Выбрать главу

– Musiałem zabić człowieka, bo Lesik się przestraszył. – Oczekiwałem gradu pytań, nie odezwała się jednak. – To pewnie dlatego nakłamał o chodzeniu na pierwszą linię. Głupio mu. Ale morderstwa… Wielokrotny morderca musi być odważny.

– Lesik nie zabił Giełzy – kiwnęła głową na znak zgody.

– Nie upilnował go, to wszystko – westchnąłem. – Samobójstwo. Ale to nie za dobrze dla Krzyśka.

– Bo nie stawia go poza kręgiem podejrzanych? – Nawet nie próbowała ukrywać, że tylko to jedno chodzi jej po głowie.

– Wiem, że to nie Jola dała mi w łeb. I tylko ją jedną mogę skreślić. To znaczy: o ile kret działa sam. Bo gdyby miało ich być dwoje, to właśnie na nią powinienem stawiać. Odwracała uwagę.

– Chyba sypiała z Zarębą – mruknęła.

W końcu to ona mnie zafundowała nokautującą niespodziankę.

– Co? Jola? Jest pani pewna?

– Powiedziałam: „Chyba”. I proszę nie pytać o źródła informacji. Tajemnica dziennikarska. No i to tylko poszlaka.

Zastanawiałem się nad tym dłuższą chwilę.

– Pani zdaniem sypianie z Zarębą ma się jakoś do mordowania?

Wzruszyła ramionami. Wyjątkowo bezradnie.

– Nie wiem. Ale on nie przysyła nam pomocy, a ona tu jest. Więc mówię. Może to pana natchnie jakimś pomysłem.

– Natchnęło – mruknąłem ponuro. – Postanowił pozbyć się za jednym zamachem wszystkich wrzodów na dupie. Mnie i Lesika, bo fundujemy mu proces, Joli, bo zaszła w ciążę i pozywa o alimenty…

– Sprawdzałam alibi waszej siódemki – przerwała mi. – I wie pan co? Wyrósł pan na głównego podejrzanego. Tamtej pierwszej nocy prawie pan nie pił, a potem gdzieś łaził. – Czekała przez chwilę na gorączkowe wyjaśnienia, ja jednak milczałem. Wskazała okopcone dno okopu. – Teraz był pan najbliżej. Jeśli to nie zapalnik czasowy, to praktycznie pan jeden mógł rzucić te granaty. Inni albo byli przy grobach przed Jolą, czyli nie mogli zdzielić pana po głowie, albo widziano ich zaraz po eksplozji… Pomijając Wołynowa i Morawskiego. Ale na Wołynowa wszyscy uważają; Filipiak poinstruował nawet szeregowych. Mała szansa, by odważył się na taki numer i by mu to uszło na sucho.

– No więc to był zapalnik czasowy – wzruszyłem ramionami. – Bo ja ich nie zabiłem, a nikt inny nie mógł.

Milczałem jakiś czas. Potem zacząłem z innej beczki.

– Urbański nie żył, kiedy nas wysyłali. Nie byłem tu do niczego potrzebny. Jola też nie była. Lesik był podwójnie niepotrzebny: do lekko rannych nigdy nie bierze się księdza.

– Ktoś mówił, że to lekka rana? – zmarszczyła brwi.

– Wprost? Nie. Ale do ciężkich wysyła się ekipę w trybie alarmowym, w środku nocy, biegiem. Nas nikt nie poganiał. Nie było informacji o stanie Urbańskiego. Im cięższy przypadek, tym więcej wiadomo, nim jeszcze lekarz wsiądzie do karetki. A tutaj nic. Przez myśl mi nie przeszło, że to coś poważniejszego niż złamana noga.

– Do czego pan zmierza?

– Zanetti był mało potrzebny – dokończyłem wyliczankę. – Wołynow był mało potrzebny. Tak naprawdę powinien tu przylecieć sokół z pilotami i nikim więcej.

– Gabriela też była niepotrzebna – przypomniała.

– Zgadza się.

– Posłali was, by ukryć w tym tłumie kreta?

– Właśnie.

Popatrzyła na mnie z wyrzutem.

– Mógł mi pan to wcześniej powiedzieć.

– Nie mogłem – skrzywiłem się, dotykając potylicy. – Nie ma to jak pałą w łeb. Dopiero teraz mi się rozjaśniło. Przez ten pogrzeb. Skurczybyk doskonale wykorzystał okazję. Ma rannych z głowy, alibi i Szczebielewicza w roli głównego podejrzanego. A wszystko dzięki temu, że umiejętnie wmieszał się w tłum.

Zastanawiała się przez chwilę.

– Jeśli ma pan rację, łatwo będzie znaleźć głównego winowajcę. To ten, który skompletował waszą ekipę.

– Znaleźć? Może. Ale udowodnić cokolwiek… Zakładając oczywiście, że będzie komu. – Uniosła pytająco brwi. – W drogę wyprawił nas oficer dyżurny. A jeśli nie dożyje dochodzenia? – Jej twarz znieruchomiała. – Co, zaskoczona? Mówimy o grubej aferze szytej grubymi nićmi. Główny winowajca wcale nie musiał kompletować ekipy. Mógł to zlecić podwładnemu, a potem podwładnego usunąć. Niby czemu nie? Doliczyłem się dwudziestu pięciu zabitych. Jeden więcej już nie stanowi różnicy.

– To kompletna paranoja – poskarżyła się. – Mam wrażenie, że oboje uwaliliśmy się w trupa. Albo nawąchaliśmy nieświeżego kleju.

– Mnie nawet urwał się film – uśmiechnąłem się gorzko. – Ale najgorsze, że nie widzę motywów. Jakiegoś sensu. Ludzie to nie problem: każdego można kupić. Cały ten bajzel w sztabie może być robotą jednego sprytnego i łasego na pieniądze faceta. W oenzetowskim kontyngencie coś takiego jak kontrwywiad nie istnieje. Hulaj dusza, piekła nie ma. Nawet dobrze ulokowany podoficer mógł tak namieszać. Pytanie: po co?

– Żeby zatuszować lewy handel śmigłowcami? – podsunęła.

– To pani jest dziennikarką. Wydrukowalibyście taką historię? W poważnej gazecie? – Wahała się parę sekund, po czym energicznie pokręciła głową. – No właśnie. Bezsens. To tak, jakby puścić bąka w salonie i dla zatarcia złego wrażenia wystrzelać wszystkich obecnych. Rosjanom aż tak nie zależy na opinii, a Amerykanom zależy za bardzo. Nie poszliby na takie ryzyko. Inni nie wchodzą w rachubę: albo z braku dalekosiężnych rakiet, albo z braku śmigłowców na handel. Poza tym to cholerstwo najwyraźniej lata w barwach muzułmańskich rebeliantów. Czyli, pośrednio, al Kaidy i bin Ladena. Niech mi pani pokaże poważną firmę, która sprzedałaby im choć śrubkę. Przed jedenastym września… może. Ale dziś?

– Więc co? To robota maniaka? Ktoś morduje, bo lubi?

– Nie wiem – westchnąłem ciężko. – A pani? Udało się kogoś skreślić z listy potencjalnych zabójców? – Zawahała się, po czym wolno, lecz zdecydowanie pokręciła głową. – Nikogo? A… choćby Lesik?

– Znał Mengeszę. – Poczułem, jak brwi wędrują mi na czoło. – Mówi, że słabo, ale nie mógł się wyprzeć. Rozmawiali zaraz po lądowaniu. Pytałam o to. Podobno Mengesza pracował dla Caritas i tam się zetknęli.

– Nie przepadam za Lesikiem – wyznałem szczerze. – Ale akurat jego jednego bym skreślił.

– Ja nie. Mengeszę ktoś ewidentnie zwerbował już tu, na miejscu. Dziwnie szybko. Albo forsa była duża, albo się znali. To po pierwsze. A po drugie… Chodzi mi po głowie artykuł o ludziach z organizacji humanitarnych. Jak gospodarują darami, z czego żyją. Trafiłam tu na ślady paru ciężarówek, których zawartość ulotniła się w dziwny sposób. Może to po prostu bałagan, ale może wierzchołek nieładnej góry lodowej. Niektóre ładunki były całkiem cenne. A Lesik jest tu jednym z dwóch głównych koordynatorów od pomocy humanitarnej. Teoretycznie może mieć na sumieniu niejeden szwindel.

– Pocieszyła mnie pani – rzuciłem z goryczą.

– O Wołynowie i Gabrieli wolę nie mówić, tak bardzo są podejrzani. Jola kręci się po wszelkich możliwych imprezach z udziałem VIP-ów z kontyngentu, a więc i tutejszych ważniaków, no i lata śmigłowcem sanitarnym. Inaczej mówiąc: może znać niejednego i pracować jako wygodny łącznik. Wiem, że to naciągane, ale… W gruncie rzeczy nikogo z waszej siódemki nie można wykluczyć.

– Nawet Krzyśka? – zapytałem cicho.

– Korzysta nie tylko ze mnie – uśmiechnęła się lekko. – Także z mojej pasty, szczoteczki, chusteczek itede. – Przyglądałem jej się bez cienia zrozumienia. – Mam taką blaszaną walizkę na cenniejsze rzeczy. Paszport, karty, gotówka… Zamykana na szyfr. Ktoś się do niej włamał. Dość brutalnie. Znalazłam ją całkiem wybebeszoną.

– Co? – Udało jej się: zaskoczyła mnie.