Выбрать главу

– Zarżnął go? – Nawet w świetle lampy naftowej widziałem, jak bardzo zbladła. – Nożem? A wybuchy?

– Cholerny z niego ryzykant. Albo z niej – dodałem w przypływie uczciwości. – Ale ten numer z granatami to już lekkie przegięcie. Niech pani pomyśli: ledwie sześć podejrzanych osób. Wystarczyło, by pięć pozostałych miało alibi na te kilkadziesiąt sekund.

– Sześć? – Była wstrząśnięta, lecz wyraźnie nie odebrało jej to zdolności logicznego myślenia.

– Siebie nie liczę – przyznałem. – Ale dobrze: niech będzie siedem. Teoretycznie mogłem to zrobić. Durna metoda jak na lekarza, ale przyjmijmy, że też jestem podejrzany.

– Jest pan – mruknęła bez zapału. – Bez urazy.

– Bez urazy – zgodziłem się. – Ja też brałem panią pod uwagę.

– Mnie? – Była zbyt zaskoczona, by poczuć się dotknięta.

– Ale Filipiak ma rację: to ktoś, kto przyleciał sokołem. Już po fakcie, gdy tamten śmigłowiec spadł i trzeba było posprzątać. Pani przyjechała tu z wojskiem, wcześniej, czyli jest pani czysta.

– Miło słyszeć.

– Nawet jeśli było ich dwóch albo dwoje… albo dwie – dorzuciłem w przypływie natchnienia – to mieli solidny orzech do zgryzienia.

– Dwie? – Znów udało mi się przyprawić ją o lekki wstrząs. Uśmiechnąłem się bez odrobiny radości.

– Niby czemu nie? Tak jawnie się nie znoszą, że byłyby idealnymi partnerkami. Zero podejrzeń o współpracę. Ale nie o tym chciałem… Ktokolwiek to robi, ze mną włącznie, na jedno musi uważać: by nie dało się precyzyjnie ustalić czasu kolejnego ataku. Dopóki nie wiemy, kiedy zabija, nie sposób stwierdzić, kto odpada z kręgu podejrzanych.

– Pogubiłam się – wyznała szczerze.

– Te granaty – skinąłem dłonią, wskazując przemielone podwójną eksplozją dno okopu. – Fatalny pomysł. Wiadomo co do sekundy, kiedy. Nic prostszego, jak wypytać świadków i sprawdzić, kto ma alibi.

– Nie wszyscy mają – powiedziała cicho.

– Ale niektórzy tak. A to już porażka. Ograniczenie szans na przetrwanie. Gabriela na przykład była gdzie indziej i ma na to solidnego świadka. Teoretycznie wszyscy oprócz mnie i mordercy mogli się okazać kryci. Musiał się z tym liczyć. Pomyślałem sobie, że albo był w zupełnie podbramkowej sytuacji, albo chciał wrobić konkretnie mnie, albo gdzieś popełniamy błąd.

– Więc co się stało? – zapytała zrezygnowana.

– Myślę, że albo przywiózł tu zapalnik czasowy, albo zmajstrował już na miejscu. Raczej przywiózł. To jest ten trzeci nieodzowny gadżet dobrego szpiega. Wybuch w oddali odwraca uwagę. Można też, przykładowo, wysadzić sokoła, jeśli Mengesza da plamę i nie zdoła ukraść dowodów.

– Krzysiek? – Znów była blada. – Podejrzewa go pan?

– Bo się odgrażał, że wróci z panią samochodem? – Rozumieliśmy się. – Nie. To znaczy: nie bardziej niż innych. Właśnie dlatego. Gdyby planował sabotaż, nie zapowiadałby zawczasu, że nie poleci śmigłowcem. No i ostatecznie leciał nim. Kawałek, ale jednak. Widziałem, jak ta cholerna łopata odpadała: mogła minutę później i byłaby pani wdową. Niedoszłą – poprawiłem się.

Nie speszyłem jej. A nawet jeśli, to zakłopotanie sromotnie przegrało z ulgą.

– Myśli pan, że to ktoś inny?

– Panią chciałem zapytać. Prawie cały czas jesteście razem.

– Jak wy z Gabrielą – zripostowała odruchowo.

– Mniej więcej – zgodziłem się. – Ale chyba czasem ciut bliżej.

Nadal nie sprawiała wrażenia skrępowanej.

– Skoro z nim sypiam, nie mogę dać wiarygodnego alibi? – Nie zdążyłem odpowiedzieć. – Pan by ją krył? Gdyby to ona mordowała?

Dobre pytanie. I nie zadała go na odczepnego.

– Nie wiem – wyznałem otwarcie. – Myślę, że bym ją wygonił. Pewnie kopniakami. Ale skazać na śmierć… Nie wiem. Chyba nie dałbym rady.

Przez chwilę czułem na sobie wzrok Agnieszki. Nie dokuczało mi to za bardzo. Smutek jej spojrzenia czułem równie wyraźnie.

– Ma rację – mruknęła. Uniosłem głowę, zerknąłem jej pytająco w twarz. – Krzysiek. Powiedział, że to przez tę jatkę. Że człowiek zaczyna żyć sto razy szybciej, i to dlatego. Taki odlot bez prochów.

– Odlot?

– Mówi, że mnie kocha. – W końcu doszukałem się zakłopotania w jej głosie. – Dzień znajomości i pierdut: miłość. Próbowaliśmy to jakoś rozsądnie wytłumaczyć. Bo ja… no, mnie też zdrowo wzięło. A teraz widzę, że i pana. Więc pewnie coś w tym jest.

– To przystojny facet. I… no, sympatyczny. Lubię go.

Roześmiała się równie szczerze, co niewesoło.

– Niech mi go pan nie reklamuje. Już i tak kompletnie mi odbiło. Stara baba, a jak nastolatka. – Uznała chyba, że ciut się zagalopowała, bo nagle zmieniła ton na rzeczowy. – To nie on. Zastanawiałam się nad tym. Nie dam głowy za Giełzę, ale tamtej pierwszej nocy, po kolacji u dyrektora… Nie miałby siły ani czasu wdrapać się na ten śmigłowiec. Prawie nie spaliśmy.

– Rozumiem – powiedziałem trochę za szybko. Nie była jednak wstydliwą nastolatką, a tylko odbiło jej jak nastolatce. Spisywaliśmy akt ułaskawienia Olszana, więc wolała postawić kropkę nad „i”.

– Kochał się ze mną, zasypiałam na chwilę w jego ramionach i zaraz potem budziłam się z jego głową między udami. Spocona po poprzednim razie. Tu są zimne noce, a ja nie zmarzłam. Nigdy w życiu żaden facet nie dał mi takiego wycisku. I nigdy nie było tak dobrze. Nie wychodził – powiedziała z przekonaniem. – Wiedziałabym. Ze trzy razy to ja jego budziłam. Zawsze był obok.

Wierzyła w to, co mówi. Ale też chciała wierzyć. Chyba bardziej niż ja w niewinność Gabrieli.

– Mówiła pani coś o Giełzie – przypomniałem delikatnie.

– Krzysiek miał taki granat. Wie pan: zaczepny. Nie przyznał się, bo chyba… no, chyba mu go dał. Nie zgadzał się z porucznikiem. Powiedział, że gdyby mu się przytrafiło to, co Giełzie, teraz zwłaszcza, jak mnie poznał… Mówił, że każdy jest właścicielem swego życia i chłopakowi należy się prawo do decydowania o sobie.

– Myśli pani, że to było samobójstwo?

– Przyłapałam ich na podobnej rozmowie. O prawie wyboru. Umilkli na mój widok. – Ona też milczała przez chwilę. – Ale nie zamordował go. Pewnie dał mu ten granat, owszem. Właściwie to jestem pewna. Pytałam go. Ale to nie to samo, co kogoś zabić.

– Rozumiem.

– Żal mu było tego chłopaka. Wiem, że spać z kimś to nie to samo, co go znać. Wiem. Ale widziałam, jak rozmawiali. Współczuł Giełzie. Nie zabił go. Dokładnie obejrzałam miejsce, gdzie znaleziono zwłoki. Wydłubałam z ziemi przeszło trzysta odłamków. Leżał na tym granacie w momencie wybuchu. Właśnie tam, na górze. A Krzysiek ma stuprocentowe alibi. Wyszedł równo z Lesikiem i potem długo siedział w jednym okopie z dwoma żołnierzami. To Lesik gdzieś się zawieruszył.

– Sprawdzała go pani?

– Wszystkich sprawdzam. Inna sprawa, że guzik to dało. Jest tak, jak pan powiedział: jak się nie wie, kiedy, nie sposób ustalić, kto. Ale w kwestii Giełzy Lesik byłby najbardziej podejrzany. Mówił o pierwszej linii. Pytałam żołnierzy. Nie pamiętają, by się tam kręcił.

– Niech pani spyta w bewupach.

– Nie rozumiem…

– Najbezpieczniej – wyjaśniłem. – Stereotypowy polski kapłan nie nosi pistoletu, ale zawsze pójdzie pod kule. Lesik na odwrót. Ludzkie, tyle że nie każdy ma dość odwagi, by się przyznać do jej braku.

– Nie lubicie się – zauważyła.