmy pojęcia, że to morderstwo.
– Ale zapomniał.
– Może.
– Może? – Nie nadążałem za jej koncepcjami.
– Drugi wariant: morderca wcale nie próbuje upozorować przypadkowej śmierci. Posługuje się workiem, bo klasyczne duszenie nie byłoby szybsze, a nóż brudzi.
– A granat? Albo kula?
– Ty miałeś przeżyć. Musiał cię stuknąć, a skoro już stuknął, nie było sensu hałasować.
– Lubi mnie?
– Twoje umiejętności. Każdy może potrzebować lekarza. – Przerwała na chwilę. – Przy okazji… pamiętaj o tym. W razie czego… Sabah też cię nie zabije. Przydałby mu się lekarz.
– Namawiasz mnie do zmiany barw klubowych?
– Powiedziałam: „W razie czego”. Gdybyś zastanawiał się, co zrobić z ostatnią kulą.
– Ostatnia jest zarezerwowana dla ciebie? To nadal aktualne?
– A coś się zmieniło? – rzuciła wyzywająco.
– Trochę mniej sobie ufamy.
– Ciągle wierzę, że mnie dobijesz, a nie zabijesz.
Po raz pierwszy odczułem tak wyraźnie, że słońce zaszło już jakiś czas temu. Po plecach przebiegło coś przypominającego dreszcz.
Strzelić jej w głowę? Zamknąć tę sprawę raz na zawsze? Zapomnieć?
– Nie będzie takiej potrzeby – rzuciłem sucho.
– Nie wykręcaj się. Mogę na ciebie liczyć?
– Pojedziesz pod pancerzem. Nic ci się nie stanie.
– Nie rozmawiaj ze mną jak polityk z wyborcą.
– Chciałem tylko powiedzieć, że ryzyko jest… no, mniejsze.
– Przecież nie histeryzuję. Pytam tylko, czy w razie czego zrobisz dla mnie to, co dla tamtego palonego chłopca. Jeśli zmądrzałeś, to mnie uprzedź. Chcę wiedzieć, na czym stoję.
– Możesz na mnie liczyć – mruknąłem.
– No i fajnie. – Podniosła się, otrzepała szorty. – A jakby co… Nie wspominaj mnie źle. Niczego przeciw wam nie zrobiłam. A ciebie naprawdę lubię. Idę pozbierać rzeczy.
Zanurkowała w czerń, nim uświadomiłem sobie, co powiedziała.
Następne gołe białe nogi na obrzeżu okopu. Nie powiem, że dreszcz przeszedł mi po plecach – dookoła pogrążony w ciemności obóz aż tętnił życiem – ale trochę nieswojo się jednak poczułem. Głowa nadal bolała jak diabli, a na rękach miałem rude od krwi błoto.
– Znalazł pan coś?
Usiadła bokiem na którymś z poharatanych worków przedpiersia. Albo zanosiło się na dłuższą rozmowę, albo oszczędzała kręgosłup: siatka wisiała tu nisko, wymuszając głęboki skłon.
– Co miałbym znaleźć? – Dźwignąłem się z kolan.
– Nie wiem. Coś. Czegoś pan przecież szuka.
Nie była tego pewna w stu procentach. Mogłem się łatwo wyłgać: oprócz rannych zostawiłem tu trochę medykamentów i miałem święte prawo grzebać teraz w resztkach, próbując uratować jakąś igłę czy tabletkę.
– Szukałem.
– I co?
– Tutaj? Nic. Sieczka.
Ustawiłem lampę tak, by oświetlała dno okopu, ale trudno było przegapić rozbłysk w jej oczach.
– A tam? – podchwyciła.
– Tam?
– Oglądał pan ciała. Widziałam – dorzuciła na wszelki wypadek.
– Ładnie to tak kogoś śledzić? A gdybym szedł za potrzebą?
– Ale pan poszedł dalej. Na cmentarz. I wcale pana nie śledzę. Chciałam pogadać i akurat… Coś nie pasuje? Długo pan ich oglądał.
– O czym chciała pani pogadać?
Zastanawiała się przez chwilę, marszcząc brwi.
– Filipiak zlecił mi… no, coś w rodzaju śledztwa. – Uśmiechnęła się blado. – On nie ma czasu, a ja trochę się na tym znam.
– Na zadawaniu pytań różnym łobuzom, którzy lubią kręcić? – odwzajemniłem uśmiech. – Posłom, przykładowo?
– Wiem, że to nie to samo – przyznała. – Ale ja jedna nie mam nic lepszego do roboty. No i nie jestem podejrzana. Filipiak jest pewien, że to któreś z was. Jakiś „sokolnik”.
– Chyba ma rację – przyznałem bez zapału. – No i co? Doszła pani do jakichś wniosków?
– Czego pan szukał na cmentarzu? – Przyglądała mi się, mrużąc oczy. Może ustawiłem lampę w niewłaściwym miejscu, a może próbowała dać do mi zrozumienia, że czas żartów się skończył. – Wziął pan saperkę.
Było ciemno i wsadzona za pasek nie rzucała się w oczy. Miała prawo do triumfalnej nuty w głosie. Przyłapała mnie. Chyba ona jedna.
– Bałem się, że już ich zakopali. – Zawahałem się i dorzuciłem: – Zastanawiałem się też nad Pawlikiewiczem. A jego zakopali na pewno.
Przestała mrużyć oczy: trudno to łączyć z unoszeniem brwi.
– Tym… pierwszym?
– Drugim – poprawiłem. – Pierwszy był Urbański. Wiem – nie dopuściłem jej do głosu. – Mówi pani o pomordowanych. Ale Urbański zmarł dużo wcześniej i to jest ważne. Nasz kret miał dostatecznie dużo czasu, by się przygotować. Filipiak powiedział pani o pistolecie?
– Tym małym, prawdopodobnie z tłumikiem?
– Myślałem, czy nie wydłubać kuli z ciała i nie porównać. Ale w tej chwili to nic nie da. A o piwie mówił? – Skinęła głową. – Nie udowodnię tego, ale myślę, że morderca wystarał się o jeszcze jeden gadżet. Jak się nie da kogoś usunąć z drogi metodą usypiania czy cichego strzału w głowę, to co pozostaje? Ogląda pani filmy sensacyjne?
– Nóż? – rzuciła niepewnie.
– Nie. Chociaż Świergockiego faktycznie zasztyletowano.
Przyglądała mi się przez chwilę tępo, najwyraźniej nie przyjmując do wiadomości tego, co powiedziałem. W końcu jednak musiała.
– Proszę? – Głos lekko jej drżał.
– Wewnątrz ma poranione wargi. – Podniosłem dłoń i przycisnąłem na chwilę do jej ust. Nie cofnęła głowy. – Był słaby, ale krzyczeć mógł. Nie da się szybko ogłuszyć leżącego skarpetą z piaskiem, jak mnie, a kolba czy kamień zostawiają ślady. Zabójca usiadł więc na nim, zatkał usta i wsadził nóż między żebra. Świergocki próbował wzywać pomocy – to wtedy pokaleczył wargi o zęby.